czwartek, 29 września 2011

Grecka wyspa, lot balonem i bokserki w marchewki

Za trzy dni wyjeżdżamy na wakacje. Na podłodze w dużym pokoju zamiast spakowanych walizek równym półkolem piętrzą się wyciągnięte z szafki i zmywarki garnki. Perkusja. Pod stołem plastikowy mikrofon, który był wczoraj w użyciu przez pół dnia i cały wieczór. To nic, że zepsuty - młode zdrowe gardła nie potrzebują wzmacniaczy.
Michaś nie może się doczekać podróży samolotem. Trochę też się jej obawia. Chociaż zupełnie tego nie pamięta, wie, że kiedy był mały leciał samolotem na inną grecką wyspę. Z jakiegoś powodu jest również przekonany, że kiedy był mały, leciał balonem.
A tata chłopców zażyczył sobie lot balonem w prezencie urodzinowym.
No... zobaczymy!
Do poduszki czytaliśmy Yumi, o której dowiedzieliśmy się za sprawą tego wpisu Ewy. Zostałam poproszona o przeczytanie książki trzy razy z rzędu. Za trzecim razem podobała nam się najbardziej. Za trzecim razem żadna zagadka nie była już dla nas zbyt trudna!
Za piżamę służą mi błękitne bokserki w króliki i marchewki. - Mamo, czy ty też idziesz do przedszkola? 




sobota, 24 września 2011

Wazon skarbów

- Mamo, gdzie teraz idziemy? - zapytał Michaś, kiedy wyszliśmy od taty z pracy.
- Idziemy odebrać Świnki Peppy.
- Odebrać panowi?  (?!)
- Nie, odebrać w Empiku.
- No tak - westchnął z nutką zawodu.
Kiedy płaciłam za książki okazało się, że w portfelu brakuje mi jednej karty. W samochodzie dokładnie przeszukałam torebkę, ale karty nie znalazłam. Po powrocie do domu zastanawiałam się, czy lepiej od razu ją zablokować, czy poczekać do następnego dnia, żeby zapytać o nią w sklepie, w którym ostatnio płaciłam. Było bardzo prawdopodobne, że właśnie tam ją zostawiłam, ponieważ pamiętałam, że w owym sklepie Michaś z Jasiem na wyścigi ściągali z półki żelki i napoje energetyczne, więc niewykluczone, że straciłam głowę i o karcie zapomniałam.
Wreszcie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić w stojącym na podłodze w przedpokoju dużym wazonie, do którego Jaś uwielbia wrzucać buty i inne swoje skarby. Oczom nie wierzyłam - była!


nie mogłam się zdecydować, czy wrzucić to zdjęcie, czy...

...ten kolaż



wtorek, 20 września 2011

Wielka wyprawa

Ostatni weekend lata przywitał nas słońcem, postanowiliśmy więc - jako preludium do górskich wycieczek, które planujemy niebawem - wybrać się na spacer do Puszczy Kampinoskiej. W samochodzie zrobiłam prowizoryczną zasłonkę ze swetra i w szampańskich nastrojach ruszyliśmy na wielokilometrową włóczęgę.
Niestety ze spaceru wróciliśmy kompletnie na tarczy.
Zdesperowane komary nic sobie nie robiły z tego, że wysmarowaliśmy się szczelną warstwą repelentu i atakowały nas całymi chmarami. Już po kilku minutach czoła i szyje dzieci były usiane czerwonymi kropkami.
Jaś postanowił, że będzie spacerował na własnych nogach. To dobrze. Tyle, że w kierunku marszu przeciwnym do naszego.
Nie najlepszym pomysłem było zabranie wózka, który - choć niezastąpiony w warunkach miejskich - raz po raz grzązł w błotnych kałużach, których nie brakowało na ścieżce.
Chcąc nie chcąc po kilkuset metrach zarządziliśmy odwrót i wycieczkę zakończyliśmy na leśnym placu zabaw.

Karuzela na tymże placu zabaw. Michaś dokonuje prezentacji:
- Ja jestem Michał. To mój brat Jaś. A ty jak masz na imię?
- Janek. I też mam brata o nazwie Michał!


Wieczorem wybraliśmy się do kina, a chłopcy zostali w domu z babcią. Michaś był niepocieszony i nie mógł pogodzić się z faktem, że rodzice wyszli. Co i rusz dopytywał się:
- Gdzie są moi ludzie?
A gdy dzwonił telefon: - Czy to dzwonią moi ludzie?
Kiedy wróciliśmy nasz człowiek jeszcze nie spał i bardzo się ucieszył. My też!

czwartek, 15 września 2011

Toyoty na śniadanie

Ranek. Robię listę zakupów. Michaś siada obok i upiera się, że teraz on będzie mi dyktował. Więc piszę:
- Dużo Toyotów.
- Co jeszcze?
- Jeszcze jeden Toyota.
- A może coś do jedzenia?
- Tak.
- Co?
- Lancię.

