wtorek, 30 października 2012

Człowiek w berecie

- Mamo, zobacz, w takim cylindrze ludzie chodzą po Paryżu! - mówi Michaś, wskazując na ubranego w czerwony beret zwierzaka z Ulicy Sezamkowej.
- To jest beret - odpowiadam.
- Beret, aha. Czy ty chodziłaś po Paryżu w berecie?

Na dzisiejszych zdjęciach garść paryskich detali - latarnie, drzwi, gałki, ale żeby nie było zbyt nudno, także Paryżanie. Najczęściej przesiadujący przy stojących rzędem na chodnikach okrągłych stolikach tych wszystkich cafés, brasseries, boulangeries, pâtisseries i bistros.
Jeżeli gdzieś we Francji są nieuprzejmi kelnerzy, to chyba na prowincji. Bo w Paryżu takich nie ma!
I wcale nie trzeba znać jakiegoś tajnego szyfru, żeby zamówić dobrą kawę. Początkowo próbowałam porozumiewać się  w języku francuskim, którego niezbyt gorliwie, ale jednak uczyłam się przez ładnych parę lat, ale gdy przy składaniu zamówienia pomyliłam musztardę z majonezem (a potem pieczołowicie zeskrobywałam ten majonez z potrawy), straciłam całą śmiałość.

Jedynym napotkanym przez nas człowiekiem w berecie był malarz na Montmartre. Oprócz beretu posiadał jeszcze stylowe, wypielęgnowane wąsy. Niestety gdy H. ukradkiem próbował mu zrobić zdjęcie "z biodra", malarz akurat zdjął beret. Dobrze, że przynajmniej wąsy zostawił.



















środa, 24 października 2012

Mansardy, bombonierki, Paryż

Choć Paryż przywitał nas deszczem, to był bardzo udany weekend. Na szczęście nie było czasu na tęsknoty! A jeśli był taki czas, robiliśmy przerwę od włóczenia się, siadaliśmy w kawiarni i wyciągaliśmy telefon komórkowy. Chłopcy zapewne pomstowali na wynalazek, który co i rusz przerywał im zabawę!
Wieczorami padaliśmy ze zmęczenia i nie mogliśmy poruszać nogami. Teraz już wiem, że po kondycję fizyczną, to nie w Bieszczady, tylko do Paryża! Nocne powroty do hotelu były bardzo romantyczne - cali obolali człapaliśmy pod rękę jak para staruszków.
Tyle było do zobaczenia, że nie chciałam tracić zbyt wiele czasu na zakupy. Jedyna przeto kreacja, jaką przywiozłam ze stolicy mody, to elegancka przeciwdeszczowa peleryna, zresztą już tu i ówdzie podziurawiona od intensywnej eksploatacji. W dodatku niebieska, chociaż na wystawach eleganckich butików dominował pomarańczowy!
Trudno powiedzieć, co mi się najbardziej podobało - chyba jednak rzędy przywodzących na myśl  bombonierki kamieniczek z mansardami. I to, że te rzędy ciągnęły się kilometrami. Warszawskie szeregi kamienic kończą się, zanim jeszcze na dobre się zaczęły, paryskie przeciwnie - zdają się nie mieć końca w ogóle. Ani razu nie trafiliśmy na blokowisko, nawet w sporo oddalonych od centrum dzielnicach, chociaż podobno blokowiska i w Paryżu występują w obfitości. 
Następnym razem weźmiemy ze sobą dzieci - specjalne omijaliśmy miejsca, o których wiedzieliśmy, że będą im się szczególnie podobały. Może na wiosnę? Bo bez dzieci, to jednak wolałabym zimą w okresie przedświątecznym. Ależ te mansardki muszą wyglądać pod śniegiem!



czwartek, 18 października 2012

Mumut

Jaś, pytany jak ma na imię, odpowiada niezmiennie: - mumut. Na dowód tego biega na czworaka i porykuje. Jeśli darzy kogoś szczególną sympatią - a wiadomo, że największą sympatią darzy starszego brata - potrafi też boleśnie ugryźć. H. twierdzi, że nie dość, że gryzie, to w dodatku chyba zębem jadowym, bo ugryzione miejsce strasznie swędzi.
Czasem Jasiowi nudzi się bycie mumutem i wtedy zmienia się w taptapa (czyli triceratopsa), który zachowuje się właściwie tak samo jak mumut, bo też biega, gryzie i ryczy.
Kiedyś do znudzenia oglądaliśmy Auta, teraz Auta zostały wyparte przez Epokę lodowcową.

Kilka dni temu, w muzeum geologicznym przy Wiśniowej, H. opowiadał Michasiowi kiedy i dlaczego wyginęły dinozaury. Michaś słuchał z dużym zainteresowaniem.
- Tato, a kiedy wyginął dziadek?

I wczorajszy dialog z babcią:
Babcia: - Dinozaury miały grubą i łuskowatą skórę.
Michaś: - Tak, wiem. Tak jak ty, babciu.
Babcia: - Jak to jak ja?! W którym miejscu ja mam grubą i łuskowatą skórę?!
Michaś (wskazując na babci kolano): - O tu!
Babcia: - Ale to są rajstopy!

