czwartek, 31 sierpnia 2017

O bulwarach i wagarach

Po miesiącu spędzonym na wsi wróciłam do Warszawy i zastałam zupełnie inne miasto. Lewy brzeg Wisły przeszedł niesłychaną metamorfozę, ani trochę nie przesadzę, jeśli powiem, że zostawiłam Wisłę drewnianą, a zastałam murowaną.
Po nowych Bulwarach Wiślanych spacerowaliśmy z przyjemnością i niedowierzaniem. W środku tygodnia, przed południem, uniknęliśmy tłumów i jedynym źródłem stresu było ciągłe uważanie, żeby chłopaki nie powpadali do wody z nieogrodzonego nabrzeża. Do tych sławnych wiślanych wirów.




Osobną przyjemność stanowiło oglądanie małej architektury. Ławki, latarnie i elewacje pawilonów, w moim odczuciu, znacznie przewyższają polskie standardy.



Spacer do połowy bulwarów i z powrotem (z wejściem na dach Centrum Kopernik) zajął nam prawie trzy godziny i to bez kąpieli w fontannie, bo nie wzięliśmy kąpielówek. Co krok przystawaliśmy - a to, żeby poskakać na trampolinach (ale nie do Wisły), a to żeby się wspiąć na kamienne ryby i nie zejść z nich, dopóki się z całą pewnością nie ustali, jaki to gatunek (po dłuższych dociekaniach, ze stuprocentową pewnością udało nam się sklasyfikować wyłącznie jesiotra), wreszcie po to, żeby pooglądać wystawy zdjęć i poczytać ciekawostki (i m.in. dowiedzieć się, pod którym warszawskim kościołem znajdują się jaskinie).




Trudno wręcz uwierzyć, że kiedyś w miejscu dzisiejszych bulwarów rosły krzaki, a z tych krzaków gdzieniegdzie wynurzały się obskurne pawilony, choć może należałoby powiedzieć baraki, ze smętnymi parasolami w barwach narodowych i barami mającymi w ofercie wyłącznie Piwo Królewskie w niezbyt czystych kuflach. Wokół pawilonów, już od świtu kręcili się nawykli do parkowego życia smutni panowie.
Choć muszę przyznać, że wagary w to miejsce zazwyczaj należały do wcale udanych. Niewątpliwym plusem mojego liceum była, jest, bliskość Wisły i ten dziki, zarośnięty brzeg kusił, oj kusił. Nawet to Królewskie dało się wypić. Chodziły plotki, że na wodzie prosto z Wisły. Faktycznie pachniało rybą, choć niewykluczone, że ten rybi zapach to sobie wmówilismy. 
Brzeg Wisły kusił nas szczególnie wiosną albo jesienią. Bo zimą mieliśmy inne ulubione miejsca do wagarowania - Amatorską na Nowym Świecie, z najlepszymi bajaderkami i galaretką ze szklanki. I z panem, który codziennie wpadał wymachując metalową tacą z wizerunkiem Najświętszej Panienki i dotąd z całą mocą uderzał drewnianym tłuczkiem w tę tacę, aż go obsługa, na którą składały się miłe panie w niebieskich fartuchach, uprzejmie nie wyprosiła.
Albo Guinnessa na Koszykowej, gdzie czasami, z braku wolnych stolików przysiadał się do nas Janusz Panasewicz. A nie były to czasy wielkich wspólnych stołów rodem z Charlotte, przy których każdy cichutko siedzi przed swoim laptopem, o nie. On z nami, proszę państwa, rozmawiał.
Bo Pub Źródełko, zwany przez wszystkich roboczo Źródłem, to wiadomo, że na wagary dobry zawsze i o każdej porze roku. Historii ze Źródłem związanych doliczyć się niepodobna, to jest materiał na osobny wpis, a może nawet na osobnego bloga. Wspomnę tylko o cyklicznych nalotach, jakie na Źródło urządzała kadra nauczycielska, gdy frekwencja na lekcjach pozostawiała zbyt wiele do życzenia. 





Ale wracając do tematu, Bulwary Wiślane to teraz zupełnie inny świat. Czysty i betonowy. Choć moja znajoma w jednej z nowootwartych, bulwarowych hehe, restauracji dostała ostatnio napój w szklance z pięknie, równiutko odciśniętym śladem szminki. Najwyraźniej szklanka myta nie była.






Coś mi mówi, że moje dzieci nieraz pójdą na wagary na bulwary.


piątek, 11 sierpnia 2017

Co się kryje pod fotelem

Chłopcy znaleźli pod fotelem moje kapcie, których szukałam od kilku miesięcy. Zachęceni tym ogromnym sukcesem złapali latarkę i z nadzieją, że znajdą tam jeszcze coś równie cennego, przystąpili do dalszych poszukiwań. Michał przystąpił z lewej, a Jaś z prawej strony fotela. 

Znaleźli! Okrzyki euforii i podniecenia!
Ale prędko zorientowali się, że Michał znalazł rękę Jasia, a Jaś rękę Michała.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...