piątek, 22 września 2017

Tarta ze śliwkami



Niektórzy twierdzą, że nie ma prostszego ciasta niż tarta. No cóż, mam kompletnie inne zdanie na ten temat. Pieczona pięć minut za krótko, może się okazać surowa w środku, za to jeśli posiedzi w piekarniku pięć minut za długo, będzie za twarda i przypalona. Nie ma mowy, żeby zostawić piekące się ciasto i oddać się surfowaniu po internecie - tarta lubi, kiedy myślisz o niej przez cały czas. 
Trzeba też pamiętać o wielu, niby nieistotnych, szczegółach, takich jak wcześniejsze schłodzenie ciasta, czy ponakłuwanie widelcem. Nie jest również bez znaczenia, której półki w piekarniku użyjecie.
Moja pierwsza tarta okazała się kompletną klapą: piekarnik włączyłam na program z termo-obiegiem i to był błąd - boki ciasta natychmiast opadły. Ciasto zrobiłam za grube, a co za tym idzie w środku okazało się kompletnie surowe, a na wierzchu przypalone. Skłonna już byłam obwiniać piekarnik, ale jednak kiepskiej baletnicy... Teraz coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że nie ma takiego piekarnika, w którym by tarta nie wyszła.
Ale dosyć gadania, bierzmy się za robienie tarty.




Składniki:

mąka pszenna (niecałe pół opakowania czyli ok 350-400 g)
100 g cukru
szczypta soli
łyżeczka proszku do pieczenia (opcjonalnie)
2 jajka
200 g masła
1 kg śliwek, najlepiej węgierek
odrobina brązowego cukru
papier do pieczenia (opcjonalnie)

Przygotowanie:

Mąkę wymieszać z cukrem, solą i proszkiem do pieczenia. Dodać jajka, masło i zagnieść ciasto. 
Formę do tarty o średnicy 26-30 cm wyłożyć papierem do pieczenia lub posmarować masłem. Spód i boki formy wylepić cienko ciastem. Następnie włożyć wylepioną formę do lodówki na pół godziny.
W tym czasie umyć śliwki, przekroić na pół, wypestkować i połówki do połowy ponacinać.
Piekarnik rozgrzać do temperatury 200 stopni.
Wyjąć formę z ciastem z lodówki i ponakłuwać ciasto widelcem. Włożyć do piekarnika i piec około 15 minut na środkowej półce (nastawiam piekarnik na opcję góra-dół, bez termoobiegu).
Po 15 minutach ułożyć śliwki zaczynając od krawędzi formy i posypać brązowym cukrem. Przełożyć ciasto na najniższą półkę piekarnika i piec jeszcze ok. 25 minut. Wyjąć, kiedy brzegi zaczną się rumienić.





Do tej konkretnie tarty ze zdjęć, użyłam śliwek węgierkopodobnych i to był błąd. Poprzednio robiłam z węgierkami i była smaczniejsza. Ale i tak wiadomo, że chociaż potem boli brzuch, to kruche ciasto najlepsze jest na surowo. W przepisie wzięłam to pod uwagę i dałam takie proporcję, żeby trochę go jeszcze zostało. Taka solidna kulka.

Smacznego!




wtorek, 19 września 2017

Latawiec, który nie chciał latać

Zamiast poszybować w górę, kręcił młynki tuż nad ziemią. 
Ale przecież latawce, które latają są banalne.
Ponoć dał czadu następnego dnia.

Calabria jest dowodem na to, że nie wszystkie włoskie plaże są zatłoczone i pełne leżaków z parasolkami. Piaszczysto-kamienista plaża w Monasterace Marina okazała się zupełnie bezludna. Choć po naszym wyjeździe, to już właściwie tylko piaszczysta, bo wywiozłam z niej worek marmurowych otoczaków. Na lotnisku łaskawie przymknęli oko na te trzy kilo nadbagażu.










czwartek, 14 września 2017

Co można znaleźć w morzu?

