czwartek, 23 lutego 2017

Włosi szanują wakacje

Do Brescii jechaliśmy z myślą o spędzeniu całego dnia w Muzeum Armii, ponieważ mój mąż na widok zbroi odczuwa to samo, co niektóre kobiety na widok zdjęcia z kubkiem kawy, pileą peperomioides (zwaną pieniążkiem) i najnowszym numerem Kinfolka. Niestety! Na drzwiach muzeum wisiała olbrzymia mosiężna kłódka. Wbrew informacjom figurującym na stronie internetowej, instytucja okazała się zamknięta przez całe lato. Włoscy pracownicy muzealni bardzo poważnie podchodzą do tematu wakacji.
Na nic się nie zdały wizyty w Parku Archeologicznym oraz wspaniałym Museo di Santa Giulia - nawet w muzeum panowała wyraźnie wyczuwalna atmosfera zamkniętego muzeum.
Przynajmniej istnieje dobry powód, żeby do Brescii wrócić. Najlepiej w zimie (ale należy wcześniej upewnić się, czy pracownicy muzeum nie wyjechali na narty).












piątek, 10 lutego 2017

O tym, jak prawie straciłam oko

Późną nocą w Bagolino zgasiłam światło w naszej mansardzie i postanowiłam ostatni raz tego wieczoru popatrzeć na góry. Podeszłam do okna, odsunęłam firankę i zawyłam. Nie wiedziałam, co się stało, ale przypuszczałam, że ktoś właśnie strzelił mi z pistoletu w sam środek oka. 
O podniesieniu powieki i sprawdzeniu, co się pod nią dzieje przez pierwszą godzinę, albo dwie, nie mogło być w ogóle mowy. Zwijałam się na łóżku z bólu rozmyślając, czy dam radę czytać książki jednym okiem, czy jeszcze kiedyś poprowadzę samochód, wreszcie całkiem na serio rozważałam, czy lepiej do końca życia chodzić w ciemnych okularach, czy też lepiej wprawić sobie sztuczne oko, a może jedno i drugie. 
W końcu, po bliżej nieokreślonym czasie podniosłam się i z wysiłkiem dowlokłam do łazienki. Chwyciłam powiekę w dwa palce i z najwyższym trudem ją podniosłam. Zamiast białka była krwawa miazga i prawie zobaczyłam własny mózg, ale tęczówka jakimś cudem tkwiła na swoim miejscu.
O świcie czułam się już znacznie lepiej. Ból zelżał. Nie udało mi się, co prawda, spotkać z lekarzem, który, jak się okazało, dyżurował w Bagolino wyłącznie nocami, ale aptekarz spojrzał w moje oko, poklepał po ramieniu i oświadczył, że wszystko będzie dobrze.
Kilka godzin później, w ciemnych okularach na nosie jechałam już na wycieczkę do Mantui, a wieczorem przyjaciele zabrali nas na operę Pucciniego w amfiteatrze w Veronie, którą to operę udało mi się nie tylko usłyszeć, ale nawet już także zobaczyć. 
Chłopcy tymczasem zostali razem z Leosiem i Julkiem pod opieką Babci Fausty. Częstowani spaghetti z bagosem wybrali suchą bułkę, grali w Minecraft, pili lemon-sodę, a po południu całą gromadką pojechali samochodem bez fotelików w wyższe partie gór odwiedzić liczną włoską rodzinę i stado kóz. Kiedy w nocy ich odbieraliśmy, spali jak aniołki, wszyscy czterej w jednym łóżku. Ręce i nogi mieli splątane tak dokumentnie, że do końca nie byliśmy pewni, czyje dzieci wynosimy.

Co się właściwie stało? Nie był to, jak początkowo przypuszczałam, snajperski strzał z karabinu w oko. W północnych Włoszech istnieje szczególny system montowania zasłonek w oknach - naciąga się je na specjalne druty, które trzymają się framugi dzięki rozporowym sprężynom umieszczonym na obu końcach takiego "karnisza". Druty można jednym ruchem wyjąć z okna, mogą też same wystrzelić, gdy musnąć je po ciemku.

Zdjęcia z Mantui robione właściwie po omacku.








Oko nie oko, a pierożki z dynią się same nie zjedzą.






















Na Zamku w Mantui niewielka księgarenka, a w niej Mizielińscy i Piotr Socha we włoskim tłumaczeniu. Miła niespodzianka, tym większa, że Pszczoły czytamy już po raz trzeci, a nasz egzemplarz Map jest cały wymięty od ciągłego wertowania.


A to już Verona.





Rozpalone kamienie amfiteatru zaczęły się wychładzać dopiero koło godziny 22, kto nie wziął ze sobą poduszki, ten przez parę godzin się grillował (ale od czego ma się bluzę).


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...