środa, 28 grudnia 2011

Choinka

Postanowiliśmy, że w tym roku będzie mała. Taka, która zmieści się w doniczce i której chłopcy nie przewrócą. A jeśli przewrócą, to przynajmniej nie zrobią sobie krzywdy. 
Godzinę później tata, posapując, taszczył do domu na plecach prawie trzymetrowy świerk. Wybrany konsensualnie. Na mniejsze egzemplarze nawet nie spojrzeliśmy!
Drzewko stanęło na tarasie i czekało tam aż do Wigilii. Michaś co jakiś czas przykładał nos do szyby i krytycznie się świerkowi przyglądał.
- Dziwna ta choinka - stwierdził wreszcie. - Wygląda trochę jak drzewo. 





Dla wprawy Michaś postanowił najpierw ubrać choinkę babci. Efekt był taki, że prawie wszystkie bombki zawisły na dwóch dolnych gałęziach, podczas gdy wyższe partie pozostały puste.
Ale babcia i tak uznała, że nigdy w życiu nie miała tak pięknie ubranej choinki!
Dzień przed Wigilią chłopiec pomógł mi ubrać naszą. Zgodnie z zasadą - takie same bombki muszą wisieć obok siebie, najlepiej na tej samej gałęzi. Jeśli przypadkiem zdarzyło mi się powiesić takie same ozdoby w różnych miejscach choinki, zostawałam natychmiast karcona i przywoływana do porządku. Michaś już dawno nauczył się przybierać ton nieznoszący sprzeciwu i chyba wydaje mu się, że został menadżerem naszego domowego ogniska.  
Na koniec obszedł drzewko dookoła, przyjrzał mu się uważnie ze wszystkich stron i oznajmił z przejęciem: - Piękna ta choinka! Teraz Święty Mikołaj na pewno do nas przyjdzie! 
W tym roku nie musiałam się obawiać o moje ulubione bombki, ponieważ ostatnia z nich potłukła się już w pierwszej minucie ubierania choinki. Z bliskich memu sercu ozdób zostało mi jeszcze pudełko starych, ręcznie malowanych bombek, które kiedyś dostałam w prezencie. Chowam je głęboko, a na choince powieszę chyba dopiero, kiedy chłopcy dorosną. 
Albo nigdy, bo my z H. też jesteśmy jak dzieci! 
Tymczasem na tegorocznym drzewku większość ozdób jest uszyta z materiału albo jadalna. Z tym, że z każdym dniem rośnie przewaga tych pierwszych.
Ja też kiedyś uwielbiałam ukradkiem podjadać z choinki moich pradziadków długie lizakowe pałeczki w błyszczących - złotych, różowych i zielonych - papierkach. To nic, że niektóre z nich miały nawet dziesięć lat!

czwartek, 22 grudnia 2011

Blob na Złotej

Przedświąteczna gorączka zakupowa. 
Wymyślne konstrukcje ze schodów ruchomych przywodzące na myśl ryciny Piranesiego, wiozą kupujących we wszystkich kierunkach.
Esemesów z Sephory informujących o najnowszych promocjach, przychodzi więcej niż tych ze świątecznymi życzeniami.
Kupiliście już prezenty? Mi został jeden.

Trudno uznać Złote Tarasy za perłę architektury nanizaną na nitkę ulicy Złotej. Raczej przypomina blob, który z jakiegoś powodu, za najlepsze miejsce do przyssania się uznał działkę między Dworcem Centralnym, a hotelem Holiday Inn.













