wtorek, 29 maja 2012

Powsin z R.

(...) zresztą fotografie od dawna już irytowały Jeda, zwłaszcza jeżeli były autorstwa  w i e l k i c h   f o t o g r a f i k ó w, z ich pretensjami do przekazywania p r a w d y o modelach; a przecież niczego nie odkrywali, po prostu stawali na wprost człowieka i naciskali spust migawki, z jękami zachwytu pstrykając setki przypadkowych ujęć, z których później wybierali najmniej kiepskie; tak właśnie postępowali wszyscy tak zwani   w i e l c y   f o t o g r a f i c y; kilku z nich Jed znał osobiście i budzili w nim tylko pogardę; wszystkich bez wyjątku uważał za równie kreatywnych jak automaty do paszportówek.

Michel Houellebecq, Mapa i terytorium

Powsin z R. i małą Jagną. To właśnie robimy z R, gdy się spotykamy z dziećmi - chwilami zmieniamy się w automaty do paszportówek i pstrykamy bez opamiętania, z myślą, że to, co nieudane, skasujemy później. Tylko dzięki R. w rodzinnych albumach, od czasu do czasu, pojawia się jakiś mój portret z dziećmi. Może nie ma w nich wiele prawdy o modelach, ale za to nie ma też drugiego podbródka.






czwartek, 24 maja 2012

Piłka nożna

Latem po powrocie z pracy, kiedy jest jeszcze widno, fajnie jest wyjść z dziećmi na podwórko pokopać piłkę. Ale już po chwili staje się jasne, że trudno rywalizować z dwulatkiem i trzylatkiem i H. zaczyna rozpaczliwie rozglądać się w poszukiwaniu godnego partnera sparingowego. Wobec oczywistego braku odpowiednich kandydatów, wzrok małżonka pada na mnie i już czuję, że nie będzie łatwo się wykpić. Po rozważeniu swoich szans dochodzę do wniosku, że lepiej od razu się zgodzić na krótki meczyk i szybciej mieć to z głowy.
Gramy. Uśmiechnięty H. rusza z piłką wzdłuż wyimaginowanego boiska, które w rzeczywistości jest okrągłym, otoczonym niewysokim murkiem placem zabaw dla dzieci. Co kilka metrów w murek wbudowana jest ławka. Przy wejściu na plac zabaw stoi metalowa tabliczka z rysunkami informującymi o tym, czego na placu robić nie wolno. Nie wolno na przykład wprowadzać psów. Ale przede wszystkim, o czym informuje już pierwszy rysunek, nie można grać w piłkę.
Coraz szerzej uśmiechnięty małżonek oddala się z piłką, ale co chwila spogląda za siebie, żeby sprawdzić, czy ruszę za nim w pogoń. Biegnę, ponieważ nie chcę go rozczarować, ale tempo przybieram raczej wolne. Kiedy docieram do piłki, wyciągam nogę i już prawie czuję, że jest moja, H. robi zwód i gwałtownie zmienia kierunek biegu. Po kilku krokach zatrzymuje się i z głośnym śmiechem odwraca w moją stronę. Dobrze - myślę - dla świętego spokoju jeszcze kilka minut za nim pobiegam, a wzrokiem już szukam ławki w cieniu, na której za parę chwil przysiądę z książeczką.
- No dalej! - niecierpliwi się H. - czy to właśnie w tym stylu grałaś w zawodach (tu wymienia nazwę mojej korporacji) kontra dealerzy?
W końcu go dopadam. A kiedy przechwytuję piłkę i zaczynam z nią uciekać, widzę po minie H., że przesadziłam i że ma ochotę wytłumaczyć żonie, gdzie kończą się granice poczucia humoru. 
Zamiast tego, małżonek rzuca się w pogoń za piłką. Ale wiadomo, że kiedy człowiek się denerwuje, nogi zaczynają się trząść, a wzrok staje się zmętniony i nawet najlepszym trudno utrzymać dotychczasową precyzję i płynność ruchów. 
Dogania mnie tuż przed okalającym nasze boisko murkiem, ze zbyt dużym impetem, żeby w porę wyhamować. Być może nawet prędkość zawodnika nie jest w tym wypadku bardzo duża, ale jak wiadomo, pęd zależy nie tylko od prędkości, ale i od masy. Z ogromną siłą H., już zupełnie tracąc kontrolę nad tym, co się dzieje na murawie, uderza we mnie, na skutek czego nogami wpadam na ławkę, a twarzą w rosnące za murkiem cierniste krzewy. Na domiar złego, na ułamek sekundy przed uderzeniem, bez większej nadziei, ale jednak otwieram usta z zamiarem wykrzyczenia czegoś, co zmieni trajektorię nadciągającego małżonka i już po chwili mam w ustach pełno zeszłorocznych, suchych liści.

