środa, 27 czerwca 2012

Pinokio

Jakiś czas temu, przeglądając półki z książkami dla dzieci w Kredce przy Placu Zbawiciela, wypatrzyłam 'Pinokia' z ilustracjami Roberto Innocentiego, które mnie oczarowały. Oszczędna paleta kolorów - biel, czerń, brąz i szczypta turkusu w detalach. A same detale dopracowane i wysmakowane, aż trudno oderwać wzrok. 
Szafa w pracowni stolarza. Okiennice starej kamienicy. Vespa zaparkowana u podnóża krętej włoskiej uliczki.
Obowiązkowe pranie suszące się na sznurze pod oknem.

Za kilka chwil będziemy w samolocie, który przeniesie nas do tej włoskiej bajki. Chociaż nie - zbyt ponura opowieść Collodiego, aby mieć ochotę w nią wniknąć, więc inaczej - za kilka chwil będziemy w samolocie, który przeniesie nas w świat dekoracji Innocentiego.
Walizka domknięta, ręczniki się weselą już pewne, że niedługo poplażują.

Podobno w Syrakuzach prawie nikt nie mówi po angielsku. Tym razem nie zabieram ze sobą polsko-włoskich rozmówek, poprzednim razem zabrałam i wpadka - okazało się, że w roztargnieniu nabyłam rozmówki dla pielgrzymów. Swobodnie mogłam pytać Włochów, gdzie mogę rozświetlić krucyfiks i w jakich godzinach odbywa się spowiedź, ale już w restauracji nie szło się dogadać.

Za kilka chwil będziemy w samolocie i nawet do tego stopnia wrócił mi humor, że zaczynam podśpiewywać.

pamiętam był ogromny mróz
od Cheetaway do Syracuse

To nic, że Osiecka miała na myśli amerykańskie Syracuse, to nic, że sycylijskie Syrakuzy ogromnego mrozu nigdy nie widziały, a jak widziały to nie pamiętają - wciąż chodzi mi głowie ta piosenka i odczepić się nie chce.
Do zobaczenia za niespełna dwa tygodnie!








poniedziałek, 25 czerwca 2012

My jesteśmy tu

Oni są tam, a my jesteśmy tu. Aby poczuć się trochę bardziej tam, kolejny raz, ale ze wzruszeniem jednakowym oglądam Spotkanie w Palermo i Cinema Paradiso. Przymierzam się również do lektury Książki o Sycylii Iwaszkiewicza, ale okazuje się, że to towar niedostępny, kolekcjonerski wręcz. Im bardziej nie można tej książki dostać, tym bardziej zapamiętuję się w poszukiwaniach.
Przetrząsnęłam internet. Obdzwoniłam rodzinę i bliskich przyjaciół. Nie bez wewnętrznych oporów obdzwoniłam dalszych przyjaciół - wszystko na próżno. Dziś wybieram się na Wilczą i Mokotowską przeszukiwać podziemne czeluście antykwariatów i mam zamiar wydobyć dawno nie wznawiane dzieło autora Sławy i chwały choćby spod ziemi. Choćby ten biały kruk na najwyższej półce najwyższego regału przysiadł, albo wyżej jeszcze - złapię go.

Chciałabym posiadać ułamek łatwości nawiązywania kontaktów, jaką posiada mój syn. Wczoraj wybraliśmy się na przejażdżkę autobusem, po pięciu minutach Michaś znał już imiona połowy pasażerów, a po dziesięciu imiona oraz wizerunki - za pośrednictwem zdjęć wyciągniętych z portfeli - ich dzieci, wnuków i psów. Ponieważ Michaś dzieci, wnuków, ani nawet psa nie posiada, w rewanżu opowiadał o swojej kolekcji aut. Z tych emocji zostawiliśmy w autobusie kapelusz.

