wtorek, 29 listopada 2011

Człowiek - chustka do nosa i kilka słów o kalendarzu adwentowym

Za kilka dni ruszamy z kalendarzem adwentowym, a tymczasem borykamy się z katarem i oswajamy z nocnikiem. Oswajamy się, to mało powiedziane. Bezpowrotnie porzuciliśmy noszenie pieluch! Chociaż bywają takie dni, że kończą nam się czyste, suche ubrania!
Ze wszystkich przedmiotów, w które zakatarzony Jaś wyciera nos, zdecydowanie najmniej pożądanym jest chusteczka. Do ulubionych należą ubrania rodziców oraz poduszki. Nie jestem pewna, czy został mi chociaż jeden sweter bez zaschniętego gila na ramieniu.
Gdyby Hubert miał się nagle zmienić w jakąś postać z komiksu, stałby się człowiekiem-chustką do nosa.

Kilka dni temu wymyśliłam zadania do kalendarza, z niejasnym poczuciem, że sama sobie zadaję pracę domową i ogarnęła mnie przemożna chęć natychmiastowego pójścia na wagary. Bo, o ile dla dzieci znalazły się w kalendarzu niemal same przyjemności, o tyle dla mnie, z jakiegoś powodu, figurują tam same obowiązki prawie.  O szczegółach już wkrótce.

W adwentowo-kontemplacyjnym nastroju wracam do cerkiewnych zdjęć z Heraklionu. I przyglądam niefartownym  świecom, które nie miały żadnej szansy spalić się do końca, gdyż ledwo zdążyły błysnąć, pojawiał się pan, który je wszystkie zdmuchiwał i jednym ruchem zgarniał, robiąc miejsce dla nowych.



piątek, 25 listopada 2011

Bal

Mamo, jutro są moje urodziny, będę dorosły!

Urodziny Michasia wypadły w tym roku w niedzielę, ale celebrowaliśmy już od soboty. Późnym popołudniem  zaczęli zjeżdżać się mali goście. Większość dzieci momentalnie usnęła w samochodach, a rodzice niechętnie podchodzili do perspektywy ich budzenia. Gdyby więc w sobotę, około godziny szesnastej, ktoś ciekawski zajrzał w okna zaparkowanych pod naszym domem samochodów, zobaczyłby pół tuzina dzieci w wieku przedszkolnym drzemiących smacznie w swoich fotelikach. I pół tuzina rodziców spoglądających niecierpliwie na zegarek.
Urodzinowy bal trzyletniego chłopca rozpoczął się więc z lekkim opóźnieniem.
Co pozwoliło Hubertowi na rozpoczęcie i nawet prawie zakończenie przyrządzania przekąsek.








Z przyjemnością zauważyłam, że dzieci coraz chętniej bawią się razem. Do tej pory na tego typu imprezach najczęściej każde zaszywało się w innym kącie ze swoją zabawką.
Ale i dorośli potrafili się bawić wspólnie - tor wyścigowy z dwiema pętlami składali wszyscy, panie też. Inna sprawa, że złożenie toru okazało się tak skomplikowane, że pomoc pań okazała się tu wręcz niezbędna.


I pocałunki były. W czoło.




Michaś był ogromnie zadowolony ze swojego balu i szczęśliwy, że odwiedziło go tyle dzieci. Rozczarowania dostarczył jedynie nasz przyjaciel Pan Sałatka, ponieważ okazało się, że nie jest ani odrobinę zielony i nijak sałaty nie przypomina.

Najlepsza zabawa była oczywiście na końcu. Niektórzy nie mieli zamiaru opuszczać imprezy i sprytnie pochowali się za ubraniami.


Wieczorem, kiedy Michaś leżał już w swoim łóżeczku, próbowałam wytłumaczyć mu, że - chociaż balowaliśmy już dziś - dzień prawdziwych urodzin wypada dopiero następnego dnia.
- A te urodziny były zabawkowe?
Najwyraźniej wszystko, na podobieństwo aut, dzieli się na prawdziwe i zabawkowe.

Za to w niedzielę wieczorem chłopiec dopytywał się, czy w poniedziałek też będą jego urodziny. Bo jeśli można świętować przez dwa dni, to dlaczego nie codziennie?

poniedziałek, 21 listopada 2011

Demolka

To nie był najlepszy dzień.
Pełen spustoszenia.
Suszarką na pranie strąciłam ze ściany dwa obrazki i zniszczyłam dwie ramki. Poczułam przy tym swego rodzaju dumę, bo skosić dwa za jednym zamachem, w tym jeden wiszący ponad dwa metry nad podłogą, to jest wyczyn.
Michaś spadając z kanapy chwycił się w locie papierowej lampy i przedarł ją na pół. Ujrzawszy lampę, nie mogłam się nie uśmiechnąć, bo wyglądała doprawdy komicznie.
Dobrze, że poszliśmy na długi spacer, bo nie wiem, co jeszcze byśmy zdemolowali. Kiedy wracaliśmy, słońce  było wielką pomarańczową piłką wiszącą tuż nad horyzontem. Dobrze widoczną zza drzew, które pogubiły już liście.
Na szczęście ten dzień już dobiega końca.
Dobranoc!




