poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Życie na ulicy

Bari przywitało nas deszczem, krętymi uliczkami i mokrym praniem. Nad praniem kolorowe markizy, albo (częściej) wersja ekonomiczna - rozpostarte płachty zwykłej folii. Na co drugiej kamienicy kapliczka z firanką i plastikowymi kwiatami. Można śmiało twierdzić, że Bari jest nie tylko największym, ale i najlepiej strzeżonym włoskim miastem nad Adriatykiem - przez całą dobę zamiast kamer każdy krok monitorują Matki Boskie, Jezusy i Św. Mikołaj - patron Bari.

Starówka Bari żyje, w odróżnieniu od starówki w Tarencie, która jest kompletnie martwa. Drzwi kuchenne niewielkich mieszkań wychodzą wprost na ulicę, a codzienne czynności związane z przygotowywaniem posiłków wykonywane są na chodniku przed progiem, bo w domu wiadomo, nuda. Albo w progu, żeby jednocześnie pogadać z sąsiadkami i pogapić się w telewizor. Zresztą mieszkańcy Bari po to mają telewizory, żeby z nich korzystać, a nie po to, żeby stały wyłączone. Kobieta myje naczynia w wielkiej balii, a potem woda chlust, na chodnik. Mężczyzna obiera ziemniaki. Inny mężczyzna w tym czasie dobija się do drzwi i wrzeszczy coś wniebogłosy w niezrozumiałym baryjskim dialekcie. Korpulentne mammy wyrabiają makaron - tradycyjne orecchiette, którego obowiązkowo trzeba w Apulii spróbować (najbardziej przypadło nam do gustu orecchiette con cime di rapa. Przez dłuższy czas spieraliśmy się nawet o to, co to jest ta rapa, ostatecznie ustaliliśmy, że jest to miejscowa roślina przypominająca bardziej brokuły, a mniej rzepę).

Przed deszczem schroniliśmy się w XII-wiecznej Bazylice Św. Mikołaja. W krypcie złożone są zwłoki tegoż świętego, a przynajmniej ich znaczne fragmenty, a za ołtarzem głównym znajduje się nagrobek królowej Bony Sforzy. Podobno jeszcze do niedawna sarkofag otaczało wiele polskich akcentów - XVI-wieczne freski przedstawiające polskich królów i świętych, niestety w pierwszej połowie XX w. uległy całkowitemu zniszczeniu - usunięto je jako zbyt barokowe, a tym samym niepasujące do surowego charakteru romańskiej świątyni. W Polsce do takich fresków ciągnęłyby pielgrzymki i wycieczki szkolne, we Włoszech pięciusetletnie malowidła to niewiele warte nówki sztuki.

Katedra Św. Sabina niestety była zamknięta, ale deszcz już przestał padać, więc w kompletnie przemoczonych butach, mogliśmy powłóczyć się dalej po ulicach. 























2 komentarze:

  1. Ilekroć zwiedzamy jakieś miejsca, włóczenie się uliczkami i poznawanie miejsc od tzw. kuchni jest najbardziej ekscytujące :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...