czwartek, 2 stycznia 2014

Fernande

Stoję pod automatem z biletami na dworcu w Genui. Kupić, nie kupić? 
Kupuję. 
Na peronie stoi duża zielona walizka, a obok właścicielka - Brazylijka Fernande. Z pewnością nie dlatego, że pociąg się spóźnia, słowa same zaczynają płynąć. Fernande wygląda raczej na Szwedkę, ma jasne włosy i piegi na nosie. Chociaż podróżuje sama i właśnie wygłosiła przemówienie na konferencji, sprawia wrażenie, jakby wymagała opieki. Z trudem powstrzymuję się, żeby nie wyręczyć jej w niesieniu walizki, która wygląda na ciężką. 
Rozmawiamy, dopóki Fernande nie wysiada, jedną stację przed moją. Teraz będzie musiała wnieść swoją walizkę po trzystu osiemdziesięciu dwóch schodkach prowadzących ze stacji do położonego wyżej miasteczka.
Linia kolejowa wzdłuż wybrzeża biegnie głównie przez wykute w kamieniu tunele. Od czasu do czasu pociąg wynurza się na powierzchnię, żeby zaczerpnąć powietrza i ponownie nurkuje pod ziemią. Dziesiątki kilometrów tuneli. Ponieważ w dzień żadnych robót tu nie widać, zdawać by się mogło, że Ligurię zamieszkuje mrowie koboldów, które nocami mozolnie drążą skałę. 
Czytam Munro, jeszcze moją Munro, dopiero za kilka miesięcy dostanie nagrodę Nobla i stanie się wspólna.
Bywa, że w pociągach czuję się jak dawna ja. Tylko mniej kokieteryjna.

Kilka godzin później, na górskiej ścieżce łączącej Vernazzę i Corniglię znów spotykam piegowatą Fernande. Już po kąpieli w morzu i bez walizki. Cieszymy się z nieoczekiwanego spotkania.
Kiedyś pewnie wymieniłybyśmy się adresami, teraz obie wiemy, że nie będzie czasu na pisanie listów.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...