I jeszcze piosenka. Amazing, którą lubię daleko bardziej niż Last Christmas. Kiedy ją słyszę, mam ochotę malować paznokcie i zakładać pończochy!
Podobno stan zdrowia Georga Michaela jest bardzo zły.





piątek, 16 grudnia 2011

O dorosłości i o starości

Połowa grudnia za nami, ale nie mogę powiedzieć, żeby kalendarz adwentowy odmierzał nam czas. Traktujemy go z dużym przymrużeniem oka, ostatnio służy głównie do zabawy szufladkami. Można z nich  np. ułożyć wieżę, a potem z zaciekawieniem obserwować jak ta wieża z hukiem upada. Albo poupychać do nich strzępy podartej gazetki motoryzacyjnej.
Ale są dni, kiedy realizujemy pięć zadań naraz. A potem mamy wolne i możemy się, dla odmiany, poobijać!
Prezent dla Michasia spoczywa na szafie.
W weekend wybierzemy się po choinkę.
Chciałabym napisać, że nasz dom wypełnia zapach pierników, skórki pomarańczowej i kompotu z suszu. Chciałabym nawet napisać, że naszego domu nie wypełnia żaden zapach. Ale to nie byłaby prawda, ponieważ przedświąteczną atmosferę błogości odrobinę nam zakłóca woń przywodząca na myśl korytarze pociągów PKP. Zapach ów panoszy się od czasu, kiedy Michaś zaczął używać nocnika. Zwalczamy go na wszystkie sposoby! 






Grudniowy spacer do Łazienek z Babcią. Czas spędzony głównie na placu zabaw. Podobno gdzieś w okolicy stoi jakiś piękny pałac?!
Michaś z dumą oznajmiał wszystkim maluchom na placu, że niektóre bardziej niebezpieczne zabawy są przeznaczone wyłącznie dla dorosłych dzieci. Czyli, w domyśle, dla niego właśnie.



Ta wiewiórka uparła się, że wskoczy mi na kolana!


Niektóre urządzenia na placach zabaw są zmorą dla rodziców. I dla Dziadków. 
Najpierw Babcia zrobiła na orczyku kilka rundek z Michasiem, potem przecwałowałam ja z Jasiem. Wróciłyśmy do domu wykończone!
A chłopcy na nic innego nie mieli ochoty i zachowywali się, jakby ten pałąk z talerzem był jedynym urządzeniem na całym placu!  





Na koniec kilka tegorocznych ozdób choinkowych hand-made.
Ich uszycie zajęło mi pół wieczoru i jeden poranek. Najgorszy był moment przekładania na prawą stronę, za każdym razem byłam przekonana, że niemożliwością jest, aby poskręcana i krzywa ozdóbka przybrała zamierzony kształt. Ale zawsze w końcu jakoś się udawało!


Dziś przyszła paczka z cukrowymi laskami na choinkę. Na szczęście chłopcy zgodnie stwierdzili, że smakują paskudnie, więc istnieje cień szansy, że nie będą podjadać z choinki. 


- Już jestem stary... - westchnął dziś rano Michaś.
- Dlaczego tak sądzisz? - zapytałam, zdziwiona.
- Bo nie mam siły.

Miłego weekendu!
My dziś wieczorem rozpoczynamy cykl spotkań śledzikowych!

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Warszawa na Gwiazdkę

Warszawa na Święta już prawie gotowa. Trakt Królewski tonie w morzu światełek, a na Placu Zamkowym atmosfera niemal wigilijna. Złote światełka odbijają się w sklepowych wystawach i oknach okolicznych kamieniczek. 
Przed Zamkiem Królewskim wielka choinka. A na rynku Starego Miasta druga, mniejsza. 
Tylko śniegu brak! I temperatura bardziej jesienna niż zimowa. No, ale przecież jesień jeszcze. 
W oczekiwaniu aż rozbłysną te miliony świateł, wypiliśmy kawę w Pożegnaniu z Afryką. Niestety musieliśmy się szybko stamtąd zwijać, a ja swoją latte wypiłam niemal duszkiem. Nie wchodząc w szczegóły, powiem tylko, że Michaś postanowił zepsuć randkę parze siedzącej przy stoliku obok. 
Wieczorem odbyłam  tradycyjną grudniową wspinaczkę na taras widokowy. Mocno oblężony, choć w zeszłym roku byłam tam jedyną osobą. Wtedy wyglądało to tak.

