piątek, 24 lutego 2012

Roztopy. Turkusy. Wiosna.

Niewiele już zostało śniegu w ogródku. Chyba należy zaliczyć do kategorii natręctw fakt, że nie potrafię przestać patrzeć, jak topnieje.
Zerkam rano, topnieje.
Chwilę później, parząc kawę znowu zerkam - wciąż topnieje. Pod drzewami i wokół donic z bukszpanem już całkiem zniknął.
Trzymając w rękach czajnik, wyobrażam sobie, jak wylewam z niego trochę wody na ten śnieg i w jednej chwili w brejowatej skorupie tworzy się potłuczone lusterko kałuży o postrzępionych brzegach. Cała się palę, żeby ten proces topnienia przyspieszyć.
Ale nie wypada zimy popędzać, więc przyglądam się tylko.
Będę co kilka chwil sprawdzać, czy to już, żeby czasem wiosny nie przegapić.

Podejrzewam, że nic tak wiosny nie przyciąga, jak turkusy.
Maggie i Ewa wystawiły turkusową przynętę i od razu zrobiło się plus siedem. 

Gdybym to zdjęcie robiła dziś, odkręciłabym wodę.











..

czwartek, 16 lutego 2012

Greccy kierowcy. Tęcza nad Agios Nikolaos.

Muszę przyznać, że prowadzenie na kreteńskich drogach, pamiętających lepsze czasy pojazdów udostępnionych nam przez lokalną wypożyczalnię było dla mnie doświadczeniem tyleż ożywczym, co trudnym.  Pomijam tu fakt, że auta te najwyraźniej nie posiadały nawet śladu po hamulcach, co w świetle dalszych obserwacji wydaje się całkowicie zrozumiałe. Za to wciśnięcie przycisku, którego oznaczenie zdawałoby się wskazywać na to, że uruchamia klimatyzację, skutkowało powtarzającym się, przenikliwym piskiem, wobec którego personel wypożyczalni okazał się bezradny. Dźwięk ten umilał nam więc czas podróży przez kolejne dni. 
Prawdziwym wyzwaniem była organizacja ruchu i specyficzna postawa autochtonicznych użytkowników dróg. Mogłam się spodziewać, że nie będzie łatwo. Przedsmak dała nam podróż taksówką, w czasie której wskazówka prędkościomierza opadła poniżej 120 km/h dopiero w jakiś czas po dotarciu do celu.  
Życiem kreteńskiego kierowcy rządzi kilka prostych zasad.

Czerwone światło absolutnie nie stanowi powodu, aby nie przejechać przez skrzyżowanie. Fakt, że na to samo skrzyżowanie wjeżdżają właśnie auta, dla których pali się światło zielone (lub żółte, lub żadne, kolor naprawdę nie ma tu żadnego znaczenia), też nie.

Jedyną możliwą do zaobserwowania funkcją, jaką pełnią znaki drogowe, jest umożliwienie mieszkańcom terenów niezurbanizowanych doskonalenia swych umiejętności w posługiwaniu się bronią palną. Znaki są podziurawione jak sito. O tym specyficznym zwyczaju wspominają nawet przewodniki turystyczne. Autostopowiczom odradza się oczekiwanie na “stopa” w pobliżu znaków drogowych, zwłaszcza wieczorem.

Agios Nikolaos, Kreta


Grecki kierowca nigdy nie przestaje wyprzedzać. Lewy kierunkowskaz pracuje bez wytchnienia, nawet wówczas, gdy auto zjeżdża akurat na pas prawy, co może się zdarzyć chyba jedynie wówczas, gdy kierowca zamierza wyprzedzać prawą stroną. Przypuszczam, że w salonach sprzedają nowe auta z fabrycznie zablokowanym przełącznikiem kierunkowskazów w opcji na permanentnie włączony lewy.

W ruchu miejskim, fakt pozostawienia pomiędzy własnym przednim zderzakiem, a tylnym zderzakiem pojazdu przed nami, odstępu większego niż dwanaście centymetrów, daje automatycznie każdemu z kierowców stojących obok lub za nami, prawo do natychmiastowego wepchnięcia się w tę ziejącą lukę, bez dania dobrej racji czy chociażby zasygnalizowania takiego zamiaru. Jedyne na co możemy w takich okolicznościach liczyć, to przeciągłe spojrzenie wyrażające bezgraniczne politowanie dla naszych znikomych umiejętności i nieznajomości zasad obowiązujących na drodze.

Używanie sygnałów dźwiękowych jest wyrazem pogodnego usposobienia, dobrego samopoczucia lub muzykalności. Nie pozostaje w żadnym związku z sytuacją na drodze.

Ograniczenia prędkości nie dotyczą kierowców. Prawdopodobnie adresowane są do pieszych.

Parkowanie nie podlega żadnym ograniczeniom. Zastosowanie się do zakazu parkowania wzbudza niezrozumienie i konsternację  u rdzennych kierowców.





Pod żadnym pozorem nie należy używać świateł. Nigdy nie jest dość ciemno aby włączyć światła. Są w końcu latarnie uliczne, księżycowa poświata i inne źródła światła. Jeżeli wyjątkowo zdarzy się światła włączyć, to koniecznie długie. Nie należy ich również przełączać przy wyprzedzaniu lub mijaniu aut nadjeżdżających z przeciwka. Takie zachowanie traktowane jest, podobno, jako nieuprzejme w stosunku do mijanego. Można przecież być niemal pewnym, że mijany jedzie bez świateł więc czemu mu nie poświecić?