Chwilę później Michaś fantazjuje przesuwając po stole auta:
- Mama i Jaś wsiedli do samochodu, a Michał wsiadł do ciuchci. I dalej, autentycznie pochlipując: - Sam. Nie ma drugiej mamy!

Poszukując wczoraj kabla do drukarki w jednym z kilku znajdujących się w naszym domu kłębowisk, przypadkiem natknęłam się na klocki, które Michaś dostał jakieś dwa lata temu. Wtedy był jeszcze za mały, żeby z nich budować, co najwyżej próbował je rozkompletować usiłując pozjadać kulki.
Niespodziewane znalezisko sprawiło chłopcom olbrzymią radość. Nie tylko Michaś, ale i Jaś z zapałem próbował tworzyć własne konstrukcje. A ja z przyjemnością obserwowałam skupienie malujące się na małych buziach.







Wieczorem Michaś gra na telefonie taty. Podchodzi do niego Jaś i przytula się mocno.
Michaś, pochłonięty grą: - Jasiu! Nie kochaj!

wtorek, 13 września 2011

Umundurowany przyjaciel

Każda zabawa przestaje być atrakcyjna kiedy bawi się w nią na okrągło. Stare zabawy co pewien czas są zastępowane nowymi. Ostatnim jasiowym hitem jest zakradanie się do przedpokoju, wspinanie na niską półkę z butami i sięganie małą wszędobylską rączką do słuchawki domofonu. Po podniesieniu słuchawki zgłasza się ochrona. I to jest właśnie w tej zabawie najfajniejsze! Wystarczy samemu być cichutko jak myszka i nasłuchiwać coraz głośniejszych i coraz bardziej zduszonych okrzyków pana ochroniarza - Halo! - Kto tam! - Halo! - Czy mnie słychać? - Halo! 
O żadnej nudzie nie ma mowy!
W ogóle pan ochroniarz jest ulubionym partnerem Jasia do zabawy. Fajnie jest na przykład niepokoić go naciskając raz po raz przycisk alarmowy w windzie. A podczas zabawy na patio miło jest złożyć ochroniarzowi nieformalną wizytę w dyżurce i wyjeść wszystkie słone paluszki! Jaś uważa, że jego nowy umundurowany przyjaciel jest tym równie zachwycony. A słone przekąski, stanowiące prawdopodobnie cały obiad funkcjonariusza, zostały przygotowane specjalnie na jego przyjście!
Jeżeli pan ochroniarz z jakichś względów nie chce się bawić, bo np. śpi ze stoperami w uszach albo ma obchód, zawsze można (o 6.00, 23.15 lub innej, równie stosownej porze) wyciągnąć małą łapkę po komórkę śpiącego smacznie taty i zabawić się w ten sam sposób z Bogu ducha winnymi - i również smacznie dotąd śpiącymi - osobami, z którymi tata ostatnio przez tenże telefon rozmawiał. Albo lepiej z takimi, z którymi tata nie rozmawiał od wielu miesięcy, ale ich numery figurują w skrzynce kontaktowej. Wyraz fascynacji malujący się na twarzy Jasia na dźwięk coraz to bardziej zniecierpliwionych nawoływań ofiary - Jaś oczywiście milczy jak zaklęty - nie da się oddać słowami. A ile uciechy ma później tata, pytany przez nieszczęsnych abonentów o powody, dla których przerwał ich zasłużony wypoczynek, żeby sobie do słuchawki niezbyt wymownie pomilczeć!


sobota, 10 września 2011

Noc lampionów

Gdyby wczoraj wieczorem jakiś zapalony astronom skierował okular swojego teleskopu w kierunku Wisły, jego oczom ukazałyby się zupełnie nowe i nieznane, choć niestety ulotne konstelacje.
Kilka minut przed dziewiątą dostaliśmy sygnał z wieży kontroli lotów, że możemy zapalać. A chwilę później niebo nad Warszawą rozświetliły dziesiątki lampionów wypuszczonych z pewnej bardzo smutnej okazji. Kolorowe światełka niesione zimnym, jesiennym wiatrem w mgnieniu oka ulatywały w górę, żeby jako małe świetlne punkty zawisnąć nad rzeką. Niektóre zamiast wzbić się w niebo, wlatywały w rozpraszający się błyskawicznie tłum i płonąc kończyły swój krótki żywot na ziemi. Jeden lampion pofrunął na drzewo i zanim ktoś zdołał go stamtąd zdjąć, zdążył wypalić w drzewie sporą dziurę. Ale jednak większości udało się przebić przez chmury.





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...