środa, 27 lutego 2013

Pierwszy nigdy nie wychodzi

Podobno pierwszy naleśnik nigdy nie wychodzi. Sprawdziłam - faktycznie był nieudany. Nie wyszedł mi też drugi, trzeci i kolejne. Za to omleta mogę zrobić z zamkniętymi oczami.
Wczoraj zjedliśmy pierwsze od dłuższego czasu poważne śniadanie. Bo wcześniej, za sprawą grypy żołądkowej, przez tydzień głównie kleik ryżowy, gotowana marchew i inne takie smakołyki. 
Choroba dopadła nas wszystkich. Na nic się zdało szczepienie Rotarixem. Najwątlejszy z całej rodziny Jaś skończył w szpitalu pod kroplówką. Ciężko spędzić trzy noce na szpitalnym krzesełku przy łóżku dziecka, kiedy własnym ciałem też targają mdłości! Ale H. dał radę. Ja miałam ten luksus, że pozwolono mi dogorywać w domu.  
Ach, zalazł nam za skórę ten wirus! Do tego stopnia, że zeszłoroczne zapalenie ucha wspominałam niemal z rozrzewnieniem. 





środa, 13 lutego 2013

Jest życie po trzydziestce!

Połowa lutego to czas, kiedy nieuchronnie zaczynam myśleć o wakacjach. I choć podziwiam ludzi, którym udało się osiągnąć taki stan ducha, że są zupełnie szczęśliwi nigdzie nie wyjeżdżając, daleko mi do nich i zawsze strasznie się cieszę na myśl o zbliżającej się podróży.
Niby wiem, że wszędzie jest tak samo. Niby wiem, że odpowiedź na najważniejsze pytania nie zależy od scenerii, ani dekoracji. Ale jak tu się nie cieszyć, gdy w tym roku Florencja i Toskania?
Chłopcy byli zachwyceni, gdy dowiedzieli się, że spędzą 10 dni bez rodziców, w letnim domu babci. Z naciskiem na bez rodziców. Ja tymczasem zamykam oczy i wyobrażam sobie włóczęgi od świtu do nocy oraz samochodowe eskapady z niedokładną mapą na kolanach i rzucaniem monetą na rozstajach dróg. Żadnego popijania drinków przy basenie, żadnych kolorowych opasek na nadgarstkach. Jest życie po trzydziestce!
Cieszę się też na te dni sam na sam z H., bo w Warszawie sam na sam, to nie bywają nawet minuty, a w domu toczy się nieustająca wojna o uwagę.
A Wy, planujecie już wakacje?




wtorek, 5 lutego 2013

Chaty porośnięte mchem

"Zapisać mijający dzień można najprędzej wieczorem, lepiej nazajutrz, pełniej po paru tygodniach, najdoskonalej - w pełnym splendorze zmyślenia i prawdy - po latach" - pisze Pilch w Dzienniku. Dżdżysty, jesienny dzień w Sanoku zapisuję po czterech bez mała miesiącach. Płowienie pamięci niby ledwo się rozpoczęło, niby przetarcia sieci neuronowych jeśli są, to nieznaczne i gołym okiem niewidoczne, ale przecież z wiekiem te procesy zachodzą szybciej, a i sam dzień od początku był mglisty.
Tamtego popołudnia byliśmy w skansenie jedynymi turystami. Tylko my i deszcz. Grupka przewodników w wysokich kaloszach nudziła się na drewnianej ławeczce w oczekiwaniu na zwiedzających. Stanęliśmy przed trudnym zadaniem - musieliśmy sami wypełnić uśpione chaty i mokre podwórza stukotem obcasów i gwarem rozmów.
Nie bardzo nam ta robota wychodziła - obcasy, zamiast stukać, grzęzły w błocie, rozmowy urywały się kiedy zamyślaliśmy się nad życiem, które kiedyś pod tymi powałami się toczyło. Podczas gdy krople deszczu ściekały po mchem porośniętych strzechach, odwiedziliśmy chyba każdy dom i każdą chatę. Przysiadaliśmy na trójnogich zydlach, nieomal zabieraliśmy się do gotowania obiadów na starych kuchniach, wywąchiwaliśmy resztki już dawno wywąchanych zapachów wiszących u sufitów wiechci. Na poczcie słuchaliśmy anegdot starego poczmistrza. U fotografa z płaskich portretów usiłowaliśmy odgadnąć charaktery ludzi, którzy odeszli. W szkole skrobaliśmy kredą po tabliczkach i przesuwaliśmy koraliki drewnianego liczydła. Ach, wcale nie chciało się opuszczać uczelni dysponującej takimi pomocami naukowymi!
Przemiła przewodniczka pozwoliła nam odejść dopiero wtedy, gdy odebrała telefon i dowiedziała się, że właśnie została babcią! Ale to i tak było już dwie godziny po oficjalnym zamknięciu skansenu.




Po taki stołek muszę się kiedyś wybrać do Sanoka. Podobno w sezonie bywają na tamtejszym jarmarku.












Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...