wtorek, 31 stycznia 2012

Kiedy zapalają się latarnie

Nie ukrywam, że miewam czasem lekkie opóźnienie w rozbieraniu choinki. Chociaż ostatnio rzadko. Zarówno w tym roku, jak i w ubiegłym pozbyłam się drzewka jeszcze przed Trzema Królami.
Bo po Nowym Roku choinka już mnie nie cieszy. Mało tego, że nie cieszy, ona mi swoim staniem i jednostajnym osypywaniem się uporczywie przypomina o zbliżającym się obowiązku rozebrania choinki.
Ale o ile ja miewam od czasu do czasu niewielkie opóźnienie w rozbieraniu choinki i to niewielkie opóźnienie potrafię nawet niekiedy usprawiedliwić (sama przed sobą, bo zazwyczaj nikt się ode mnie takich usprawiedliwień nie domaga), o ile więc ja miewam nieznaczne opóźnienie, opóźnienie na swój własny użytek, nikogo nie rażące, o tyle opóźnienie warszawskiego magistratu jest już w tej materii skandaliczne. Nierozebrane choinki kłują w oczy na co drugim skwerze i przed każdym znaczniejszym budynkiem. A sznur świątecznego oświetlenia ciągnie się od Nowego Miasta, aż po Gagarina.
Między tymi gwiazdkowymi dekoracjami leżą gdzieniegdzie resztki śniegu. Bure i w porządną zaspę się nieukładające. I przyznam szczerze, że chociaż było już w tym roku minus kilkanaście stopni i kilka razy sypnęło śniegiem, ciągle mam tej zimy niedosyt. Dopiero raz, czy dwa założyłam rajstopy pod spodnie. Kaloryfery wciąż rozkręcone ledwie na pół gwizdka. Ani razu nie wróciłam do domu palców u rąk, ani nóg nie czując. Żadnego problemu z miejscami parkingowymi ginącymi pod zwałami śniegu. 
Nawet jednej pary rękawiczek nie udało mi się zgubić. To co to za zima? A jeśli zima nie da porządnie w kość, nie zmęczy, nerwów nie zszarpie i nie obrzydzi do siebie na cały kolejny rok, nie da się z czystym sumieniem wyczekiwać wiosny.










Kino Kultura lubię bardzo. I odwiedzać i tylko mijać. To właśnie tam, siedząc na schodach, z wypiekami na twarzy po raz pierwszy obejrzałam Cztery wesela i pogrzeb
A kiedy kilka lat później wybrałam się do Kultury na randkę z nieodpowiednim chłopakiem, pewien najwyraźniej jasnowidzący bileter sprzedał nam bilety w dwóch różnych końcach sali, za co do dziś jestem mu wdzięczna! 

niedziela, 29 stycznia 2012

Sanki i zagadki filmowe

Z górki na Polu Mokotowskim zjeżdżaliśmy w różnych konfiguracjach.
Tata z Jasiem.
Ja z Michasiem.
Michaś sam.
Michaś z Jasiem (!).
Czasem zygzakiem, żeby nie przejechać hasających bez skrępowania po szlaku zjazdowym psów w kolorowych ubrankach.
Za to konfiguracja przy wciąganiu sanek na górę była tylko jedna. Ja.


Ja: - Jakie auto z filmu Auta 2 potrafi latać? Podpowiedź - jest fioletowe.
Michaś: - Lila Lifting.
Ja: - Brawo, Michaś!

Michaś: - Jakie auto z filmu z filmu Auta 2 potrafi jeździć po ziemi? (Hmm. Wszystkie?)
Podpowiedź - Sean McMission.
Ja: - Sean McMission.
Michaś: - Brawo, mama!
Najwyraźniej poziom trudności zagadki musi być dostosowany do możliwości zgadującego.

sobota, 21 stycznia 2012

W ciemnościach

Późny wieczór. Wszyscy leżymy razem w dużym łóżku. Światło już zgaszone. Roleta jest szczelnie zasunięta i trudno dostrzec kontury przedmiotów.
H. i ja walczymy z sennością, żeby nie zasnąć razem z dziećmi.
Chłopcy zamknęli już oczy, ale jeszcze przewracają się z boku na bok, wałkują po łóżku, wciąż zmieniają pozycję i przetaczają. Jaś, jak to ma w zwyczaju, układa się w poprzek łóżka, spychając nas na sam brzeg. 
Wreszcie zapada cisza, a oddechy dzieci stają się miarowe.  
Śpią.
Nagle z ciszy wynurza się jakiś zaspany, oburzony głosik: - Kto tak zrobił?!
- To ja, Michasiu, przykryłem ci nóżki - odpowiada tata.
- Ale to jest twarz!
Tata przykrył nie tę połowę.