Zdjęcia z sobotniej imprezy ogrodowej u przyjaciół, która odbyła się dzień po naszym starciu. Pojawiłam się na niej z licznymi zadrapaniami na twarzy i w jej okolicach.





poniedziałek, 21 maja 2012

Starocie

Przedmioty, które nie są już potrzebne, ale jednak szkoda się z nimi definitywnie rozstać, zwykle zostają wywiezione do domu na wsi. Różowy serwis do kawy. Zielony telefon z okrągłą tarczą, z tych co kiedyś były wszędzie. Wielokrotnie cerowana turkusowa szydełkowa bluzka, która pamięta studenckie czasy mojej mamy i moje liceum. Fotele, które w zeszłym roku można było oglądać - chociaż raczej nie podziwiać - na wystawie polskiego designu w Narodowym.
Tym razem wieszak pokonał trasę miasto - wieś w przeciwnym kierunku. Uznałam, że jest już na tyle vintage, że należy mu się drugie życie.


Przymierzam się też do tego ogromnego słoja. Ale przywiozę go dopiero wtedy, gdy będę miała pomysł, co w nim trzymać. Może szpule na nici? Ale to chyba nie najlepszy pomysł, biorąc pod uwagę fakt, że na razie mam tylko dwie. 
A Wy co robicie ze starymi rzeczami? Zbieracie, czy wyrzucacie? 


poniedziałek, 14 maja 2012

Urodziny

W niedzielę nasz młodszy syn Jaś skończył dwa lata. Z tej okazji imprezowaliśmy ze znajomymi dzieciakami i ich rodzicami. Z godziną przyjęcia wstrzeliliśmy się akurat w przerwę między opadami, więc mogliśmy trochę pomarznąć w ogródku. Piasek chrzęścił mi w szpilkach, kiedy biegałam za chłopcami po kawiarnianym placu zabaw przypominającym plażę.
Solenizant najbardziej cieszył się z prezentów zawierających motyw słonia. Klocki ze słoniem Elmerem od soboty układałam już jakieś osiemdziesiąt razy. Książkę o Elmerze czytałam razy sto, a w niedzielę musiałam gnać do Empiku po jej kolejne części. W dodatku co parę chwil byłam zmuszona przerywać lekturę i odpowiadać na proste pytanie: - co to? - Słoń. - A toooo? (charakterystyczne długie, wznoszące się 'o', zdradzające wyjątkowe zaciekawienie) - Też słoń. Ryk słonia mam już opanowany w stu procentach i przypuszczam, że nawet obudzona w środku nocy potrafiłabym czysto zaryczeć.
Niektórzy z zaproszonych gości musieli w połowie drogi do nas zawrócić i popędzić do szpitala na porodówkę. Przynajmniej taką mam nadzieje, bo nic innego nie usprawiedliwia nieobecności! Pozdrawiamy Was serdecznie! 
Za to większość tych, którzy dotarli, z jakiegoś powodu była na diecie. I to głównie mężczyźni. Kochani, trzeba było mnie uprzedzić, zamiast ciast zamówiłabym brokuły i marchewkę. Jedyny kawałek pysznego, zakalcowatego brownie zjadłam na spółkę z przyjaciółką, reszta do tej pory leży u mnie w lodówce. Jeśli jest ktoś chętny, to zapraszam dziś wieczorem na dużą porcję :)

























