niedziela, 24 sierpnia 2014

Zdjęcia, których nie zrobiłam

Zamiast cieszyć się zdjęciami, które są, zawsze bardziej żałuję tych, których nie zrobiłam. Te ostatnie, ponieważ istnieją wyłącznie w mojej głowie, w odróżnieniu od zrobionych, są niezmiennie perfekcyjnie skadrowane i naświetlone, a kolory bardziej żywe.
I tak, na pierwszej stronie nieistniejącego albumu widnieje kwartet juhasów siedzących w strojach ludowych przy knajpianym stoliku, każdy ze wzrokiem i palcem wbitym w swojego smartfona. Właśnie robią sobie krótką przerwę między pokazem siarczystego krzesanego, a porywającym wykonaniem na cztery głosy standardu "Hej, bystra woda". Zadumałam się nad tym signum temporis - w przerwie pomiędzy występami góralska kapela powinna przecież  raczyć się obficie okowitą. 
Na następnej stronie jedzie na rowerze mężczyzna z długimi włosami i brodą, na pierwszy rzut oka podobny trochę, ale bez przesady, do Czesława Niemena. Wiezie przywiązany do roweru las - wiechcie wszelakie, liście, gałęzie. Skąd wiezie, dokąd - nie wiadomo.
Za nim, kilka stron dalej, skrajem szosy podążają dwie stare kobiety w chustkach na głowie, jedna na rowerze, druga pieszo. Fioletowa chustka tej pieszo łopocze na wietrze i przyjemnie kontrastuje z musztardowym swetrem. Chusta tej na rowerze ma nieokreślony kolor, może dlatego, że kobieta jedzie zbyt szybko.
Album kończy baca pasący owce nieopodal tabliczki "wypas kulturalny owiec". Chociaż sądząc po tym, jak zrugał swojego owczarka, co się tyczy akurat kultury, to specjalnego wypasu nie było. Baca śmieje się z turysty, który owego ranka w Dolinie Kościeliskiej próbował zaimponować koleżankom wyskakując w biegu z dorożki, pech chciał, że padł jak długi i rozpłaszczył się w kałuży błota, powodując ogólną wesołość.
Na ostatniej stronie błyskawica nad Giewontem. Przez pół nocy pioruny waliły właściwie bez przerwy, a silny wiatr co rusz wpadał nam do pokoju bez problemu pokonując drewnianą ościeżnicę i wypaczoną szynę okienną. Zaspani i odrobinę przerażeni opuszczaliśmy łóżko i brnęliśmy przez pokój po kostki w wodzie, żeby stanąć do walki z żywiołem i docisnąć wielkie panoramiczne okno. Nie było głowy do robienia zdjęć. Straż pożarna, głośno dając o sobie znać, jeździła we wszystkich kierunkach, a w porannej gazecie przeczytaliśmy, że w Zakopanym od uderzeń piorunów zginęły dwie osoby. 

































środa, 6 sierpnia 2014

Dmuchana orka

Któregoś dnia taszczyłam przez całe Dębki prawie 3-metrową nadmuchaną orkę - zwierzę wciąż mi się zsuwało, poważnie ograniczając widoczność, ludzie na mój widok rozpraszali się na boki, wreszcie triumfalnie rzuciłam zabawkę na brzeg morza. I wtedy dowiedziałam się od ratownika, że nie możemy z nią wejść do wody, bo akurat tego dnia występuje specyficzna fala, która porywa dzieciaki razem z dmuchanymi gadżetami od razu na środek Bałtyku. 
Chłopcy, świadomi, że nie byli ostatnio tak grzeczni, jak by tego po nich oczekiwano, łypali na mnie niepewnie, czy - kiedy tylko ratownik zniknie nam z oczu - nie każę im pływać na tej orce. 
Poczułam się rozczarowana.
Ale może lepiej być rozczarowaną, niż zadowoloną z dziećmi i waleniem na środku Bałtyku.







piątek, 1 sierpnia 2014

Dębki - wejście nr 21

Deptak szczelnie otoczony kramami z pamiątkami, jedno lub dwa wesołe miasteczka, dzieciaki w uprzęży skaczące na trampolinach, tanie książki, wreszcie numerowane wejścia na plażę. Zwykle wybieramy nr 21, przy kiosku z pocztówkami (Tensknie za tobom tato. Wracam za 3 dni).
Pomiędzy wąskimi sosnami niecierpliwość rośnie, wrażenie oczekującej za horyzontem niespodzianki wzmaga się. Pachnie rybami i arbuzem, kępy suchych traw - ta najbardziej cierpliwa straż przybrzeżna - pilnują granicy między lasem, a piaskiem; teraz można zdjąć buty i puścić się biegiem. Slalomem, między ręcznikami i kolorowymi parawanami. Chybotliwe przepierzenia w założeniu mają chronić przed wiatrem i piachem, ale przede wszystkim chodzi o to, żeby odgrodzić się od innych.


















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...