sobota, 29 września 2012

Przez Telepass do Taorminy - update

Z Syrakuz do Taorminy od początku do końca jedzie się autostradą, ale tylko jej ostatni odcinek jest płatny. Przez pomyłkę wjechałam do bramki z napisem Telepass, przeznaczonej dla kierowców, którzy wykupili abonament i przykleili na przedniej szybie specjalną elektroniczną nalepkę. Ja takiej nie miałam.
Za nami momentalnie ustawił się sznur samochodów, uniemożliwiając wycofanie się. Cóż było robić, przez bramkę przejechałam, ale przez całą dalszą drogę czekałam na ryk syren i policyjne radiowozy zajeżdżające mi drogę. Oczami wyobraźni widziałam już siebie przyciśniętą do maski samochodu i w kajdankach, obserwującą, jak obok H. z pokorą przyjmuje fakt, że właśnie odbierają mu prawo wykonywania zawodu.
Na szczęście nic takiego się nie stało i zawrotną sumę sześćdziesięciu euro centów udało nam się zapłacić przy wyjeździe.
Taormina przywitała nas siecią wąskich, wykutych w skale uliczek ze schodkami. Jedna z nich była tak ciasna, że szersze osoby musiały wybierać któryś z sąsiednich - też zresztą wąskich - korytarzy. Z niejakim zdumieniem odnotowałam fakt, że żadna z tych ulic nie nazywała się Via Garibaldi, ani nawet Via Cavour. Najwyraźniej Taormina to jedyne sycylijskie miasteczko, w którym nie ma się ciągłego wrażenia, że Risorgimento jeszcze trwa i lada chwila zza któregoś winkla wyłonią się ludzie w czerwonych koszulach.
Nad miasteczkiem malowniczo górowała - jak pisał Iwaszkiewicz w Książce o Sycylii - "biała pielucha Etny". Od czasu do czasu przesłaniały ją kupki białych chmurek.

Maggie, ja też nie mogłam przejść koło nich obojętnie! Następnym razem weź koniecznie swoje analogi, urządzimy Sycylijczykom konkurs na najładniejszy balkon!














































Za chwilę schodzę do piwnicy po walizy, jutro jedziemy w Bieszczady, w okolice Ustrzyk Dolnych. 
Nastawiam się na piękną złotą polską jesień!
Do zobaczenia za jakieś dwa tygodnie!


środa, 26 września 2012

Kasztany na Powązkach

Kiedy moja Matka Chrzestna była małą dziewczynką i chodziła do przedszkola, pewnego dnia usłyszała jak któreś dziecko chwali się, że w drodze z przedszkola do domu codziennie mija wielki kasztanowiec. Ktoś inny odpowiedział, że w drodze z przedszkola do domu codziennie mija dwa wielkie kasztanowce. Mała Hania bez większego namysłu pochwaliła się przeto, że codziennie wraca z przedszkola do domu taką aleją, przy której rosną same kasztanowce. Dziesiątki kasztanowców! Najwięcej kasztanowców na świecie! W tej kasztanowej alei to nie ludzie zbierają kasztany, tylko kasztany zbierają ludzi. Na tym skończyła się dziecięca licytacja.
W rzeczywistości, przy drodze, którą dwa razy dziennie pokonywała z tatą - a moim dziadkiem - mała Hania, nie rósł ani jeden kasztanowiec.
Tymczasem pani przedszkolanka zdecydowała, że skoro dziewczynka codziennie spotyka się z taką obfitością kasztanów, niech ich wielką torbę nazbiera i do przedszkola przyniesie. Zrobi się z nich kasztaniaki! I Hania, chcąc nie chcąc, obiecała te kasztany przynieść. 
Początkowo trochę jeszcze liczyła na to, że wszystko jakoś się ułoży i pani o jej obietnicy zapomni, ale pani się do pomysłu zrobienia kasztaniaków zapaliła i nie miała zamiaru łatwo odpuścić.
Następnego dnia, na pytanie, czy przyniosła kasztany, Hania odpowiedziała, że zapomniała.
O obiecanych kasztanach zapomniała również drugiego i trzeciego dnia. A czwartego wcale nie chciała iść do przedszkola i się rozpłakała.
Indagowana przez zdumionych rodziców (a moich dziadków) początkowo milczała, ale w końcu ze wstydem wytłumaczyła im, dlaczego już nigdy, przenigdy nie może pokazać się w przedszkolu. 
I mój dziadek znalazł rozwiązanie! Tym razem poszli do przedszkola trochę dłuższą drogą, przez park i nazbierali pełną torbę kasztanów! Co tam torbę, dwie torby! I wszyscy w przedszkolu byli zadowoleni, a najbardziej Hania.
Ta historia miała miejsce dawno temu w zupełnie innym mieście, ale jeśli i Wy przypadkiem złożyliście ostatnio podobną deklarację i pochopnie naobiecywaliście komuś kasztanów, pamiętajcie, że w Warszawie najwięcej kasztanów jest na Powązkach.




