Łazienki znowu mają Aleję Chińską.



piątek, 22 czerwca 2012

Tylko kilka dni

Jeśli wszystko potoczyłoby się zgodnie z planem, byłabym teraz w Rzymie na lotnisku Fiumicino, pijąc kawę albo snując się po sklepach z okularami przeciwsłonecznymi, wahając się i w końcu nie wybierając żadnych. Od czasu do czasu nerwowo spoglądałabym na tablicę odlotów. Razem z H. i z dziećmi czekałabym na lot do Katanii.  
Tymczasem jestem w domu, a za ścianą śpi chore dziecko.
Spakowana walizka leży otwarta na podłodze, wystarczy dopakować krem i szczotkę do zębów. Kawałek plażowego ręcznika wystaje smętnie, jakby ręcznik już stracił nadzieję, że pojedzie i postanowił na własną rękę walizkę opuścić.

Rano Michaś obudził się z gorączką i bolącym uchem. Trzy godziny przed planowanym wylotem pobiegliśmy do lekarza, żeby usłyszeć werdykt - ostra infekcja, podróż samolotem niewskazana. Kupiliśmy antybiotyk.
Gonitwa myśli - jechać? Zostać? Zdrowi jadą, Michaś zostaje z babcią? Dzieci jadą, dorośli zostają?

Podjęłam szybką decyzję - zostaję z Michasiem i spróbujemy dolecieć za kilka dni.
Godzinę przed wylotem przebukowałam nasze bilety. Kobieta po drugiej stronie słuchawki, słysząc mój łamiący się głos, obniżyła opłatę za zmianę rezerwacji o połowę. Sama jestem matkę i rozumiem, jak to jest, gdy dzieci chorują.

Teraz wiem, że to było jedyne akceptowalne dla mnie rozwiązanie. Nie zostawiłabym chorego dziecka na dwa tygodnie, nawet pod najlepszą opieką. Nie zaryzykowałabym też podróży z zapaleniem ucha, bo gdyby podczas startu lub lądowania nastąpiło uszkodzenie bębenka, nie wybaczyłabym sobie tego do końca życia.

Czekam.
Tylko kilka dni.
Minuty, odmierzane kolejnymi dawkami lekarstw, płyną bardzo wolno.






poniedziałek, 18 czerwca 2012

Polska gola!

Nie pomógł nasz wzmożony doping. Na nic się zdało wymachiwanie szalikami i flagami w barwach narodowych. Malowanie twarzy poszło na marne, a zaciskanie kciuków nie przyniosło zamierzonego efektu. 
Polska gola nie strzeliła.
Po przegranym meczu O. wpadła na pomysł, żeby dla rozładowania napięcia od razu rozegrać mecz rewanżowy, wybrała też składy obu drużyn: Czechy - Tomek, Michaś i Jaś, Polska - dorośli.
Tym razem im dołożymy! - zawyrokowała.

W samochodzie, zastanawiając się, czy czegoś nie zapomnieliśmy, pytam Michasia:
- Masz na nogach buty?
- Mam.
- A Jaś?
- Też ma. A wy?
Ja miałam. Tata, na szczęście, też.


Na zdjęciu powyżej H. tylko udaje, że śpiewa, choć groźna mina wygląda wyjątkowo autentycznie.

czwartek, 14 czerwca 2012

Fiesta w Lizbonie

Wczorajszy mecz Dania - Portugalia oglądałam z przejęciem, choć bez przygryzania kłykci. Michaś biegał po pokoju co i rusz zasłaniając ekran i pokrzykując: jestem spalony! Jestem spalony!
Co to jest spalony?
Odpowiadam najlepiej jak umiem.
Dlaczego ten pan ma dziurę w nodze?
Dlaczego oni noszą takie dziwne buty?
O, popatrz - pokazuje za okno, na słońce, które właśnie przebiło się zza chmur - już nie ma padadeszczu.

