czwartek, 18 maja 2017

Jezioro Idro

Dokopałam się dziś do ostatnich zdjęć z zeszłorocznej Lombardii (chociaż zawsze się znajdą jakieś jeszcze bardziej ostatnie). Wszystko wskazuje na to, że w tym roku pojedziemy na wakacje w tym samym składzie. I też do Włoch.
Chłopaki już nie mogą się doczekać, pakują Thorgala i Księgę Monstroxa. A ja liczę na to, że Rada Dzieci zostanie reaktywowana. 

Na zdjęciach Jezioro Idro z góry i z dołu (a po drugiej stronie góry Bagolino).









































poniedziałek, 8 maja 2017

Trullo w winnicy (ale i tak najlepiej u mamy!)

Alberobello słynie przede wszystkim z trulli - okrągłych domów zbudowanych z kamieni wapiennych kładzionych jeden na drugim bez zaprawy i krytych, również kamiennym, stożkowatym dachem. Wieczorem, leżąc w łóżku w naszym trullo, z niepokojem obserwowałam ten kamienny dach od spodu i zastanawiałam się, jak bardzo solidna jest ta konstrukcja i co by się stało, gdyby wyciągnąć jeden kamyczek. Ale chyba jest dość solidna, bo najstarsze trulli mają po siedemset lat. 
W Alberobello i okolicach jest tych domków mnóstwo, czy spojrzeć w lewo, czy w prawo, zawsze w zasięgu wzroku znajdzie się jakieś trullo. Rzuć patykiem, a zawsze trafisz w trullo.
W samym miasteczku skupisko trulli tworzy coś w rodzaju otwartego skansenu dla turystów. W kamiennych domkach mieszczą się przeważnie sklepy z pamiątkami (np. z miniaturowymi trulli-skarbonkami), są też hotele, restauracje, winiarnie, a nawet kościół. 
Trulli są również rozrzucone pośród okolicznych pól, można sobie wynająć taki kamienny domek z widokiem na sad i w nim pomieszkać.



Nasze trullo znajdowało się pośrodku winnicy i prowadziła do niego wąska polna dróżka otoczona z obu stron kamiennym murkiem. Ilekroć tą dróżką przejeżdżałam samochodem, drżałam że połamię lusterka i to oba równocześnie. Dróżka była tak wąska i tak sprytnie ukryta wśród zieleni, że wielokrotnie zdarzyło mi się przegapić skręt z głównej drogi. Szczególnie w nocy jeździłam po kilka razy w tę i z powrotem zanim wcelowałam we właściwy skręt. Uśmiech na mojej twarzy gasł, a powietrze rozdzierały dźwięki coraz większej ilości klaksonów, kiedy tocząc się z prędkością 20 km/h wybałuszałam oczy, żeby odnaleźć właściwą ścieżkę i jednocześnie nie wpakować się w murek.










Trullo, w którym mieszkaliśmy miało prawie dwieście lat i zbudował je prapradziadek obecnego właściciela. Prapradziadek wyrabiał w nim wino. Obecny właściciel, Angelo, wyremontował trullo własnymi rękami, mając do pomocy sześciu ludzi. Remontował z sercem i wyjątkową dbałością o szczegóły. Zajęło to aż siedem lat. Zamontowano nawet ogrzewanie podłogowe, dzięki czemu podczas chłodnej marcowej nocy mogliśmy śmiało chodzić po domku boso. 
Kiedy akurat nie ma gości, Angelo sam chętnie wprowadza się do trullo. A gdy goście są, przenosi się do mamy!

poniedziałek, 1 maja 2017

Arbuzową na Okęcie

Po raz pierwszy do Apulii wybraliśmy się niespełna rok temu, 25 maja. Na lotnisko dotarliśmy na czas, a nawet przed czasem. Nie tylko dążyliśmy się spakować, ale także wrócić po zapomniane okulary i zawieźć klucz do szkolnej szafki starszej z pociech. I wciąż mamy jeszcze przeszło dwie godziny do odlotu. Wszystko wskazuje na to, że tym razem obędzie się bez stresu i cichych dni. 
Ubrani w lekkie płaszcze, zsuwając na czoło ciemne okulary, przy stanowisku nadawania bagażu nonszalancko pokazujemy dowody osobiste.
- Ale pana dowód stracił ważność dwa tygodnie temu - słyszy H i nie od razu wierzy w zdanie, które właśnie padło. Przygląda się dokumentowi, czyta, marszczy mrwi. Faktycznie, dowód nieważny od 29 marca 2016. Aż przykro patrzeć, jak na niezmącenie dotąd pogodnym obliczu H wyraz głębokiego odprężenia ustępuje pośpiesznie miejsca bezradności, zmieszaniu i panice narastającej w tempie kwoty długu publicznego na liczniku przy Rondzie Dmowskiego. 

I nagła, olśniewająca myśl - przecież jest jeszcze paszport, gdzieś w domu, w komodzie. Ale czy zdążymy? Do odlotu dwie godziny, może się uda.



Zostaję na lotnisku z bagażami, a H biegnie do taksówki i błaga o błyskawiczny kurs na Sadybę i z powrotem. Ruszają. 
Pech chce, że nieubłaganie nadchodzą godziny szczytu i Dolinka Służewiecka zaczyna się korkować. - Jedźmy Arbuzową - wpada na genialny pomysł mój mąż.
- Ale Arbuzowa jest otwarta tylko z jednej strony, Arbuzową nie przejedziemy.