piątek, 11 maja 2012

O tym, jak zostałam przegoniona miotłą

Wsi ciąg dalszy. Na pierwszym zdjęciu staw, po którym kiedyś, zimą, jeździłam na motorze. Wtedy staw był skuty lodem aż po samo dno.
Tamtej zimy, gdzieś w połowie lat 90., wraz z dwiema koleżankami miałyśmy tendencję do wystawania pod kioskiem, gdzie zbierała się lokalna młodzież. Był okropny mróz, a ciemno robiło się już o trzeciej. Któregoś popołudnia, podczas jednej z takich schadzek, w rozbawienie wprawił nas majaczący na odległym horyzoncie kształt owiniętej w koc postaci z miotłą. Im bardziej kształt się zbliżał, tym bardziej stawał się złowieszczy. Pojedyncze chichoty zmieniły się w zduszone okrzyki zdumienia i przerażenia. Szybko okazało się, że zbliża się do nas babcia koleżanek, pod której opieką pozostawałam i ja, a miotła miała posłużyć zagonieniu nas do domu. Wstyd był na całą wieś.
Kiosk stoi w tym samym miejscu do dziś i nawet pani kioskarka jest ta sama. Tylko młodzież inna.

Droga nad jezioro. I stary, opuszczony dom, porośnięty krzakami bzu. Weszłam do środka, chociaż napis na ścianie informował, że grozi zawaleniem. Nad domem ciemna, burzowa chmura. Tym razem deszcz nas ominął i wróciliśmy z tarczą, ale następnego dnia już nie. 


- Mamo, co to są ssaki? - pyta Michaś, przeglądając książkę o zwierzętach.
- To zwierzęta, które piją mleko mamy, kiedy są małe - odpowiadam.
Michaś, po głębokim namyśle: - Wiesz, ptaki też są ssakami.
- Nie, ptaki nie są ssakami.
- A właśnie, że tak! Przecież ją ptasie mleczko.

poniedziałek, 7 maja 2012

Majówka

Słońce, prawie pusta szosa wijąca się pośród pól rzepaku i obsypanych kwiatami drzew, dziewięć wolnych dni. Samochód wypakowany pod sam sufit. Dużo planów i miejsc do odwiedzenia na Kujawach. Majówka zapowiadała się wspaniale.
I nagle sprzęgło zostało w podłodze. Podważone nogą wyszło na chwilę, budząc jeszcze nikłą nadzieję, ale po ponownym wciśnięciu już się wycisnąć nie dało. Zjechałam na pobocze.
Opel babci i pomoc drogowa dotarły niemal równocześnie. Z niemałym trudem przepakowaliśmy bagaże i dumnie zostałam wciągnięta na lawetę (- Tato, a gdyby zepsuł się karawan, to czy trzeba by było przekładać trumny?).
Spędziliśmy dziewięć dni na wsi. Ale za to codziennie kąpaliśmy się w innym jeziorze.
Popołudniami urządzaliśmy zawody w badmintona (- Kto tu postawił tę donicę z bratkami?! Oglądałem finał Wimbledonu i tam takiej nie było!)
Wieczorami siedzieliśmy przy ognisku (- Mamo, to najfajniejszy grill, jakiego w życiu nie widziałem).
Zamiast Grudziądza, był Toruń i to nie starówka, tylko serwis samochodowy. Okazało się, że dobrze jest wozić ze sobą książkę gwarancyjną. I nie tylko wozić, ale także zbierać pieczątki z przeglądów.


















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...