poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Pola kukurydzy i skoki w płatkach kukurydzianych

Wczorajszy wieczór. Michaś bawi się autami, ja w kuchni robię kolację.
- Mamo, komar lata - informuje Michaś.
- Zaraz się z nim policzę - odpowiadam.
- Policzysz? - Dopytuje się dziecko. I po namyśle dodaje: - jest jeden. Tylko jeden.


Dziś kilka zdjęć z naszego pobytu na wsi. Uwielbiam jeździć przez Pojezierze Brodnickie, nawet gdy celem wycieczki jest tylko inna mała wieś lub miasteczko. Nawet gdy w jedynej kawiarni w miasteczku dostępna jest wyłącznie kawa z fusami. 
W tym roku dominującym widokiem z  okien samochodu były pola kukurydzy. Można by pomyśleć, że mieszkamy w Meksyku. Za to z przyjemnością odnotowuję fakt, że nasze wsie stają się coraz bardziej czyste i zadbane. Żadnych walających się śmieci na ulicach. A świeżo skoszona trawa i kwiaty w każdym ogródku to norma.




Że Jaś jest nicpoń, to widać po minie i po ilości zadrapań. Nie znam drugiego dziecka, które codziennie nabijałoby sobie guza. Przypomina mi dzikiego kotka, który wraca ze swoich eskapad umorusany i z nadszarpniętym uszkiem. Narzucenie jakiejkolwiek dyscypliny graniczy z niemożliwością, a wielokrotne powtarzanie i tłumaczenie pewnych rzeczy przynosi rezultat porównywalny z mówieniem do ośmiornicy czy innego głowonoga.
Ulubionymi zabawkami Jasia są solniczki i szklane butelki, a ulubioną zabawą zjadanie papierów. Nie dalej jak tydzień temu przyłapałam go na tym jak otworzył sobie wielką puszkę z płatkami kukurydzianymi dziadka, wszedł do niej obiema nogami i zaczął z zapałem podskakiwać. A wczoraj wepchnął smacznie śpiącemu i niczego nie podejrzewającemu tacie do ust szesnaście kredek - w szampańskim humorze ułożył je w równiutkich odstępach, jak papierosy.



Ten wielki księżyc oświetlał nam całą drogę powrotną z Torunia, a kolejnego wieczoru towarzyszył przy rozmowach na tarasie.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Wróżki

O świcie obudziły mnie dzieci, które przybiegły do mojego łóżka i jak zwykle nie patyczkując się, wskoczyły mi na głowę. Zwłaszcza młodszy Jaś uwielbia taki poranny stage diving. 
Aż się prosi, żeby napisać - bladym świtem, ale - choć mgła wciąż jeszcze szczelnie spowijała pola - było już dobrze po wschodzie słońca. I właśnie ta mgła sprawiła, że szybko wciągnęłam dżinsy na piżamę, chwyciłam aparat i pobiegłam wijącą się wśród pól ścieżką za domem. Tam czekała na mnie niespodzianka. Dziesiątki pajęczyn z kropelkami rosy, wyglądających jakby w nocy przyleciały wróżki i ponawlekały na nie małe przeźroczyste koraliki. Niektóre pajęczyny były tak równiutko i misternie utkane, że przypominały spadochrony. Inne przywodziły na myśl hamaki. Jeszcze inne tworzyły bezładną plątaninę, jakby utkał je awangardowy pająk mający w pogardzie tradycyjne budownictwo.  Niektóre pajęczyny najlepsze dni miały już wyraźnie za sobą, były poszarpane i zostało z nich tylko kilka głównych nitek, a ze środka spozierał stary, zmęczony pająk.
Wróciłam przemoczona do pasa. 
Godzinę później nie było po mgle ani śladu, a pajęczyny - mimo że pozostały na swoich miejscach - z powrotem stały się ukryte dla ludzkich oczu.




mgła kładła się na ścieżce i  na moich butach














piątek, 12 sierpnia 2011

Trzeci

Dobrze jest mnie odwiedzać z własną książką, bo w czasie częstych przerywników, kiedy muszę zająć się dziećmi, najlepiej oddać się lekturze. Zawsze oczywiście można wziąć sobie coś z półki. 
- Muszę przewinąć drugiego - oznajmiłam ostatnio przyjaciółce, która na szczęście książkę miała.
- A trzeciego? - zapytał Michaś.
Na szczęście na razie mam tylko dwóch.



Czeka mnie dziś trzygodzinna nocna podróż samochodem. Lubię takie. Na długich światłach, pustymi drogami wśród pól i lasów. Przy dźwiękach Sade, o którą zawsze w samochodzie prosi Michaś. Właściwie to prosi tylko o jedną piosenkę, najlepiej żeby leciała w kółko. 
Na końcu podróży czeka na nas otwarta brama i niebo pełne gwiazd. Czasem, jeże.

Przy Placu Wileńskim, kiedy czekałam na zielone światło do skrętu w lewo. Na szczęście udało mi się ruszyć na czas. 
Kiedy przejeżdżałam przez most, niebo płonęło żywym ogniem.


poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Konie, kapelusze i tajna instrukcja

W ubiegłą sobotę na warszawskim Służewcu oczom Warszawiaków ukazało się sześć starszych pań w niecodziennych nakryciach głowy. Po minach kobiet można było poznać, że w dziedzinie wyścigów nie są nowicjuszkami i nastawiają się na dużą wygraną. Panie sprawiały wrażenie tak zdeterminowanych i pewnych zwycięstwa, że żaden koń przez nie obstawiany nie ośmieliłby się nie przyjść pierwszy.

