środa, 26 września 2012

Kasztany na Powązkach

Kiedy moja Matka Chrzestna była małą dziewczynką i chodziła do przedszkola, pewnego dnia usłyszała jak któreś dziecko chwali się, że w drodze z przedszkola do domu codziennie mija wielki kasztanowiec. Ktoś inny odpowiedział, że w drodze z przedszkola do domu codziennie mija dwa wielkie kasztanowce. Mała Hania bez większego namysłu pochwaliła się przeto, że codziennie wraca z przedszkola do domu taką aleją, przy której rosną same kasztanowce. Dziesiątki kasztanowców! Najwięcej kasztanowców na świecie! W tej kasztanowej alei to nie ludzie zbierają kasztany, tylko kasztany zbierają ludzi. Na tym skończyła się dziecięca licytacja.
W rzeczywistości, przy drodze, którą dwa razy dziennie pokonywała z tatą - a moim dziadkiem - mała Hania, nie rósł ani jeden kasztanowiec.
Tymczasem pani przedszkolanka zdecydowała, że skoro dziewczynka codziennie spotyka się z taką obfitością kasztanów, niech ich wielką torbę nazbiera i do przedszkola przyniesie. Zrobi się z nich kasztaniaki! I Hania, chcąc nie chcąc, obiecała te kasztany przynieść. 
Początkowo trochę jeszcze liczyła na to, że wszystko jakoś się ułoży i pani o jej obietnicy zapomni, ale pani się do pomysłu zrobienia kasztaniaków zapaliła i nie miała zamiaru łatwo odpuścić.
Następnego dnia, na pytanie, czy przyniosła kasztany, Hania odpowiedziała, że zapomniała.
O obiecanych kasztanach zapomniała również drugiego i trzeciego dnia. A czwartego wcale nie chciała iść do przedszkola i się rozpłakała.
Indagowana przez zdumionych rodziców (a moich dziadków) początkowo milczała, ale w końcu ze wstydem wytłumaczyła im, dlaczego już nigdy, przenigdy nie może pokazać się w przedszkolu. 
I mój dziadek znalazł rozwiązanie! Tym razem poszli do przedszkola trochę dłuższą drogą, przez park i nazbierali pełną torbę kasztanów! Co tam torbę, dwie torby! I wszyscy w przedszkolu byli zadowoleni, a najbardziej Hania.
Ta historia miała miejsce dawno temu w zupełnie innym mieście, ale jeśli i Wy przypadkiem złożyliście ostatnio podobną deklarację i pochopnie naobiecywaliście komuś kasztanów, pamiętajcie, że w Warszawie najwięcej kasztanów jest na Powązkach.




















12 komentarzy:

  1. opowieść wzruszająca, u nas kasztanów mnóstwo, zwłaszcza w drodze do przedszkola, z cmentarza jakoś nie bardzo by mnie kusiły, choć Twoje zdjęcia mają swój urok...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, ze nawet nie pomyślałam, skąd te cmentarne kasztanowce czerpią swoje soki. Teraz przynajmniej wiem, dlaczego są takie dorodne :)

      Usuń
  2. "jeśli pochopnie naobiecywaliście komuś kasztanów" - hahaha Uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale to ładna opowieść.
    Apropo kasztanów - wczoraj szłam z synkiem do przedszkola i nazbieraliśmy całą siatkę kasztanów. Zanieśliśmy je do przedszkola ale ich losy nie są mi znane bo 3 latki są chyba za małe na samodzielne robienie "kasztaniaków". W domu mamy już całą armię "kasztaniaków". Ale co tam ludziki - zostałam zmuszona do zrobienia motoru z kasztanów a rano usłyszałam że czeka mnie robienie wyścigówki:):):) To są wyzwania dla anty motoryzacyjnej mamy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetny pomysł z tymi motoryzacyjnymi kasztaniakami!
      U nas na razie stoi kasztaniakowa rodzina z jeleniem, psem i dinozaurem :)

      Usuń
  4. Dzięki za sprawdzone miejsce ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. "W tej kasztanowej alei to nie ludzie zbierają kasztany, tylko kasztany zbierają ludzi."
    czy mogę sobie pożyczyć ten cytat? - jest boski!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...