środa, 29 maja 2013

Dzień Matki

Trochę z okazji Dnia Matki, a trochę przypadkiem akurat tego dnia, wybrałyśmy się z Maggie do Stawiska.
Kupiłyśmy bilety na koncert fortepianowy, po czym siadłyśmy na werandzie i całe muzyczne wydarzenie przegadałyśmy. O literaturze i o ciuchach. O tym, czy lepiej być człowiekiem zewnątrz, czy wewnątrzsterownym i do jakich rockowych t-shirtów najlepiej pasuje tiulowa spódnica (najlepiej oczywiście do t-shirtów z Guns N' Roses).  
Ukradkiem podkradałyśmy babeczki ze stołu.
I chyba trochę przeszkadzałyśmy tym, którzy przyszli posłuchać muzyki.
Czułam się, jak siedemnastolatka na wagarach. 
W ogóle zapomniałam, że mam dzieci!







piątek, 24 maja 2013

Drżyjcie aorty!

Urodziny Jasia. Michał od rana podejrzliwie się bratu przygląda, nie dowierza.
- Jaś nie ma jeszcze trzech lat, prawda?
- Ma!
- Ale wcale nie umie jeszcze wszystkiego powiedzieć! I rozmiar ma ten sam...
No bo jak to? Przecież tak być nie powinno! Wszak trzy, zbyt wyraźna to cezura, żeby jubilat miał bez zmian na ciele i duchu pozostać. Widzialnych zmian nie tylko można, ale wręcz należałoby się domagać. Nieprzekraczalna granica dzieciństwa - wczoraj mały, dzisiaj duży! W przeddzień urodzin jeszcze po dziecięcemu mówiący, w urodziny po dorosłemu rozprawiający! 
Niebywałe, że Jaś wciąż ten sam.

Z tej okazji w Alei Kasztanowej na Kabatach (na tyłach kortów) odbył się kinderbal. Drżyjcie aorty, ja idę na korty! Dobrze, że jubilata odśpiewanie "sto lat" nie obowiązywało, bo Jaś mógłby zadaniu nie sprostać. Zaintonować, by zaintonował, ale niewyraźnie. Pięć szwów na języku!!!
Na szczęście ze zdmuchnięciem świeczek nie było problemów. Wiatr też zrobił swoje.


widać szwy na języku :)














Ostatni hit - wykopaliska. Tym razem szkielet mamuta na tapecie :)





Tiulowe spódnice! Podobno na Dzień Matki mają być takie w rozmiarze dorosłym. Różne kolory :)






piątek, 17 maja 2013

Bobas

Michaś przybiega z podwórka zalany łzami.
Oho, będzie szpital! - myślę - z powodu przetartego kolana, nawet mocno przetartego kolana nie ma takich wrzasków, takich dzikich szlochów, takich potwornych spazmów.
Dopiero po dłuższej chwili chłopiec uspokaja się na tyle, że może mówić.
- Co się stało? - pytam przerażona.
- Dziewczyny na podwórku mówią na mnie bobas...


piątek, 10 maja 2013

Smoki, rycerze i wielkiej urody księżniczki

Z okazji urodzin Mary wreszcie odbył się długo odkładany bal przebierańców. Nie doczekaliśmy się maskarady w karnawale, w poście nie doczekaliśmy się tym bardziej. Po trosze przeszkodziły mrozy, po trosze śniegi, ale najtęższe mrozy i najgłębsze śniegi okazały się marną przeszkodą w porównaniu z chorobami - w porównaniu z chorobami, wysoce ujemne temperatury i zaspy po pas zdawały się balowi wręcz sprzyjać!
Styczeń, luty, marzec - połowa dzieci z nadprogramowymi bakteriami, połowa z wirusami. Kto nie miał kataru, ten wymiotował, a kto podejrzanie zdrów, temu pozostało ewentualnie bawić się samotnie. Nie dość, że samotnie, to na dodatek w domowym zaciszu, bo Kawiarnia Kolonia dopiero z wiosną swe podwoje otworzyła. 
Za to gdy już otworzyła, wtedy rycerze, smoki i wielkiej urody księżniczki jęli nadciągać gromadnie!

- Michałku, z kim była najlepsza zabawa?
- Z Mary (wiadomo!).
- A w co się bawiliście?
- Przez cały czas próbowałem z niej zdjąć tę koronę.

Na zdjęciach Mary żadnych królewskich insygniów nie posiada, więc przypuszczam, że już po detronizacji.   









środa, 8 maja 2013

Czas

Blog wygasa, bo czas skurczony do nieprzytomności - stopni z wiosną przybyło, w wysokiej temperaturze wszystko się kurczy. Wczorajsze przyjemności obowiązkami się stały: zamiast spacerować - biegiem, i to biegiem krótkodystansowca, przestrzeń przemierzam - myślami i tak jestem już z powrotem albo jeszcze dalej, sterta książek do przeczytania pęcznieje w tempie zawrotnym, jedną z dołu wyciągnę, ledwo przekartkuję - już dwie kolejne na wierzchu się pojawiają, a tym ze środka akapitów przybywa. Bezlik zdjęć z ostatnich kilku miesięcy czeka na publikację - wszystkie niezrobione.
Kawy i herbaty dawno przedawkowane i to herbaty z cytryną, choć trucizna to podobno gorsza niż arszenik. Wszystko w biegu, naprędce, byle szybciej.
Pewnie zbyt pochopnie, ale obiecuję zaległości nadrobić - pradawne kinderbale, zamierzchłe dialogi, majówkę i co bardziej szaleńcze wybryki synów udokumentować. Czas, czas, czas.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...