Jutro wyjeżdżamy na przedłużony weekend. Po raz pierwszy po czterech latach sami, bez dzieci.
O dzieci się nie martwię, ale nie wiem, jak ja dam sobie radę bez nich i czy w ogóle będę w stanie cieszyć się podróżą.
- Mamo, czy wy lecicie sterowcem?
Fajnie by było! Ale niestety nie!


wtorek, 16 października 2012

Stara Praga

Niedzielny spacer po Starej Pradze. Zajrzałam do dwóch, czy trzech bram przy Ząbkowskiej - świat tam się zatrzymał. Trzeszczące drewniane schody na klatkach schodowych, olbrzymie połacie czerwonej cegły przezierające spod tynków, w podwórku obowiązkowo trzepak i kapliczka.
Od frontu, w każdej kamienicy galeria, albo kawiarenka. Nawet teatr!

Spacer mocno sentymentalny, jako że przez cztery lata mieszkałam naprzeciwko Konesera. I to najważniejsze cztery, bo pierwsze! Podobno w piaskownicy trzeba było mnie bardzo pilnować, bo niepilnowana od razu zaczynałam się rozbierać. 
Mój dziadek należał do tych Prażan, którzy nawet po papierosy chodzą w garniturze.















































piątek, 12 października 2012

Małym rowerkiem, nocą, przez las

Wieczorami po dolinach, drogach i korytach rzek snuły się mgły. Jak kłębki waty cukrowej poszukujące dobrego miejsca, żeby ułożyć się do snu. 
Najwięcej ich było nad Soliną.
Jadąc samochodem górskimi serpentynami spadaliśmy nagle w taką watę, żeby po chwili - gdy droga unosiła się - równie nagle się z niej wynurzyć. Czasem w oddali przez mgłę przebijało się przytłumione światełko jakiejś samotnej chałupy. Ale bywało i tak, że przejechaliśmy kilkanaście kilometrów nie dostrzegając żadnych zabudowań, ani śladów ludzkiej obecności. 
Pewnej wyjątkowo ciemnej nocy, a przejeżdżaliśmy akurat przez lasy w okolicach Dwernika, zapytałam H., czy bałby się tu teraz jechać sam na rowerze. W odpowiedzi usłyszałam dobiegający z tyłu cichutki przestraszony głosik Jasia: - ehe...
Mały chłopczyk najwyraźniej uznał, że pytanie zostało skierowane do niego i wyobraził sobie siebie pedałującego w ciemności pod górkę na malutkim rowerku.
Ciekawe, czy wyimaginowany rowerek był na czterech kółkach.
Chwilę potem na drogę wyskoczył lis. Dobrze, że nie niedźwiedź!





















wtorek, 9 października 2012

Na emeryckim szlaku

Uzbrojeni w kijek, ciupagę i nie do końca do chodzenia po górach odpowiednie buty, kroczymy żółtym szlakiem. „Szlakiem emeryckim”, jak się wyraził góral inkasujący opłaty parkingowe u podnóża masywu. H. najwyraźniej słów górala nie dosłyszał, bo przez całą drogę dopytuje się: - jak się nazywa ten szlak, ekspercki?
Przecież niemożliwe, żeby emerycki.
Wreszcie wyraża przypuszczenie, że nieformalana nazwa szlaku z pewnością pochodzi od łacińskiego emeritus, znaczącego tyle, co weteran; ten zaszczytny tytuł nadawany jest zasłużonym profesorom. Ścieżka, którą podążamy jest zatem przeznaczona dla najlepiej znających góry weteranów, którzy na szlaku niejedne zelówki zdarli i potrafią sobie poradzić nawet w najcięższych warunkach. H., mimo że obładowany, kroczy przeto dumnie i z wypiętą piersią, jakby na tej piersi nie Jaś wisiał, lecz moc orderów. Jakby nie górską ścieżką szedł, ale aleją zasłużonych, taką jak na Powązkach, tyle że dla żywych.

Podejrzewam, że H. mógł mieć rację. Wtaszczenie na samą górę i z powrotem Jasia, w dodatku Jasia momentami przysypiającego i stającego się wtedy ciężkim i niewygodnym niczym worek mąki, to nie są warunki komfortowe. Bez żadnych chust, nosideł i innych niegodnych emeritusa gadżetów.
Za to Michaś wszedł zupełnie sam i prawie zupełnie, choć już zdecydowanie mniej chętnie, sam zszedł. Zdopingowała go nowa ciupaga i perspektywa nagrody w postaci pieczątki w schronisku na szczycie.

Następnego dnia też się wspinaliśmy, bo to uzależnia - kiedy już raz pójdzie się w góry i zobaczy bieszczadzkie połoniny, to właściwie nie chce się już robić nic innego. Warunki były trudniejsze, bo trasa nie dość, że dłuższa i bardziej stroma, to jeszcze mokra i śliska. Jasia - podobnie jak poprzednio - trzeba było nieść, ale do tego doszły jeszcze kłopoty wychowawcze z Michasiem – na Bukowym Berdzie nie było schroniska, a co za tym idzie pieczątki w nagrodę, a ciupaga nie była już nowa, miała wszak dwa dni.
Dziś zdjęcia z pierwszej wędrówki, na Połoninę Wetlińską. Góry już zaczynają się czerwienić, choć wciąż dominuje zieleń. Za dwa, trzy tygodnie będzie jeszcze piękniej, kto jedzie? Słodka herbata nigdzie nie smakuje tak dobrze jak w schronisku.












Po powrocie Michaś chwalił się babci, że przez tę lornetkę wypatrzył niedźwiedzia. Hmm, no nie wiem.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...