- Wczoraj  tamtędy jechałem i była przejezdna! - upiera się H.

- Na pańską odpowiedzialność - taksówkarz wzrusza ramionami, wiadomo - nasz klient, nasz pan i kieruje pojazd w stronę Arbuzowej.

Ten manewr rzeczywiście pozwala zaoszczędzić sporo czasu, podczas gdy tysiące mniej zaradnych Warszawiaków toczą się koło za kołem Dolinką Służewiecką. I byłby to manewr iście genialny, gdyby nie fakt, że ulica Arbuzowa okazuje się nieprzejezdna. To, że nie dalej niż wczoraj H przejechał tamtędy na rowerze, nie oznacza wcale, że wijącą się wśród drzew ścieżynką da się przejechać s a m o c h o d e m. Kolejne przykre zaskoczenie tego dnia.



Ale za późno, żeby się wycofać. Odwrót z pewnością skutkowałby spóźnieniem na samolot. A ja czekam na lotnisku i H nie ma wątpliwości, że lada chwila zacznę wydzwaniać z pogróżkami.

Przed nimi drzewa i koniec drogi, po prawej strumyk, jakieś domki, po lewej plac budowy. Co robić? 
Tu zimną krew i przytomność umysłu wykazuje Pan Taksówkarz. Widząc uchyloną bramę w ogrodzeniu budowy i kolejną bramę naprzeciwko, wychodzącą na Aleję Wilanowską, wjeżdża śmiało, jak po swoje, na teren budowy. Wychyla się przez okno i krzyczy do robotników rozładowujących rury z blokującej przejazd ciężarówki, żeby przerwali na chwilkę i przestawili pojazd, bo pasażer śpieszy się na Okęcie. Na takie dictum zaskoczeni robotnicy przerywają rozładunek, kierowca posłusznie przestawia ciężarówkę i taksówka mknie żwawo dalej, zanim komukolwiek na budowie zdąży zaświtać, że Okęcie jest w dokładnie przeciwnym kierunku.

H gubi się w domysłach, gdzie może znajdować się jego paszport. Ostatni raz miał go w ręku jeszcze przed przeprowadzką. Oczyma duszy widzi siebie gorączkowo miotającego się po piwnicy, wywracającego szuflady, podczas gdy cenny czas upływa nieubłaganie.
Wpada do domu, jakby ścigały go wszystkie ogary piekieł. Sadzi po schodach po cztery stopnie naraz. Komoda. Otwiera pierwszą szufladę, sięga. Zaciska palce na pierwszym wymacanym obiekcie. Wyciąga – paszport. Otwiera – tak, to jego paszport! Sytuacja kryzysowa zażegnana!

Tańcząc i śpiewając rusza do taksówki. W przypływie wielkiej ulgi wpada na pomysł, aby z właściwym sobie poczuciem humoru zadzwonić do mnie i zameldować łamiącym się głosem: „Kochanie, mam dwie wiadomości – dobrą i nieco gorszą. Dobra jest taka, że owszem, znalazłem paszport - i to od razu! Natomiast ta nieco gorsza wiadomość jest taka,  że paszport niestety także stracił ważność”.
To ci dopiero będzie beczka śmiechu! Żeby tylko wpuścili na pokład parę tak szczerze ubawionych, pokładających się wprost ze śmiechu pasażerów!
Aby brzmiało to wiarygodnie, H musi nadludzkim wysiłkiem stłumić radość i słuszne poczucie dumy. To emocjonalne dostrajanie jednak potrwa. Ale przecież zdąży uraczyć mnie tym przednim żarcikiem w drodze na lotnisko. A póki co – biegiem do oczekującej taksówki.
Po drodze, tuż przed furtką, H zagląda kolejny raz do paszportu, tak aby jeszcze odrobinę dłużej sycić się triumfem i poczuciem własnej zaradności. Syci się. Sięga po klamkę. Wtem wzrok jego przykuwa niepozorny komunikat na ostatniej stronie: Data ważności: 4 kwietnia 2016.
Co?!
Jak to?!
Zaraz!!!!
5 dni po dowodzie osobistym!
Czyta raz jeszcze – to samo. I znowu. I jeszcze raz. Szczypie się, przeciera oczy. Zamyka i otwiera ponownie dokument, jakby liczył na to, że pod wpływem jakiegoś zaklęcia litery zmienią swój kształt. No niechby chociaż ta ostatnia, feralna cyfra 6 zmieniła się w - nie wymagajmy zbyt wiele - 7.
Ale na pewno?
Który mamy rok – na pewno 2016?
A miesiąc, może to wciąż marzec?
Pomału dociera doń straszna świadomość… już trzeci raz w ciągu godziny.
Bez śladu niedawno rozpierającej go dumy i szczęścia, już całkiem markotny H dociera do taksówki. – To co szefie, udało się? No to gazem na Okęcie!!! – entuzjazmuje się taksówkarz na widok czerwonej książeczki z orłem i napisem „Paszport”, którą H wciąż bezwiednie ściska w garści. Kiedy H dzieli się z nim hiobowymi wieściami, też nie może z początku pojąć. W końcu głęboko, autentycznie przejęty, stwierdza ze współczuciem: - No, to żona pana zabije…i posmutniały odjeżdża.
H sięga po telefon. Z ociąganiem wybiera numer. I już nie musi wznosić się na wyżyny sztuki aktorskiej, aby przybrać odpowiednio żałosny ton.
- Kochanie, mam dwie wiadomości…

Alberobello















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...