czwartek, 17 listopada 2011

Grecka tunika

Hubert już od dawna marzył skrycie o przyodzianiu się w grecką koszulę-tunikę, stawiając ją sobie za wzór wykwintu i szyku (jeżeli chodzi o współczesną modę męską), doskonale komponujący się ze słomkowym kapeluszem z muszelkami i temu podobnymi akcesoriami. Innymi słowy, strój nieomylnie zdradzający, że mamy do czynienia ze zdesperowanym turystą na krótkim rodzinnym urlopie.
Nie trzeba było długo czekać, już drugiego dnia, spuszczony na 5 minut z oczu pod pretekstem "wrócę poszukać zagubionej czapeczki Jasia", zdążył zaopatrzyć w rzeczoną tunikę nie tylko siebie, ale również Michasia. Początkowo próbował ukrywać ten zakup, jednak były to starania ze wszech miar nieporadne, wręcz w tej nieporadności rozbrajające. O ile wcześniej wodził tęsknym, szklistym wzrokiem po mijanych wystawach, na których piętrzyły się stosy wymarzonych koszul, o tyle z krótkich poszukiwań czapeczki (nota bene udanych; zapewne zgubienie czapki było z góry ukartowane jako pretekst do wymknięcia się z pola mojego widzenia) wrócił z wypiekami i podejrzanie wesoły. Tak wygląda człowiek spełniony.
Identyczne, poza rozmiarem, koszule-tuniki obu panów zdobią granatowe pasy, tu cieńsze, tam grubsze. Efekt - tak fason jak i zdobienie - nieodparcie przywodzi na myśl piżamę i to szpitalną. Niestety, kiedy wieczorem tata z dumą zademonstrował owe nabytki rodzinie, Michaś, dowiedziawszy się, że to on ma przyoblec się w ten mniejszy egzemplarz, wpadł w najczarniejszą rozpacz i histerycznie wręcz odżegnywał się od chociażby przymiarki. Nie pomógł nawet argument, że taką samą koszulę założy tata.
No cóż. Tacie wyraźnie zrzedła mina. Ale nie był to ostatni cios. Z dnia na dzień, Hubert pochmurniał. W nocy spał niespokojnie. Po tygodniu wyznał wreszcie, że cokolwiek dziwi go, że - jak do tej pory - nie widział ani jednego Greka w podobnej koszuli, która jawiła mu się jako sama kwintesencja greckiego stylu. Co więcej, jedyny zauważony osobnik w koszuli-tunice okazał się po paru chwilach niemieckim turystą postury i w wieku Helmutha Kohla, w obowiązkowych złotych okularach. Chwila pogłębionej refleksji i nieuchronnie nasunął się wniosek, że Grecy, jak również pozostała część populacji naszego globu, niewątpliwie uważają taką koszulę za szczyt obciachu. Do końca wakacji tunika nie opuściła już walizki, a i teraz cierpliwie czeka na zmianę trendów na samym dnie wora ze starymi ubraniami, w najgłębszych czeluściach piwnicy.

Na zdjęciach Rethymnon.






















środa, 16 listopada 2011

Kalosze

Przed każdym spacerem znajduję w moich kaloszach jakąś niespodziankę. Naręcze zasmarkanych chusteczek do nosa jeszcze jestem w stanie zrozumieć, w końcu połowa domowników ma na katar, ale duża butelka wody mineralnej? Plastikowa papryka? 
Najwyraźniej dzieci uznały moje obuwie za praktyczny schowek, w którym - ze względu na długie cholewki - dużo można zmieścić. Schowek tym bardziej wygodny, że łatwo dostępny z poziomu podłogi.
Parokrotnie przyłapałam obu chłopców na próbach wciągnięcia moich wysokich kaloszy na ich krótkie nóżki. Próbach nieudanych zresztą. Michasiowi buty sięgają pod pachy, a Jasiowi prawie pod samą szyję. Niestety człowiek w pewnym miejscu przestaje być rozdwojony, a zaczyna być zrośnięty i od tego miejsca kalosze wciąga się raczej opornie.

Zdjęcia zrobiłam podczas sobotniego spaceru nad jeziorem Partęczyny. Miejscu totalnie wyludnionym o tej porze roku, zresztą w sezonie też niespecjalnie obleganym. Byłam już prawie pewna, że uda nam się obejść je dookoła, ale zanim zdążyłam zatknąć flagę zdobywcy, niespodziewanie zza zakrętu wyłoniła się niewidoczna do tej pory część jeziora.


Michaś nie jest naiwny - nie dał się przekonać, że czapki nie zostały uszyte z psa.







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...