środa, 25 grudnia 2013

O tym, jak Święty Mikołaj wyłączył nam kaloryfer

Szósty grudnia rozpoczął się płaczem. Święty Mikołaj nie przyszedł! Pod poduszkami pusto!
Po dokładniejszym sprawdzeniu okazało się, że Mikołaj jednak był, tyle że prezenty zostawił nie pod poduszką, a na parapecie koło łóżka. 
I wyłączył kaloryfer.
Wytłumaczyliśmy, że Świętemu Mikołajowi pewnie zrobiło się gorąco, w końcu ciągle wchodzi i wychodzi w tym kożuchu, przez kominy się przeciska, a w takiej sytuacji o przeziębienie nietrudno. To wyłączył.

Jaś podszedł do wizyty Mikołaja sceptycznie, prezenty prezentami, ale to jednak obcy człowiek w sypialni i nie do końca wiadomo, czego się spodziewać. A może renifery, zamiast grzecznie czekać pod domem, będą się pchać do środka razem z nim? Może człowieka stratują?
Rano, przecierając zaspane oczy, z wyraźną ulgą oznajmił: - wiecie, był Mikołaj. I przeżyłem.

w Wigilię rano odwiedziła nas mała Ania



maska z pudełka po pizzy, dzieło taty




Jaś w nowej fryzurze. Bez loków.


wtorek, 24 grudnia 2013

Miłości!!!

Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam dużo miłości.
I tyle :)


sobota, 21 grudnia 2013

Anioły w rajtuzach

Garść przedszkolnych zdjęć. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałam tyle aniołów w jednym miejscu.  
Jasełka starszaków przebiegły w zasadzie bez niespodzianek, a mali aktorzy udźwignęli trudne role. Tylko z rzadka ktoś zaszlochał, czasem ktoś zapomniał tekstu, ale wtedy suflerka pani Zosia śpieszyła z pomocą, innym razem kogoś zżarła trema - jedna z anielic swoją rolę co prawda pamiętała, ale całość wyrecytowała zakrywając twarz rękoma. 
Tyle napięć i wzruszeń w jednej sali gimnastycznej sprawiło, że i ja wycierałam oczy rękawem.
O ile jasełka starszaków przebiegły bez niespodzianek, o tyle bożonarodzeniowa uroczystość maluchów obfitowała w spontaniczne wybryki. Raz po raz łagodną melodię kolędy przerywał gromki okrzyk: to moja mama, widzicie? O tam, tam siedzi! A nawet dumne - to moja tata! 
Czasem ktoś niespodziewanie wbiegał na środek sceny i zanim został z niej ściągnięty, zdążył zatańczyć albo poskakać.
W jednej ze scen aniołek przy użyciu różdżki budził pozostałe aniołki, przy czym połowa aniołków nie dawała się dobudzić i smacznie spała dalej. 
Jaś w pewnej chwili zdecydował, że ma już dosyć tych występów i resztę przedstawienia obejrzy u mnie na kolanach.
A potem była uczta.























piątek, 6 grudnia 2013

Siena palona

Kilka dni temu zobaczyłam w internecie ogłoszenie o warsztatach fotograficznych w Toskanii, wczesną wiosną. Pomyślałam - świetnie, miejsce piękne, pora jeszcze lepsza, bo oznacza budzącą się dopiero do życia przyrodę, zielone cyprysy i kamienne domy na tle żółto i brązowo zaoranych pól. Poranne wyjazdy na wschód słońca w malownicze miejsca i wieczorne rozmowy o fotografii przy toskańskim winie. Jadę!
Ale zaraz potem wyobraziłam sobie tłumek zapalonych fotografów tłoczących się przy autokarze ze swoimi statywami i podobnymi lustrzankami na szyjach, bezlitośnie atakujących aparatami ten sam pejzaż. Natychmiast odechciało mi się tej podróży.
Wolę nasze wyjazdy we dwoje, bez z góry przez kogoś zaplanowanych kadrów i, być może, mniej malowniczymi, bo przypadkowymi widokami. Wolę płakać w wynajętym samochodzie, kiedy przez trzy godziny nie potrafimy znaleźć wypożyczalni aut przy lotnisku i prawie spóźniamy się na samolot. I śmiać się do łez w drodze do Pizy, kiedy wymyślamy wesołe piosenki i muszę zatrzymać się na poboczu, bo dostaję takiego ataku śmiechu, że nie jestem w stanie dalej prowadzić.

Dziś przypominam sobie Sienę i okolice San Gimignano.
A za oknem pierwszy śnieg!


































wtorek, 3 grudnia 2013

Kalendarz adwentowy

Opóźniony dwa dni, wreszcie zawisł.
Pomysł uszycia kalendarza adwentowego z jutowego worka kiełkował we mnie od dłuższego czasu i wreszcie w tym roku doczekał się realizacji. Do końca wahałam się - szpaler dyndających na sznurku woreczków, czy raczej prostokąt z kieszeniami, ale ponieważ woreczki zdecydowanie najlepiej prezentują się nad kominkiem, za to nad kanapą, czy - nie daj Boże - nad telewizorem, znacznie gorzej, wybrałam ten drugi wariant. Bo w naszym domu niestety kominka brak.
W szyciu pomagały mi dwa elfy, większy i mniejszy. Pomoc polegała głównie na pilnowaniu przez większego elfa, żeby ten mniejszy nie rozmazywał namalowanych na kieszonkach cyferek, dopóki nie wyschły. Mniejszy elf nie był zadowolony, ponieważ miał ogromną ochotę zanurzyć paluszki w czerwonej, a od biedy i w białej farbie.
Kiedy kalendarz był gotowy, pozostało jeszcze odpowiedzieć na ważkie pytanie, co ma się w nim znajdować. Zadań w rodzaju "wypad na sanki" nawet nie brałam pod uwagę - z doświadczenia wiem, że w naszym domu to nie funkcjonuje, a przymusowe przyjemności przestają być przyjemnościami. Spacer cieszy, o ile jest spontaniczny, obligatoryjny spacer staje się przemarszem, albo czymś dużo gorszym. 
W pierwszych pięciu kieszonkach chłopcy znajdą drobne słodkie niespodzianki, a w dalszych klocki Star Wars przełożone z gotowego kalendarza adwentowego Lego. Spotkałam ostatnio Świętego Mikołaja i zdradził mi, że właśnie taki kalendarz za kilka dni włoży chłopakom pod poduszkę. 
Tylko jeszcze nie wie, którędy się do nas dostanie. Jak już wspomniałam, nie posiadamy kominka.














Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...