poniedziałek, 24 września 2012

Szpitalna

Coraz częściej myślę o tym, jakby to było fajnie zamieszkać w starej kamienicy. Nie bacząc na brak windy, miejsc do parkowania i ponurą obecność piecyka gazowego w łazience. Za to codziennie przechodzić przez zabytkową bramę, dotykać ozdobnie giętej poręczy i wdychać powietrze, w którym czuć powiew historii (często jednak na klatce schodowej dominują zapachy znacznie bardziej przyziemne). Patrząc na ślady po kulach, cieszyć się, że jednak nie wszystko zostało zniszczone.
Na zdjęciach kamienica przy ul. Szpitalnej 8, ta w której mieści się pijalnia czekolady Wedla. I przyległa do niej Szpitalna 8a z miejscem bardzo przyjaznym dzieciom. Miejscem, w którym jest drewniana kolejka z mnóstwem wagoników i sklep spożywczy, a może nawet wielobranżowy! Z prawdziwą wagą i odważnikami!
Blok czekoladowy można tu zjeść albo chałkę z dżemem. I sok wypić przy ogromnym stole, przy którym wspólnie siedzą wszyscy goście. Z tyłu za tym stołem, wielkie loftowe okno. A za oknem jarzębina.





































środa, 19 września 2012

Bilet

Wysiadamy z samochodu. Ja niosę śpiącego Jasia, Michaś niesie mój bilet na dzisiejszy koncert Coldplay.
Klucz znajduję od razu w kieszeni płaszcza. Wchodzimy do domu.
Michaś: - Mamo, muszę ci coś powiedzieć.
Ja: - Mów.
Michaś: - Ale to będzie coś strasznego.
Ja: - Mów śmiało, jestem przygotowana na najgorsze.
Michaś: - Wiesz, miałem straszną ochotę wrzucić twój bilet w tę dziurkę koło windy. Ledwo się powstrzymałem. O mały włos!


A to jedna z moich ulubionych ulic w Warszawie.

I ta też.

W tej kamienicy kiedyś mieszkała jedna moja znajoma, druga znajoma mieszka w niej obecnie i o mały włos ja sama w niej nie zamieszkałam.


piątek, 14 września 2012

Cud nad Wisłą

Usiadłam przy komputerze z myślą, że w żartobliwy sposób opiszę jakiegoś ostatniego figla moich dzieci. Ale przecież nie wypada śmiać się z tego, że Jaś ciupagą porąbał u babci podłogę w przedpokoju. I to w zaledwie kilka minut, z zapałem i ukradkowością pracowników Lasów Państwowych, za sprawą których w mgnieniu oka znika cała połać zupełnie zdrowego lasu. Zatem wpis będzie raczej smutny. Podłogi, przypominającej już teraz bardziej trzebisko niż parkiet, w żaden sposób nie da się uratować.





Cud nad Wisłą - miejsce, w którym można na chwilę zapomnieć o widoku biegających z siekierami dzieci. Należy wszakże przygotować się na to, że widoczne na zdjęciu eleganckie europalety przeżywają w weekendy prawdziwe oblężenie i podobnie jak leżaki w tunezyjskich resortach, najlepiej je rezerwować już o szóstej rano.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...