czwartek, 16 lutego 2012

Greccy kierowcy. Tęcza nad Agios Nikolaos.

Muszę przyznać, że prowadzenie na kreteńskich drogach, pamiętających lepsze czasy pojazdów udostępnionych nam przez lokalną wypożyczalnię było dla mnie doświadczeniem tyleż ożywczym, co trudnym.  Pomijam tu fakt, że auta te najwyraźniej nie posiadały nawet śladu po hamulcach, co w świetle dalszych obserwacji wydaje się całkowicie zrozumiałe. Za to wciśnięcie przycisku, którego oznaczenie zdawałoby się wskazywać na to, że uruchamia klimatyzację, skutkowało powtarzającym się, przenikliwym piskiem, wobec którego personel wypożyczalni okazał się bezradny. Dźwięk ten umilał nam więc czas podróży przez kolejne dni. 
Prawdziwym wyzwaniem była organizacja ruchu i specyficzna postawa autochtonicznych użytkowników dróg. Mogłam się spodziewać, że nie będzie łatwo. Przedsmak dała nam podróż taksówką, w czasie której wskazówka prędkościomierza opadła poniżej 120 km/h dopiero w jakiś czas po dotarciu do celu.  
Życiem kreteńskiego kierowcy rządzi kilka prostych zasad.

Czerwone światło absolutnie nie stanowi powodu, aby nie przejechać przez skrzyżowanie. Fakt, że na to samo skrzyżowanie wjeżdżają właśnie auta, dla których pali się światło zielone (lub żółte, lub żadne, kolor naprawdę nie ma tu żadnego znaczenia), też nie.

Jedyną możliwą do zaobserwowania funkcją, jaką pełnią znaki drogowe, jest umożliwienie mieszkańcom terenów niezurbanizowanych doskonalenia swych umiejętności w posługiwaniu się bronią palną. Znaki są podziurawione jak sito. O tym specyficznym zwyczaju wspominają nawet przewodniki turystyczne. Autostopowiczom odradza się oczekiwanie na “stopa” w pobliżu znaków drogowych, zwłaszcza wieczorem.

Agios Nikolaos, Kreta


Grecki kierowca nigdy nie przestaje wyprzedzać. Lewy kierunkowskaz pracuje bez wytchnienia, nawet wówczas, gdy auto zjeżdża akurat na pas prawy, co może się zdarzyć chyba jedynie wówczas, gdy kierowca zamierza wyprzedzać prawą stroną. Przypuszczam, że w salonach sprzedają nowe auta z fabrycznie zablokowanym przełącznikiem kierunkowskazów w opcji na permanentnie włączony lewy.

W ruchu miejskim, fakt pozostawienia pomiędzy własnym przednim zderzakiem, a tylnym zderzakiem pojazdu przed nami, odstępu większego niż dwanaście centymetrów, daje automatycznie każdemu z kierowców stojących obok lub za nami, prawo do natychmiastowego wepchnięcia się w tę ziejącą lukę, bez dania dobrej racji czy chociażby zasygnalizowania takiego zamiaru. Jedyne na co możemy w takich okolicznościach liczyć, to przeciągłe spojrzenie wyrażające bezgraniczne politowanie dla naszych znikomych umiejętności i nieznajomości zasad obowiązujących na drodze.

Używanie sygnałów dźwiękowych jest wyrazem pogodnego usposobienia, dobrego samopoczucia lub muzykalności. Nie pozostaje w żadnym związku z sytuacją na drodze.

Ograniczenia prędkości nie dotyczą kierowców. Prawdopodobnie adresowane są do pieszych.

Parkowanie nie podlega żadnym ograniczeniom. Zastosowanie się do zakazu parkowania wzbudza niezrozumienie i konsternację  u rdzennych kierowców.





Pod żadnym pozorem nie należy używać świateł. Nigdy nie jest dość ciemno aby włączyć światła. Są w końcu latarnie uliczne, księżycowa poświata i inne źródła światła. Jeżeli wyjątkowo zdarzy się światła włączyć, to koniecznie długie. Nie należy ich również przełączać przy wyprzedzaniu lub mijaniu aut nadjeżdżających z przeciwka. Takie zachowanie traktowane jest, podobno, jako nieuprzejme w stosunku do mijanego. Można przecież być niemal pewnym, że mijany jedzie bez świateł więc czemu mu nie poświecić?

Chwilę później.