Komu kibicujecie, zakładając, że Polska nie zagra w finale? Ja Portugalii. Mogę sobie wyobrazić tę fiestę w Lizbonie!


wtorek, 12 czerwca 2012

Jak pędziliśmy, żeby zdążyć na mecz

   Kiedy w miniony piątek cała Polska zasiadała przed telewizorami szykując się na mecz z Grecją, my wracaliśmy z parku dinozaurów do naszego domu na wsi, pędząc na łeb, na szyję z nadzieją, że zdążymy przynajmniej na drugą połowę. Dzieci po potężnej dawce strachu pochrapywały z tyłu w swoich fotelikach, a H. w pośpiechu obracał pokrętłem samochodowego radia dryfując po częstotliwościach w poszukiwaniu relacji na żywo. Już po chwili umilkło echo muzyki disco i z szumu dobiegła nas charakterystyczna chrypa i knajackie przeciąganie spółgłosek mojego ulubionego komentatora sportowego. 
   Podobnie jak wolę czytać eseje o muzyce poważnej, niż jej słuchać, podobnie jak preferuję oglądać fotografie potraw niż jeść, tak zdecydowanie przedkładam wysłuchanie emocjonującej relacji z meczu piłki nożnej - o ile nie gra w nim Cristiano Ronaldo - nad obejrzenie tego widowiska. Zwłaszcza, kiedy natchniony komentator z impetem wyrzuca z siebie tysiące słów na minutę i potrafi wywołać wrażenie, że polskiej drużynie wyrosły skrzydła i to już nie ci sami Maciek i Kuba kopią piłkę na szkolnym boisku, ale jedenastka superbohaterów o ponadnaturalnych umiejętnościach właśnie przejmuje panowanie nad stadionem. Oto nadciąga biało-czerwona husaria, bez żadnej litości zmiatając Grecję z mapy Europy. Za sprawą tej relacji, gol Lewandowskiego w 17. minucie nie był dla nas żadnym zaskoczeniem, a raczej naturalnym potwierdzeniem wspaniałej kondycji Polskiej Kadry Narodowej. Po tej akcji emocje komentatora sięgnęły zenitu i byliśmy prawie pewni, że nie dał rady wyjść ze studia o własnych siłach. Przypuszczaliśmy, że został wyniesiony na noszach w stanie, w najlepszym razie, przedzawałowym i natychmiast poddany czynnościom reanimacyjnym.
   Mimo, że na powrót do domu wybraliśmy drogę gorszej jakości, za to bardziej malowniczą, zdążyliśmy wrócić na drugą połowę. Niestety. Bo nie tylko okazało się, że Polacy grają jak zwykle i po godzinie nie wytrzymują kondycyjnie. Nie tylko byliśmy świadkami tego, jak hiszpański arbiter pokazuje czerwoną kartkę naszemu bramkarzowi. Nie tylko na naszych przerażonych oczach Grecy wbili nam remisowego gola, ale - jakby tego wszystkiego było mało - działkowy telewizor częściowo odmówił posłuszeństwa i zawodnicy obu drużyn mają twarze w kolorze soczystej zieleni. Posmutnieliśmy jeszcze bardziej, gdy zrozumieliśmy, że niebieska murawa to nie żaden nowy trend na Euro 2012, tylko zwykły figiel naszego odbiornika. W dodatku wiekowy telewizor miał problemy z przetwarzaniem zbyt dużej ilości cyfrowych informacji, w związku z czym co kilka chwil obraz ulegał zawieszeniu i mogliśmy przez kilkadziesiąt sekund obserwować na ekranie w dużym zbliżeniu nieruchomą włochatą łydkę któregoś z zawodników. Przy czym dźwięk, jak gdyby nigdy nic, płynął dalej w zwykłym tempie. Najwyraźniej nasz działkowy sprzęt postanowił pójść śladem polskiej drużyny na boisku i również oklapł. Przez moment rozważaliśmy nawet przeniesienie się do strefy kibica, która - sądząc po dobiegających stamtąd okrzykach - spontanicznie utworzyła się w lokalnym barze 'Szuwarek'. 
   Telewizor ożywił się dopiero na wieczorne wiadomości, które mogliśmy oglądać już w normalnej kolorystyce. Wystarczyło docisnąć poluzowaną wtyczkę od anteny.

Dziś wieczorem mecz z Rosją, będziecie oglądać? Wolicie kibicować w domu, na stadionie, czy w jakimś innym miejscu?










Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...