Chwilę później.





Hellenofilski H. twierdził, że greccy kierowcy ewidentnie przewyższają umiejętnościami naszych - zapewne przez konsekwentne trzymanie się powyższych zasad - i, że gdyby polskich użytkowników dróg wypuścić en masse na kreteńskie drogi, ponury żniwiarz nie miałby innego wyjścia niż zamienić stylową kosę na wydajny kombajn, a najlepiej całą ich flotę.
Nie mogłam pozwolić na te ewidentnie stronnicze i krzywdzące uwagi. Kierowana patriotyzmem oraz skłonnością do występowania w dialektycznej opozycji do podobnych wynurzeń małżonka, stanowczo zakwestionowałam prawdziwość jego obserwacji. Wtedy H. sięgnął po argument koronny: “a przypomnij sobie - pyta chytrze - widziałaś tu jakiś wypadek?!”. 
Zrobiło mi się niezręcznie, bo faktycznie nie widziałam.
Z niechęcią stawałam oko w oko z koniecznością przyznania mężowi racji.
Karta odwróciła się, gdy w drodze powrotnej dopadła nas ulewa. Jak grzyby po deszczu, na poboczach lub w miejscach gdzie znajdowałoby się pobocze, gdyby było, wyrosły wraki, których jeszcze parę godzin wcześniej z pewnością tam nie widzieliśmy. Nie dość, że po szóstym lub siódmym przestałam je głośno liczyć, to muszę przyznać, że do tej pory nie mam pojęcia, w jaki sposób można za jednym zamachem poobijać samochód z każdej dosłownie strony, nie koziołkując, nie uczestnicząc w karambolu, samochodowym rodeo czy zawodach monster trucks. Na szczęście ofiar w ludziach najwyraźniej nie było.

czwartek, 9 lutego 2012

Dzieci, farby i Fantomas

Jeśli wielokrotnie miałyście ochotę pomalować swojego męża farbami do twarzy, ale nie byłyście pewne, czy plamy z farby dadzą się potem usunąć z ubrania i kanapy, możecie pozbyć się obaw i śmiało brać się do dzieła.
A jeszcze lepiej, zostawcie to dzieciom. One zrobią to dokładniej.
Na sobotnim balu mali artyści dostali farby, pędzle i mieli za zadanie pomalować P. - tatę dwóch dziewczynek. Nie trzeba im było dwa razy powtarzać! Z zapałem zabrali się do roboty, a ci, dla których nie starczyło pędzli, malowali palcami. Na małych buziach widać było niesamowite skupienie. Dzieciaki pomalowały P. nawet małżowiny uszne w środku i z przyjemnością zmieniłyby również kolor dziurek w nosie, gdyby model nie zaprotestował.
Dobrze, że kąpiel wszystkich domowników w tej samej wodzie, w której jako pierwsza wymoczyła się głowa rodziny, nie należy do polskiej tradycji - zauważyła moja przyjaciółka.





Michaś i Jaś nie chcieli się malować. Najwyraźniej uznali, że malowanie się jest dla dziewczynek. Żeby więc ratować honor rodziny, pomalowałam się ja. 
Pomalowana wróciłam do domu. Widziałam wahanie na twarzy taksówkarza, kiedy otwierał mi drzwi samochodu. Ale ponieważ na dworze było minus dwadzieścia stopni, chyba zlitował się nad dwójką małych dzieci, które wsiadały razem ze mną.
Nie zauważyłam tylko, że pobrudziła mi się na czerwono czapka w środku i następnego dnia wybierając się do przyjaciół, nieświadoma zagrożenia, wsunęłam ją na głowę. Niestety, chociaż w przedpokoju moich gospodarzy wisiało lustro, ja w nie nie spojrzałam, a po zdjęciu czapki od razu żwawo pomaszerowałam do salonu. A ponieważ nie spojrzałam w lustro, nie mogłam wiedzieć, że całe czoło mam pokryte plamami czerwonej farby, do złudzenia przypominającymi krwawe wybroczyny. 
Przyjaciele najwyraźniej uznali, że pytanie o moje schorzenie byłoby grubym nietaktem. 
Dopiero w domu zdałam sobie sprawę ze swojego dziwnego wyglądu.




 Hej, co robisz mamie?!
























wtorek, 7 lutego 2012

Klapteki

Poranek. H. otwiera jedno oko. Po chwili otwiera drugie. Z dużego pokoju dobiega wesołe gaworzenie Jasia.
- Da da da.
W H. kiełkuje podejrzenie, że Jaś biega po zimnej podłodze bez skarpetek. Zaczyna nawoływać: - Jasiu! Choć do nas!
- Da da da - odpowiada Jaś. 
Na to odzywa się Michaś: - Jaś mówi, że jest zajęty.
Za to Michaś mówi już perfekcyjnie. I trochę czyta (!). 
A jeszcze tak niedawno zamiast skarpetek zakładał klapteki, a siku robił do mercedesu. O ileż bardziej podobała mi się wycieczka do Babci Loji! To wszystko powoli odchodzi w niepamięć. Więc czym prędzej zapisuję. 
I czuję, że już coś bardzo charakterystycznego zdążyło mi umknąć. 
Szukam w pamięci i znaleźć nie mogę.
A, już wiem! To papasol!
Za to jeszcze wciąż rozmawiamy przez telechon i jeździmy apuką. Chociaż, niestety, coraz częściej autobusem.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...