poniedziałek, 12 czerwca 2017

Kawęczyn

Wiosna to pora klasowych wycieczek. Ponieważ klasa Michała uchodzi za najbardziej niesubordynowaną w całej szkole (ale to chyba dlatego, że inne klasy są takie hiper grzeczne?!) na razie wchodzą w grę wyłącznie jednodniowe wypady. Ponieważ chętni do dodatkowej opieki jakoś nie pchali się drzwiami i oknami, postanowiłam zgłosić się na wycieczkę do Kawęczyna. I przyznam, że w tym Kawęczynie chwilami czułam się, jakbym znowu miała te 8 lat. Na przykład wtedy, gdy przewodniczka w skansenie wywoływała mnie do odpowiedzi. Albo, gdy na dyskotece dzieci wciągnęły mnie na parkiet i tańczyłam w rytm dziecięcych przebojów.

Odwiedziliśmy pracownię kowala, gdzie wykuliśmy monetę i podkowę, a także odpowiedzieliśmy na odwiecznie nurtujące pytanie - czy konia boli podkuwanie?
Usiedliśmy w ławkach starej szkoły w młynie i dowiedzieliśmy się, jak kiedyś uczono. Dzieci najbardziej zszokowała linijka, którą, wcale nie tak dawno temu, za karę dostawało się po palcach. To była specjalna linijka, specjalnie do tego bicia przeznaczona!
Robiliśmy mąkę, jechaliśmy bryczką, huśtaliśmy się na linie.
Na koniec popląsaliśmy na dyskotece i nawet nauczyciele się przyłączyli.











sobota, 3 czerwca 2017

Wielkie porządki

Sobota. Wieczór. Za nami cały dzień sprzątania lokum pp. Michała i Jana, które doprowadzone zostało do stanu tak opłakanego, że stajnia Augiasza zdałaby się przy nim czysta i uporządkowana niczym royal suite w hotelu kategorii *****+ (tuż przed przyjęciem szczególnie ważnych gości, nie bezpośrednio po wyjeździe Keitha Moona czy Led Zeppelin). 
Większą część podłogi i półki regału otulała szczelnie gruba warstwa wymieszanych zabawek, pościeli, części garderoby, książek, papierów, kurzu i szczątków, których pochodzenia roztropniej było nie dociekać. Pośrodku tego apokaliptycznego pejzażu, niczym ostatni gwóźdź do trumny (w której spoczywa poczucie, że właściwie wychowujemy nasze pociechy), wznosił się namiot typu igloo. Tak, tak - namiot. Chłopcy śpią w nim od pewnego czasu, a dokładnie od momentu, kiedy uznali, że ich łóżka najlepiej służą składowaniu wszelkich rupieci. Postronny obserwator mógłby ulec wrażeniu, że to obóz himalaistów gdzieś w połowie trasy wiodącej na szczyt Kanczendzongi bałaganu. 
W tym stanie rzeczy tata uznał (trafnie), że doprowadzenie pomieszczenia do stanu czyniącego go zdatnym na pobyt istot ludzkich zajęłoby wzmiankowanym panom (zakładając ich najlepsze chęci - tu pozwolę sobie na przyprawione nutką goryczy "hłe, hłe...") czas przekraczający horyzont jego pobytu na tym ziemskim padole. Postanowił zatem, że porwie ich inspirującym przykładem, zarazi entuzjazmem itd. (i to już było naprawdę kompletnie niemądre). W efekcie, przez kolejnych 8 godzin nabawił się pylicy, nadwyrężył wszystkie istotne części ciała i do reszty osiwiał - a to z nerwów tudzież od osiadłego na skroniach kurzu. 
W tym czasie obaj stali lokatorzy tego wysypiska niemrawo pozorowali czynności porządkujące, za każdym razem przełączając się w tryb zabawy tak mniej więcej po upływie 1,2 s od chwili ich podjęcia (po kolejnych pretensjach i apelach). Z zaciekawieniem archeologów-pasjonatów starannie badali każdy artefakt wydobyty z tego przebogatego stanowiska, dociekając celu, jakiemu niegdyś służyć mogła, jakiejś dawno zapomnianej cywilizacji, całość po której pozostał np. kawałek niebieskiego plastiku. Kłócili się przy tym zażarcie. 
Ale w końcu jest wieczór. Posprzątane na błysk. Zgodnie spożywamy kolację. Staramy się sobie przebaczyć, zaleczyć pozadawane sobie wzajemnie rany na ciałach (ugryzienia) i duszach (inwektywy). Michał (ukąszony przez młodszego brata w pupę) cokolwiek poniewczasie zwierza się, że on to się w takim posprzątanym pokoju czuje mały. Natomiast Jaś (ukąszony przez starszego brata w kark) pomiędzy kolejnymi kęsami kanapki głaszcze mnie po ramieniu i wspomina, jak to 2 lata temu posprzątał pokój. 
Po czym zadumany dodaje: "I wies co, Tatooo? Ja doceniam, naplawdę baldzo doceniam..." (tu chwila przerwy na kolejny kęs, podczas gdy wzruszonemu ojcu łzy się cisną do oczu, że oto dziecko docenia, naplawdę docenia jego tlud) "...to - kontynuuje Jasio - ze wtedy pospsątałem!". 
W niedzielę, jeszcze przed południem udało się doprowadzić pokój do stanu, w którym Michał mógł znowu mieć poczucie, że jest wręcz imponującego wzrostu. Co najmniej 204 cm.




Tekst: Hubert
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...