czwartek, 24 maja 2012

Piłka nożna

Latem po powrocie z pracy, kiedy jest jeszcze widno, fajnie jest wyjść z dziećmi na podwórko pokopać piłkę. Ale już po chwili staje się jasne, że trudno rywalizować z dwulatkiem i trzylatkiem i H. zaczyna rozpaczliwie rozglądać się w poszukiwaniu godnego partnera sparingowego. Wobec oczywistego braku odpowiednich kandydatów, wzrok małżonka pada na mnie i już czuję, że nie będzie łatwo się wykpić. Po rozważeniu swoich szans dochodzę do wniosku, że lepiej od razu się zgodzić na krótki meczyk i szybciej mieć to z głowy.
Gramy. Uśmiechnięty H. rusza z piłką wzdłuż wyimaginowanego boiska, które w rzeczywistości jest okrągłym, otoczonym niewysokim murkiem placem zabaw dla dzieci. Co kilka metrów w murek wbudowana jest ławka. Przy wejściu na plac zabaw stoi metalowa tabliczka z rysunkami informującymi o tym, czego na placu robić nie wolno. Nie wolno na przykład wprowadzać psów. Ale przede wszystkim, o czym informuje już pierwszy rysunek, nie można grać w piłkę.
Coraz szerzej uśmiechnięty małżonek oddala się z piłką, ale co chwila spogląda za siebie, żeby sprawdzić, czy ruszę za nim w pogoń. Biegnę, ponieważ nie chcę go rozczarować, ale tempo przybieram raczej wolne. Kiedy docieram do piłki, wyciągam nogę i już prawie czuję, że jest moja, H. robi zwód i gwałtownie zmienia kierunek biegu. Po kilku krokach zatrzymuje się i z głośnym śmiechem odwraca w moją stronę. Dobrze - myślę - dla świętego spokoju jeszcze kilka minut za nim pobiegam, a wzrokiem już szukam ławki w cieniu, na której za parę chwil przysiądę z książeczką.
- No dalej! - niecierpliwi się H. - czy to właśnie w tym stylu grałaś w zawodach (tu wymienia nazwę mojej korporacji) kontra dealerzy?
W końcu go dopadam. A kiedy przechwytuję piłkę i zaczynam z nią uciekać, widzę po minie H., że przesadziłam i że ma ochotę wytłumaczyć żonie, gdzie kończą się granice poczucia humoru. 
Zamiast tego, małżonek rzuca się w pogoń za piłką. Ale wiadomo, że kiedy człowiek się denerwuje, nogi zaczynają się trząść, a wzrok staje się zmętniony i nawet najlepszym trudno utrzymać dotychczasową precyzję i płynność ruchów. 
Dogania mnie tuż przed okalającym nasze boisko murkiem, ze zbyt dużym impetem, żeby w porę wyhamować. Być może nawet prędkość zawodnika nie jest w tym wypadku bardzo duża, ale jak wiadomo, pęd zależy nie tylko od prędkości, ale i od masy. Z ogromną siłą H., już zupełnie tracąc kontrolę nad tym, co się dzieje na murawie, uderza we mnie, na skutek czego nogami wpadam na ławkę, a twarzą w rosnące za murkiem cierniste krzewy. Na domiar złego, na ułamek sekundy przed uderzeniem, bez większej nadziei, ale jednak otwieram usta z zamiarem wykrzyczenia czegoś, co zmieni trajektorię nadciągającego małżonka i już po chwili mam w ustach pełno zeszłorocznych, suchych liści.

Zdjęcia z sobotniej imprezy ogrodowej u przyjaciół, która odbyła się dzień po naszym starciu. Pojawiłam się na niej z licznymi zadrapaniami na twarzy i w jej okolicach.





5 komentarzy:

  1. Uwielbiam Twoje opowieści:))) Za każdym razem, choćbym nie wiem jak źle się czuła poprawiają mi humor o 360 stopni :D Dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  2. zadrapań nie widać, ale wizja liści w otworze gębowym - niepowtarzalna :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaś na balonach jest mistrzowski!
    W niedzielę też trenowaliśmy karne - dostałam taką piłkę w udo - "sorry, poniosło mnie" - usłyszałam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyjątkowo przypadła mi do gustu trajektoria lotu męża.
    Ja mam głównie starcia śnieżne. Ale więcej ciuchów i miękkie lądowanie gwarantują brak zadrapań i siniaków.
    Już wiem!
    Następnym razem grajcie w piłkę zimą :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Opowieści swietne, ale zdjęcia... BAJECZNE!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...