środa, 6 lutego 2019

Ferie

W końcu, po wieloletniej przerwie, udało nam się wyjechać na ferie. Do ostatniej chwili spodziewaliśmy się, że tradycyjnie, w przededniu wyjazdu, przynajmniej połowa składu odnotuje na termometrze wynik "39 i rośnie", ale tym razem fatum się ewidentnie zagapiło (dopadło nas dopiero pod koniec turnusu).

Muszę też przyznać, że perspektywa oddawania się sportom zimowym z dziećmi budziła u mnie mieszane uczucia. W świetle wcześniejszych doświadczeń, rutynowy plan dnia wyglądać miał następująco: 8.30-10.30 – obudzić i zagonić dzieci na śniadanie. Skłonić je (perswazją, podstępem, groźbą a w końcu przekupstwem) żeby coś zjadły; 11.25-12.30 – skłonić dzieci, żeby się ubrały i wyruszyć na stok, znaleźć miejsce do parkowania; 13.25-14.00 – po dotarciu do celu, zawrócić do hotelu po skarpetki/rękawiczki/buty itp. i ponownie wyruszyć na stok; 14.20-14.45 – oporządzić się i ustawić w kolejce po karnet i następnej do wyciągu; 14.55-15.25 – usłyszeć „Tato, muszę do toalety”, opuścić kolejkę do wyciągu, znaleźć toaletę i ustawić się w kolejce do niej. Następnie, odpakować i ponownie zapakować pociechę; 15.35-15.55 – ustawić się ponownie w kolejce do wyciągu i rzutem na taśmę załapać na ostatni rejs w górę; 16.00-16.15 – stłumić bunt i skłonić dziecko do zjazdu/zepchnąć w dół stoku; 16.35-16.55 – znaleźć, wydobyć z zaspy/siatki/płotu, odśnieżyć i odpakować dziecko, upchać sprzęt w pojeździe, wyruszyć w poszukiwaniu obiadu; 17.25-17.55 - znaleźć miejsce na obiad, wrócić na miejsce poprzednich czynności po kijki/rękawiczki; 18.00-18.30 – znaleźć nowe miejsce na obiad/kolację; 19.05-20.30 – złożyć zamówienie, poczekać na obiad/kolację, usłyszeć „na pewno tego nie zjem!”; 20.30-21.30 – nakłonić dziecko do spożycia czegokolwiek, wrócić do hotelu; 21.30-22.30 – zagonić dziecko do łóżka; 22.30 – wyjść na balkon, odetchnąć, napawać się widokiem sąsiedniego budynku i paląc piątą z kolei fajkę zadawać sobie pytanie „czy naprawdę było warto?”.




Ale tu również spotkała mnie miła niespodzianka. Jaś i Michaś bez żadnych protestów dali wprząc się w – przy bliższym spojrzeniu bezsensowny przecież – kierat naprzemiennych wjazdów i zjazdów.
Michałowi tak zostało. Natomiast Jaś po drugim dniu oznajmił, że w sumie w tym sporcie (narciarstwie alpejskim) osiągnął już wszystko, reprezentuje poziom mistrzowski i w związku z tym zrozumiałe jest chyba, że pozostałe dni spędzi w zaciszu hotelowego pokoju, najlepiej z tabletem i ładowarką.




Początkowo zyskał sojusznika w postaci infekcji. Ale przedostatniego dnia wypędzony został z Edenu na spacer. Po 5 minutach marszu, rzucił się w zaspę i tkwił w niej, opisując detalicznie całą mizerię swojej egzystencji i kwestionując sens życia. Następnie zboczył ze szlaku i zniknął wśród drzew. W lesie wytropiła go w końcu Orietta (w takich okolicznościach, co zrozumiałe, z rodzicami Jaś nie rozmawia). W toku długich negocjacji, Jaś wyznał jej, że wobec okrucieństwa rodziców, już od 4 lat planuje ucieczkę i właściwa chwila właśnie nadeszła.

A tak się zastanawialiśmy, co on tam wieczorami z takim zacięciem sobie rysował, po co znikał w piwnicy, co tak tam nocami stukało i chrobotało i skąd nagle dziwne hałdy ziemi i gruzu w ogrodzie…






Napisał: Hubert

1 komentarz:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...