Po powrocie do domu z rozpędu już chciałam domagać się karpia, choć akurat karp do moich ulubionych ryb nie należy. Zamiast tego dostałam kotleciki pod beszamelem i szpinak, wszystko pierwsza klasa. Wychodzi na to, że H. nie tylko jest pierwszorzędnym mężem, ale byłby też doskonałą żoną!

Noc. Kwadrans po jedenastej.
- Mamo, ja nie chcę spać. Ja chcę sprzątać!
Najwyraźniej wszystko jest lepsze niż spanie.





















wtorek, 6 grudnia 2011

Pierniki, grzane wino i kłęby czarnego dymu

Sobotnie pieczenie pierniczków z Dziewczynami i maluchami. Udane wielce! I świąteczne bardzo!
Przy dźwiękach składanki "Christmas & The City", tej z zaśnieżonym Central Parkiem na okładce. 
W oparach grzanego wina. I kłębach czarnego dymu, ale o tym za chwilę.

Dzieciaki z zapałem wałkowały, wycinały i dekorowały. Gdyby im na to pozwolić, chętnie by także upiekły. Bo piekarnik obstąpiły ze wszystkich stron! Jaś postanowił wziąć na siebie odpowiedzialną rolę strażnika termostatu. Polegało to na tym, że kręcił nim przez cały czas. 

Jedną partię pierniczków doszczętnie spaliłyśmy, tak się zagadałyśmy. Piekarnik dzwonił i dzwonił, ale byłyśmy kompletnie głuche na jego wołania! 
Dopiero kłęby dymu i zbiorowe pokasływanie przywróciły nas do rzeczywistości.
Bo kiedy my cztery zbierzemy się razem i zaczniemy rozmawiać, świat dla nas przestaje istnieć. Znamy się od piętnastu lat, albo i dłużej. Znamy swoich byłych i obecnych chłopaków, narzeczonych i mężów, a jeśli zajdzie potrzeba, to poznamy i przyszłych. Podróżowałyśmy razem do różnych miejsc. Wreszcie, wszystkie wybrałyśmy ten sam kierunek studiów. 
Dziewczynom wystarczy rzucić tytuł ostatnio czytanej książki, żeby okazało się, że też ją ostatnio czytały!
H. twierdzi, że zachowujemy się jak banda rozbawionych i rozkrzyczanych dwunastolatków. Ale chyba trochę przesadza!

Dzieci były zachwycone, że mogą bezkarnie nurzać palce w mące, rozgniatać ciasto na pierniczki jak plastelinę (zjadłam taką ilość tego pysznego surowego ciasta, że tylko jakimś cudem nie bolał mnie potem brzuch) i pochłaniać ogromne ilości słodyczy, coś absolutnie nie do pomyślenia w domu! 
Liczba dzieci czekających w kolejce na zjeżdżalnię była stała i zawsze wynosiła trzy.
Jedynym dzieckiem, które od czasu do czasu szukało wzrokiem mamy, był Jaś. Chociaż niekiedy okazywało się, że osoba schowana za obiektywem aparatu to wcale nie mama! I czyjeś inne nogi zostawały spętane małymi rączkami w błagalnym geście domagającym się wzięcia na ręce.

Kulinarny wieczór mamy zamiar powtórzyć w Nowym Roku. Tyle, że zamiast pierniczków, będziemy piec karnawałowe faworki. 
A jeszcze  wcześniej spotkanie sylwestrowe. Baaardzo wysoko. Już nie mogę się doczekać oglądania fajerwerków! Bo z naszego parteru to nic, a nic nie widać.

Ps. Przez kilka dni byliśmy bez internetu. Jaś dosłownie zmiażdżył modem! 

I jeszcze na koniec piosenka, która pobrzmiewała tamtego wieczoru i której nie mogłam przestać nucić przez całą niedzielę.
H. momentami nie wytrzymywał.
A Wy? Podśpiewujecie czasem?

... so hurry down the chimney tonight...

Eartha Kitt - "Santa Baby".























Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...