Na przykład okulary przeciwsłoneczne, które zgubiło się pływając z dziećmi kajakiem trzy dni wcześniej. Po których to okularach wylało się morze łez i które spisało się już na straty.
Ale też dużo ciekawsze rzeczy. 
W Monasterace Marina (dawna Kaulonia, Magna Graecia), H. nurkując dwieście metrów od brzegu, znalazł napoleońską armatę, trochę tylko skorodowaną. Dzień później do morskich znalezisk mojego męża dołączyły dwie doryckie kolumny zatopione ok. dwa i pół tysiąca lat temu.
Z wypiekami na twarzy (skutek ekscytacji, nie poparzeń słonecznych) pobiegliśmy do lokalnego muzeum archeologicznego, poinformować o naszych znaleziskach. 
Spodziewaliśmy się słusznej nagrody. Może zwrócą nam się te wakacje? - rozmyślałam - a może wystarczy chociaż na powrotny bilet do Warszawy? - No dobra, niech będzie przynajmniej darmowy bilet do muzeum.
Niestety. Lokalni muzealnicy, na wieść o naszych znaleziskach, jęli pokładać się ze śmiechu. Kiedy już doszli do siebie po usłyszeniu tak przedniego żartu, wyjaśnili: - Tu leży tego pełno. Cha, cha, cha, nawet tego nie wyławiamy. 
Nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko pośmiać się razem z nimi.





















czwartek, 31 sierpnia 2017

O bulwarach i wagarach

Po miesiącu spędzonym na wsi wróciłam do Warszawy i zastałam zupełnie inne miasto. Lewy brzeg Wisły przeszedł niesłychaną metamorfozę, ani trochę nie przesadzę, jeśli powiem, że zostawiłam Wisłę drewnianą, a zastałam murowaną.
Po nowych Bulwarach Wiślanych spacerowaliśmy z przyjemnością i niedowierzaniem. W środku tygodnia, przed południem, uniknęliśmy tłumów i jedynym źródłem stresu było ciągłe uważanie, żeby chłopaki nie powpadali do wody z nieogrodzonego nabrzeża. Do tych sławnych wiślanych wirów.




Osobną przyjemność stanowiło oglądanie małej architektury. Ławki, latarnie i elewacje pawilonów, w moim odczuciu, znacznie przewyższają polskie standardy.



Spacer do połowy bulwarów i z powrotem (z wejściem na dach Centrum Kopernik) zajął nam prawie trzy godziny i to bez kąpieli w fontannie, bo nie wzięliśmy kąpielówek. Co krok przystawaliśmy - a to, żeby poskakać na trampolinach (ale nie do Wisły), a to żeby się wspiąć na kamienne ryby i nie zejść z nich, dopóki się z całą pewnością nie ustali, jaki to gatunek (po dłuższych dociekaniach, ze stuprocentową pewnością udało nam się sklasyfikować wyłącznie jesiotra), wreszcie po to, żeby pooglądać wystawy zdjęć i poczytać ciekawostki (i m.in. dowiedzieć się, pod którym warszawskim kościołem znajdują się jaskinie).




