piątek, 10 lutego 2017

O tym, jak prawie straciłam oko

Późną nocą w Bagolino zgasiłam światło w naszej mansardzie i postanowiłam ostatni raz tego wieczoru popatrzeć na góry. Podeszłam do okna, odsunęłam firankę i zawyłam. Nie wiedziałam, co się stało, ale przypuszczałam, że ktoś właśnie strzelił mi z pistoletu w sam środek oka. 
O podniesieniu powieki i sprawdzeniu, co się pod nią dzieje przez pierwszą godzinę, albo dwie, nie mogło być w ogóle mowy. Zwijałam się na łóżku z bólu rozmyślając, czy dam radę czytać książki jednym okiem, czy jeszcze kiedyś poprowadzę samochód, wreszcie całkiem na serio rozważałam, czy lepiej do końca życia chodzić w ciemnych okularach, czy też lepiej wprawić sobie sztuczne oko, a może jedno i drugie. 
W końcu, po bliżej nieokreślonym czasie podniosłam się i z wysiłkiem dowlokłam do łazienki. Chwyciłam powiekę w dwa palce i z najwyższym trudem ją podniosłam. Zamiast białka była krwawa miazga i prawie zobaczyłam własny mózg, ale tęczówka jakimś cudem tkwiła na swoim miejscu.
O świcie czułam się już znacznie lepiej. Ból zelżał. Nie udało mi się, co prawda, spotkać z lekarzem, który, jak się okazało, dyżurował w Bagolino wyłącznie nocami, ale aptekarz spojrzał w moje oko, poklepał po ramieniu i oświadczył, że wszystko będzie dobrze.
Kilka godzin później, w ciemnych okularach na nosie jechałam już na wycieczkę do Mantui, a wieczorem przyjaciele zabrali nas na operę Pucciniego w amfiteatrze w Veronie, którą to operę udało mi się nie tylko usłyszeć, ale nawet już także zobaczyć. 
Chłopcy tymczasem zostali razem z Leosiem i Julkiem pod opieką Babci Fausty. Częstowani spaghetti z bagosem wybrali suchą bułkę, grali w Minecraft, pili lemon-sodę, a po południu całą gromadką pojechali samochodem bez fotelików w wyższe partie gór odwiedzić liczną włoską rodzinę i stado kóz. Kiedy w nocy ich odbieraliśmy, spali jak aniołki, wszyscy czterej w jednym łóżku. Ręce i nogi mieli splątane tak dokumentnie, że do końca nie byliśmy pewni, czyje dzieci wynosimy.

Co się właściwie stało? Nie był to, jak początkowo przypuszczałam, snajperski strzał z karabinu w oko. W północnych Włoszech istnieje szczególny system montowania zasłonek w oknach - naciąga się je na specjalne druty, które trzymają się framugi dzięki rozporowym sprężynom umieszczonym na obu końcach takiego "karnisza". Druty można jednym ruchem wyjąć z okna, mogą też same wystrzelić, gdy musnąć je po ciemku.

Zdjęcia z Mantui robione właściwie po omacku.








Oko nie oko, a pierożki z dynią się same nie zjedzą.






















Na Zamku w Mantui niewielka księgarenka, a w niej Mizielińscy i Piotr Socha we włoskim tłumaczeniu. Miła niespodzianka, tym większa, że Pszczoły czytamy już po raz trzeci, a nasz egzemplarz Map jest cały wymięty od ciągłego wertowania.


A to już Verona.





Rozpalone kamienie amfiteatru zaczęły się wychładzać dopiero koło godziny 22, kto nie wziął ze sobą poduszki, ten przez parę godzin się grillował (ale od czego ma się bluzę).


5 komentarzy:

  1. Ojej, tak mi przykro z powodu tej bolesnej przygody z okiem! I chyba będę okropnie nudna i stale się powtarzająca, ale przepadam za Twoimi tekstami! (Jakoś dzisiaj szczególnie rozbawiło mnie to grillowanie. ;)) Nie mówiąc o samych zdjęciach. Podziw podwójny - takie piękne kadry po omacku! ;))
    Dobrego weekendu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, bardzo mi miło!
      Co do oka, na szczęście nie ma śladu po obrażeniach. To jednak wytrzymały narząd :)

      Usuń
  2. Ach! Pisałam już nie raz, bardzo lubię 'Cię czytać' i zachwycać zdjęciami :) Wyjazd do Włoch marzy mi się od dawna i coraz bardziej tym bardziej po kolejnej dawce takich zdjęć ♡
    Przygody nie zazdroszczę, dobrze, że nie stało Ci się nic poważniejszego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! Ja też już rozmyślam o kolejnym wyjeździe do Włoch. Tym razem na południe, gdzie karnisze nie atakują ;)

      Usuń
    2. No tak, lepiej nie ryzykować :D

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...