Kapelusze postarzały nas o jakieś dwadzieścia lat, dzięki czemu lepiej wpisywałyśmy się w grono stałych bywalców wyścigów. Mimo, że Tor Służewiec posiada w swojej ofercie bilety rodzinne dla dwojga dorosłych z dwójką dzieci, trudno było znaleźć osobę, która nie byłaby mężczyzną po sześćdziesiątce.  Panowie okazali się za to nadzwyczaj uprzejmi - kiedy spadł deszcz, a ja robiłam zdjęcia, co chwila podchodził jakiś gentleman oferujący chusteczkę do przetarcia obiektywu. I to nie papierową jednorazówkę, tylko materiałową poszetkę! 
Byłyśmy absolutnie pewne wygranej, ponieważ posiadałyśmy tajną instrukcję zawierającą cały szereg dokładnych wskazówek jak obstawiać. Z całą pewnością nikt poza nami nie był wtajemniczony w fakt, że w czasie deszczu trzeba postawić na konia, który ma najcięższego dżokeja, za to w żadnym wypadku nie należy stawiać na klacze gdy jest parno. Toteż bardzo się zdziwiłyśmy gdy okazało się, że nasze konie nie znalazły się nawet w pierwszej trójce!

Marta, kiedy dowiedziała się, że jej koń przyszedł ostatni







O tym, jak kapelusze postarzają może świadczyć komentarz Michasia oglądającego zdjęcia z wyścigów.
- Ciocia Olga i ciocia Marta - oznajmił mój syn. A po chwili zastanowienia sprostował:
- Nie, babcia Olga i babcia Marta!

Spadł deszcz, więc zgodnie z instrukcją nie obstawiałyśmy dżokejów w okularach.

piątek, 5 sierpnia 2011

Rozmyślania o wakacjach

Długo to trwało, ale nasze wakacyjne plany wreszcie powoli się krystalizują. Tegoroczny wyjazd będzie kompromisem między potrzebami dzieci, a naszymi potrzebami. Dwa tygodnie, dwie greckie wyspy, dwa rodzaje wybrzeża. Tydzień przy plaży i tydzień na klifie. Wyludnione plaże i słońce nie tak palące. Jesienią. 
Upragniona podróż samolotem. Pierwsza świadoma, bo tej na Zakynthos Michaś nie pamięta.
Przy okazji rozmyślania o wakacjach odkurzyłam stare zdjęcia z Chorwacji, do których rzadko wracam, bo są w innym komputerze. I zapragnęłam wrócić do tych jeszcze starszych, ale one są już nawet w innym domu.

A jutro w dziewczyńskim gronie będziemy celebrować wieczór panieński. Zakładamy kapelusze i ruszamy na wyścigi konne! Macie jakieś sugestie, którego konia obstawiać?

2004 Chorwacja, Krk

2004 Chorwacja, Krk

środa, 3 sierpnia 2011

Muzykowanie na tarasie Pałacu Ostrogskich i Muzeum Chopina

Dokładnie w momencie gdy przekraczaliśmy próg muzeum, Jaś który siedział tacie na barana postanowił wylać mu na głowę kartonik soku pomarańczowego. Chwilę później soczek spływał już sobie swobodnie po taty włosach i dalej, nie omijając oczu, na marynarkę i koszulę. Tym sposobem zaskoczony tata, który nie wiedzieć czemu od pewnego czasu zaczął w weekendy ubierać się bardzo elegancko, w kilka sekund z Wielkiego Gatsby'ego przedzierzgnął się w ofiarę powodzi.
Chwilę później Michaś począł wznosić histeryczne okrzyki w niepokojąco wysokiej, a co za tym idzie niezbyt przyjemnej dla ucha tonacji, oprotestowujące pomysł zwiedzania muzeum.
Dla taty tego było już za wiele. Odwrócił się na pięcie i chociaż bilety do muzeum były już kupione, udał się z Jasiem na pobliski plac zabaw. Michaś tymczasem łaskawie zgodził się poczekać w muzealnej salce zabaw dla dzieci.
Muzeum zwiedzałam więc sama.

Warto się wybrać w to miejsce choćby po to, żeby przez chwilę znaleźć się w murach przepięknego Pałacu Ostrogskich. Przypuszczam, że wielbiciele kompozytora spędzają tam całe dnie, niestety konieczność ciągłego zaglądania do salki zabaw i sprawdzania, czy Michaś wciąż tam jest nie pozwoliła mi spokojnie usiąść i ze słuchawkami na uszach zatopić się w Nokturnie cis-moll, ale następnym razem to zrobię! Chociaż Hubert śmiał się, że ja to raczej przyniosłabym własną płytę, niekoniecznie z muzyką poważną i poprosiła, żeby mi włączyli. 



Od zwiedzania muzeum Michaś wolał wspólnie z innymi dziećmi eksperymentować instrumentalnie na tarasie pałacu. Podczas gdy wiatr rozwiewał pozostawione na fortepianie nuty, Jaś nie wykazywał żadnego respektu dla muzyki i wybrał baraszkowanie w poduchach, która to czynność wprawiła go w stan niezmiernej ekscytacji. Na zakończenie wszyscy udaliśmy się na plac zabaw bawić się w autobus, w którym Michaś - kontroler biletów - upewniał się skrupulatnie, czy wszyscy posiadamy liście-bilety.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...