Hellenofilski H. twierdził, że greccy kierowcy ewidentnie przewyższają umiejętnościami naszych - zapewne przez konsekwentne trzymanie się powyższych zasad - i, że gdyby polskich użytkowników dróg wypuścić en masse na kreteńskie drogi, ponury żniwiarz nie miałby innego wyjścia niż zamienić stylową kosę na wydajny kombajn, a najlepiej całą ich flotę.
Nie mogłam pozwolić na te ewidentnie stronnicze i krzywdzące uwagi. Kierowana patriotyzmem oraz skłonnością do występowania w dialektycznej opozycji do podobnych wynurzeń małżonka, stanowczo zakwestionowałam prawdziwość jego obserwacji. Wtedy H. sięgnął po argument koronny: “a przypomnij sobie - pyta chytrze - widziałaś tu jakiś wypadek?!”. 
Zrobiło mi się niezręcznie, bo faktycznie nie widziałam.
Z niechęcią stawałam oko w oko z koniecznością przyznania mężowi racji.
Karta odwróciła się, gdy w drodze powrotnej dopadła nas ulewa. Jak grzyby po deszczu, na poboczach lub w miejscach gdzie znajdowałoby się pobocze, gdyby było, wyrosły wraki, których jeszcze parę godzin wcześniej z pewnością tam nie widzieliśmy. Nie dość, że po szóstym lub siódmym przestałam je głośno liczyć, to muszę przyznać, że do tej pory nie mam pojęcia, w jaki sposób można za jednym zamachem poobijać samochód z każdej dosłownie strony, nie koziołkując, nie uczestnicząc w karambolu, samochodowym rodeo czy zawodach monster trucks. Na szczęście ofiar w ludziach najwyraźniej nie było.

10 komentarzy:

  1. ale się uśmiałam:)))
    uwielbiam Twoje poczucie humoru!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam swoje greckie wojaże. Sto lat temu, ale widzę, że choć minęło epoka, nic się na greckich drogach nie zmieniło ;) A zdjęcia przeniosły mnie w inny świat i obudziły marzenia, aby uciec gdzieś na weekend we dwoje.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie napisane:))) I 100% prawdy. Mielismy dokładnie te same spostrzeżenia wielokrotnie goszcząc na Krecie. Zostaliśmy nawet pouczeni przez autochtonów, że klaksona powinno się używać przed każdym zakrętem, aby "zaznaczać swoją obecność". I zdaję się, że nie chodziło im tylko o tereny górskie z ograniczoną widocznością:)) Kocham Greków! Pozdrawiam! G.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj Małgosiu, ale napisałaś. Tak zupełnie po twojemu ;)))
    Uśmiałam się:)))
    A te kolory ze zdjęć, marzenie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudnie napisane, przypomniała mi się sytuacja, gdy kierowcy przybywający z przeciwnych kierunków zatrzymali się na czerwonym świetle, przywitali się, i ... zapalili razem papierosa, światło zmieniło się na zielona, a Oni rozmawiali dalej, palili papierosa i nic...Nikt się nie śpieszył, nie denerwował. Nie do wiary!!! Chyba tylko ja była pąsowa:-)
    PS. Zdjęcie z tęczą piękne!

    OdpowiedzUsuń
  6. Gosiu, powinnaś wydać jakieś wspomnienia! :)
    Twój język jest równie fantastyczny co fotograficzne oko!
    pozdrowienia od niedawnych jeszcze sąsiadów z Białego Kamienia!!
    Iwona K.

    OdpowiedzUsuń
  7. Swietna historia, dziekuje ... zdjecia rowniez super i choc zadnego wyjazdu nie planuje to jednak zachecaja aby sie spakowac i gdzies pojechac ... :-) M

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj z tymi wypadkami to nie do końca prawda, pobocza usiane kapliczkami ze zdjęciami ofiar, niestety.

    OdpowiedzUsuń
  9. A ja mam same dobre wspomnienia :) Pamiętam jak raz na Kos jechałam quadem pod górkę z prędkością pewnie około 10km/h, jechałam spokojnie, cisza wokół, błogi spokój przez dobre 15 minut. Postanowiłam się obejrzeć i sprawdzić co tak cicho. a za mną około dwudziestka samochodów, każdy grzecznie jedzie tą sama serpentynką, wyprzedzić wprawdzie nie może, ale też nie krzyczy, nie wydziwia, nie trąbi. Jakie miłe to było uczucie :) powinnam każdemu z nich podziękować na górce, po już wiem co by się u nas działo !

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak, teraz sobie przypominam, że kolejną zmorą na greckich serpentynach były quady :)

    Dziękuję za Wasze komentarze!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...