Wszystkiego najlepszego dla wszystkich Babć!
I dla Dziadków!

środa, 18 stycznia 2012

Czerwona plaża

Ten wpis miałam zostawić na siarczyste mrozy, ale może one w tym roku wcale nie przyjdą? 
Za oknem śnieg, więc o czerwonej plaży na Santorini będzie dziś. Na rozgrzewkę.
Jeśli z jakichś przyczyn nie wypożyczyliśmy skutera, możemy się do niej dostać autobusem z Thiry. Nie potrzeba nawet mapy, bo na autobusie widnieje tabliczka z napisem "Red Beach". Za kierownicą oczywiście George Michael w wielkich okularach. Drugi George Michael w drodze sprzedaje bilety. Ale tym razem autobus nie dowiezie nas pod sam leżak, jak to miało miejsce w przypadku plaży czarnej, tylko zostawi nas u podnóża czerwonych skał.
Najpierw trzeba iść kawałek po schodkach. Potem schodki się kończą i przez chwilę nie wiadomo gdzie iść. W końcu nasz wzrok pada na wykutą w skale wąską stromą ścieżkę. Przeprawa z dziecięcym wózkiem wykluczona, więc Jaś musiał sobie tę przygodę odpuścić. Ale Marysia i Michaś dali radę. I ja też!
Po kilkunastu minutach wspinaczki czerwony piasek zachrzęścił nam pod stopami. Czuliśmy się jak zdobywcy! Jak pierwsi ludzie na Marsie! 
Tata w tym czasie raczył się lokalnym winem w tawernie w Akrotiri. W odrobinę nostalgicznej atmosferze, bo to był nasz ostatni dzień na Santorini.


ścieżka 



poniedziałek, 16 stycznia 2012

Brzydkie słowa i druga skóra babci

Wiadomo, że jeśli mamy ochotę na zwierzenia, najlepiej iść z tym do babci. Kilka dni temu bardzo podekscytowany Michaś konspiracyjnie wyszeptał do ucha mojej mamy:
- Babciu, znam dwa brzydkie słowa!
- O, jakie? - zaciekawiła się babcia.
Michaś, czerwieniąc się z zażenowania i zasłaniając ręką usta: - brudny i Jezus Maria!
Swoją drogą należę do osób wyjątkowo przewrażliwionych na punkcie używania wulgaryzmów przy dzieciach. Mam oczywiście świadomość, że kiedyś i tak je wszystkie poznają, jest to nieuniknione, konieczne wręcz, a człowiek, któremu jakimś cudem udałoby się ich nie poznać, byłby w pewnym sensie upośledzony społecznie. Zresztą uważam, że wulgaryzmy używane z umiarem i w odpowiednim kontekście potrafią dodać pikanterii niejednej anegdocie, czy dowcipowi.
Mimo to wolałabym, żeby moje dzieci jak najpóźniej poznały "brzydkie słowa". Czasem czuję się jak wiekowa matrona raz po raz upominając swoich znajomych, żeby przy dzieciach bardziej niż zwykle uważali na to, co mówią. Kiedyś nawet z lekkim poczuciem misji, którego od razu się zawstydziłam, zwróciłam uwagę barczystemu, ogolonemu na łyso mężczyźnie szafującemu wulgaryzmami bez opamiętania, żeby miał przynajmniej wzgląd na bliskość placu zabaw i bawiących się na nim dzieci. 
Po tym szokującym wyznaniu Michaś zainteresował się babci rajstopami. Ujął między czubki palców kawałek elastycznej tkaniny, odciągnął, po chwili wypuścił i zaintrygowany zapytał: - Czy to twoja skóra? 