Trudno wręcz uwierzyć, że kiedyś w miejscu dzisiejszych bulwarów rosły krzaki, a z tych krzaków gdzieniegdzie wynurzały się obskurne pawilony, choć może należałoby powiedzieć baraki, ze smętnymi parasolami w barwach narodowych i barami mającymi w ofercie wyłącznie Piwo Królewskie w niezbyt czystych kuflach. Wokół pawilonów, już od świtu kręcili się nawykli do parkowego życia smutni panowie.
Choć muszę przyznać, że wagary w to miejsce zazwyczaj należały do wcale udanych. Niewątpliwym plusem mojego liceum była, jest, bliskość Wisły i ten dziki, zarośnięty brzeg kusił, oj kusił. Nawet to Królewskie dało się wypić. Chodziły plotki, że na wodzie prosto z Wisły. Faktycznie pachniało rybą, choć niewykluczone, że ten rybi zapach to sobie wmówilismy. 
Brzeg Wisły kusił nas szczególnie wiosną albo jesienią. Bo zimą mieliśmy inne ulubione miejsca do wagarowania - Amatorską na Nowym Świecie, z najlepszymi bajaderkami i galaretką ze szklanki. I z panem, który codziennie wpadał wymachując metalową tacą z wizerunkiem Najświętszej Panienki i dotąd z całą mocą uderzał drewnianym tłuczkiem w tę tacę, aż go obsługa, na którą składały się miłe panie w niebieskich fartuchach, uprzejmie nie wyprosiła.
Albo Guinnessa na Koszykowej, gdzie czasami, z braku wolnych stolików przysiadał się do nas Janusz Panasewicz. A nie były to czasy wielkich wspólnych stołów rodem z Charlotte, przy których każdy cichutko siedzi przed swoim laptopem, o nie. On z nami, proszę państwa, rozmawiał.
Bo Pub Źródełko, zwany przez wszystkich roboczo Źródłem, to wiadomo, że na wagary dobry zawsze i o każdej porze roku. Historii ze Źródłem związanych doliczyć się niepodobna, to jest materiał na osobny wpis, a może nawet na osobnego bloga. Wspomnę tylko o cyklicznych nalotach, jakie na Źródło urządzała kadra nauczycielska, gdy frekwencja na lekcjach pozostawiała zbyt wiele do życzenia. 





Ale wracając do tematu, Bulwary Wiślane to teraz zupełnie inny świat. Czysty i betonowy. Choć moja znajoma w jednej z nowootwartych, bulwarowych hehe, restauracji dostała ostatnio napój w szklance z pięknie, równiutko odciśniętym śladem szminki. Najwyraźniej szklanka myta nie była.






Coś mi mówi, że moje dzieci nieraz pójdą na wagary na bulwary.


piątek, 11 sierpnia 2017

Co się kryje pod fotelem

Chłopcy znaleźli pod fotelem moje kapcie, których szukałam od kilku miesięcy. Zachęceni tym ogromnym sukcesem złapali latarkę i z nadzieją, że znajdą tam jeszcze coś równie cennego, przystąpili do dalszych poszukiwań. Michał przystąpił z lewej, a Jaś z prawej strony fotela. 

Znaleźli! Okrzyki euforii i podniecenia!
Ale prędko zorientowali się, że Michał znalazł rękę Jasia, a Jaś rękę Michała.




wtorek, 18 lipca 2017

Między Scyllą a Charybdą

Scylla, miasteczko położone nad najwęższym odcinkiem Cieśniny Messyńskiej. Na drugim brzegu gołym okiem widać Sycylię (i gdzieś tam leży Charybda). 
Dzięki opieszałości H., który postanowił cały dzień spędzić w muzeum archeologicznym w Reggio Calabria, do Scylii docieramy, gdy słońce stoi już nisko i trafiamy na dobre, wieczorne światło. 
Mam chwilę czasu, żeby wybrać się na spacer do Chialanei - dzielnicy rybackiej położonej tak blisko morza, że wyższe fale uderzają o szyby domów, zalewają balkony i wypłukują mury. W garażach zamiast samochodów parkują łódki. 
Rybacy, po całym dniu na morzu, wrócili już do domów z sieciami pełnymi mieczników, ale wielu z nich, dla sportu, zarzuca jeszcze wędki z balkonów. Ot, nałóg.
W malowniczo położonych tuż nad wodą osteriach woda porywa gościom pastę z talerzy. Któraś wyjątkowo wysoka fala zabiera też mój portfel, ale na szczęście udaje mi się go odzyskać. Banknoty wysychają szybko i bez uszczerbku, za to rachunki bledną zupełnie i są nie do odczytania.
Słońce zachodzi nagle i co najmniej pół godziny wcześniej niż u nas.













Po kąpieli, na rozgrzewkę, masaż gorącymi kamieniami.






Rybacy, po całym dniu pracy, wrócili już do domów z sieciami pełnymi mieczników, ale wielu z nich, 
dla sportu, zarzuca jeszcze wędki z balkonów. Ot, nałóg.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...