środa, 11 stycznia 2012

Stos poduch i zupa autowa

Od jakiegoś czasu, a właściwie od samego urodzenia, za zabawę wszech czasów chłopcy uważają zrzucanie na podłogę wszelkich poduch i poduszek, nie odpuszczając nawet siedziskom kanapy i tarzanie się w nich. A także wspinanie się na oparcie kanapy i staczanie z tegoż na szkielet kanapy, porozrzucane wszędzie poduchy i siebie nawzajem. Wrzaski zachwytu przerywane są regularnie okrzykami bólu, które nie wiadomo kiedy z powrotem zmieniają się w wesołe piski.
Niemniej moja ingerencja mająca na celu ochronę zdrowia i jednolitej struktury chłopców jest  bardzo niemile widziana!
Jaś uważa, że miłym przerywnikiem w tym beztroskim turlaniu się jest przyjazne oklepywanie Michasia z całej siły małą, ale krzepką rączką. Michaś nie do końca podziela to przekonanie. Ostatnio usłyszałam, jak próbuje nakłonić brata do zaniechania oklepywań okrzykami: - Jasiu, nie bij mnie, jestem tylko kobietą!
Inną zabawą, która osiągnęła w naszym domu zaskakującą popularność jest gotowanie zupy autowej. Przy czym określenie przyrządzanego posiłku mianem zupy jest dużym niedopowiedzeniem, ponieważ zabawa polega na wywleczeniu wszystkich garnków i patelni z szafki, z której zabezpieczenie antydziecięce już dawno zostało wyrwane i wypełnienie wywleczonych naczyń żelaznymi autami. Tym sposobem w krótkim czasie powstaje obiad złożony nie tylko z zupy, ale także co najmniej z siedmiu innych dań. 
Nie umknęło mojej uwadze, że zupę autową najlepiej gotuje się na teflonie.
Kiedy spracowany tata wraca do domu po znojnym dniu, zamiast podręcznikowo wysprzątanego salonu, jego oczom ukazuje się zazwyczaj wielki stos poduch na podłodze i sterta garnków i patelni wypełnionych zupą autową na stole. Na domiar złego zdarza się, że zupa autowa to jedyny obiad, który w domu czeka na wygłodzonego tatę!


...

poniedziałek, 2 stycznia 2012

2012!

Teraz już wiem, że o ile jeden kieliszek wina może dodać skrzydeł i fantazji do robienia zdjęć, o tyle kilka kieliszków, w moim przypadku, daje efekt wręcz odwrotny. Na większości sylwestrowych zdjęć widnieją wyłącznie kolorowe świetlne plamy, niekiedy rozrzucone po całym zdjęciu, a czasem widniejące tylko w którymś rogu klatki. Z rzadka, gdzieniegdzie pojawia się mocno rozmazany Pałac Kultury i kontury pobliskich budynków. 
Noworoczne życzenia składaliśmy na tarasie z widokiem na centrum miasta.  To znaczy, powinien tam być właśnie taki widok, ale akurat o północy miasto ukryło się za murem gęstej mgły i dymu towarzyszącego wybuchającym fajerwerkom. 

2012. Pewnie jeszcze długo potrwa, zanim się przyzwyczaję do tej nowej liczby. Czekają nas spore zmiany, ale dopiero pod koniec roku. We wrześniu Michaś idzie do przedszkola. Później dołączy do niego Jaś.
Tymczasem dziś po raz pierwszy Michaś od początku do końca samodzielnie skorzystał z ubikacji. A Jasiowi  pierwszy raz obcięłam włosy. Kilka loczków, które już za bardzo opadały na kark.   
Mam nadzieję, że w tym nowym roku Jaś nabierze wreszcie odrobinę instynktu samozachowawczego. Obecnie, gdy tylko ten mały chłopiec wie, że któreś z rodziców jest w pobliżu, potrafi nie oglądając się za siebie runąć dla żartu do tyłu na głowę. Jednak nie zawsze jesteśmy na tyle blisko, żeby go złapać. Dlatego nawet jego guzy mają guzy.
  





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...