piątek, 29 lipca 2011

Człowiek, który gapił się na kury

Za nami kolejny tydzień na wsi. Przez większość czasu nieulewnie lecz miarowo siąpił deszcz, dlatego na spacery chodziliśmy z rzadka, za to często towarzyszyliśmy pradziadkom w pracach domowych. Na przykład pomagaliśmy w kiszeniu ogórków. Która to pomoc sprowadzała się głównie do wykradania ogórków i kuchennych akcesoriów.
Ale kilka krótkich spacerów jednak było! Pierwszy tradycyjnie do sąsiadów po drugiej stronie szosy, popatrzeć na kury. Bez sprawdzenia, czy u kur wszystko w porządku, pobyt na wsi byłby niepełny.
Były też popołudniowe spacery prowadzącą wśród pól ścieżką za domem.
Ku rozczarowaniu dzieci, zabrakło przesiadywania na placu zabaw z widokiem na kościół i staw. Ale zjeżdżalnia z kanapy też dawała radę.
Ulubionym powiedzonkiem Michasia stało się pytanie: - Masz siłę? - Trochę? Zadawane w każdej sytuacji, np. gdy ktoś zamierzał wziąć go na ręce. Ale także wtedy, gdy ktoś zbyt ociężale podnosił się z fotela.

Po którą część chleba sięgacie po ukrojeniu kromki? Ja po tę właśnie kromkę. Za to Jaś czuje się osobiście urażony gdy ktoś proponuje mu mniejszy z dwóch powstałych w ten sposób kawałków i takie zachowanie uważa za nieśmieszny żart.  Łypie na darczyńcę spode łba trochę z niedowierzaniem, a trochę z przyganą  i błyskawicznie wyciąga rękę po cały duży chleb.  


prababcia w akcji

środa, 20 lipca 2011

Jest takie miejsce

Jest takie miejsce, do którego czasem jeździmy kiedy pada deszcz i nie możemy iść na spacer do parku. Miejsce, w którym do policyjnego radiowozu można się wcisnąć we dwóch. W dzień powszedni, jeśli nie liczyć sympatycznej obsługi, często jesteśmy tam zupełnie sami. 
Ja piję latte, a dzieci obowiązkowy soczek w kartoniku ze słomką. Czasem zamawiamy pokrojone na małe kawałki kanapki (ja zjem jedną i ty zjesz jedną), a czasem znajdujemy pod kanapą wafle ryżowe (Jaś).
Prawie zawsze wychodzimy z jakąś książką. Ostatnio z Alicją w krainie czarów, która jednak okazała się dla Michasia zbyt poważna, ale dla mnie akurat.

I jeszcze kilka dialogów z dzisiejszego poranka.
- Wieszak. Dziwny - zamyślił się Michaś, przyglądając się trójkątnemu drewnianemu wieszakowi. 
- A co w nim dziwnego? - zapytałam.
- Dziura.
Pozostając w kontemplacyjnym nastroju ujął w palce rąbek mojej cienkiej bluzki i westchnął:
- Piękna bluzka. A po chwili dodał: - trzeba kupić drugą.
- Drugą, inną?
- Nie, taką samą.





niedziela, 17 lipca 2011

Tam gdzie latają strusie. Prawdziwe.

Kilka dni poza miastem. Prawie wszystko co jedliśmy, może z wyjątkiem dużej ilości lodów, pochodziło z własnych grządek. Nawet Michaś się przełamał, choć dotąd na zieleninę patrzył podejrzliwie. Bo, że Jaś jest miłośnikiem warzyw wszelakich z surowym selerem naciowym włącznie, to wiadomo nie od dziś.
Rozczarowało mnie trochę, że dzieci ponad spacery nad jezioro przedkładały spacery na plac zabaw (bałaław). Ale przynajmniej z placu zabaw z jednej strony był widok na wodę, a z drugiej na strzelistą iglicę kościoła. Takie bałaławy to ja poproszę!
Jaś za najfajniejszą zabawkę w domu uznał czajnik elektryczny. Nigdzie się bez niego nie ruszał, a przy każdej próbie odebrania go sobie wydawał wprost nieludzkie wrzaski. Dużo radości dostarczała mu również skrzętnie ukryta przez Babcię za kuchennymi drzwiami kolekcja butelek. Codziennie, zaraz po przebudzeniu, zostawałam obdarowana przynajmniej jedną.
Michaś natomiast przechodzi fazę entuzjastycznej konfrontacji literatury z rzeczywistością - jest niesłychanie zadowolony ilekroć spostrzeże coś, co widział wcześniej na obrazku w książeczce i podekscytowany informuje rodzinę o dokonanych odkryciach. Podkreśla przy tym, że wypatrzone rzeczy czy zwierzęta, w odróżnieniu od tych z książki, są prawdziwe. Jednym z takich odkryć był dostrzeżony przez Michasia przelatujący nad łąką bocian, jednak - co zdarza się nawet największym odkrywcom - mylnie sklasyfikowany. Z zapałem informował nieco zaskoczoną Babcię: - Dziobacz! Leci struś! Prawdziwy!








Samodzielnie zebrane poziomki. Dla Taty.


Ale po ciężkiej pracy w polu trzeba było pokrzepić się nazbieranymi poziomkami. Na szczęście jeszcze trochę dla Taty zostało, powinno wystarczyć.




sobota, 9 lipca 2011

Czym dożywia się Jaś, gdy rodzice nie patrzą

O tym, że dożywia się ślimakami na podwórku, już pisałam. O tym, że nie tak dawno tata znalazł w pieluszce 20 gr, które pokonało cały przewód pokarmowy, wstydziłam się napisać. Ale tak naprawdę, niekwestionowane przysmaki Jasia są trzy.

Miejsce trzecie: piasek. Ex aequo z drobnym żwirkiem i większymi kamieniami. Można chrupać w nieskończoność.

Miejsce drugie: szampony i mydła w płynie. Natychmiast po wsadzeniu do wanny, a wręcz już w locie, chciwe macki wyciągają się w kierunku tych smakołyków.

Miejsce pierwsze: Sudocrem. Zdaniem Jasia, Hipp powinien sprzedawać słoiki z deserkiem o smaku Sudocremu.

wtorek, 5 lipca 2011

Chciwe macki

Nie mogę powiedzieć, żeby przezwisko Chciwe Macki nadane Jasiowi przez rodzinę budziło moją pełną aprobatę. Brzmi trochę indiańsko, prawda? Ale, mimo że nie bardzo mi się to przezwisko podoba, muszę przyznać, że jest niezwykle trafne. Jasia rączki wyciągają się po wszystko, z niezwykłą determinacją i niespotykaną skutecznością, szczególnie jeśli chodzi o jedzenie. Starszy brat nie jest w stanie dojeść do końca żadnego jabłka czy ciastka, bo nagle niepostrzeżenie przechwytuje je chciwa macka i w ułamku sekundy rzecz ginie w całości w buzi Jasia. W całości, żeby nie dało się przechwycić jej z powrotem. Sprytne.
Chciwe macki bywają też czasem szczodrymi mackami. Ale kiedy już Jaś czymś obdarowuje to nie ma zmiłuj, trzeba przyjąć! I nie można po chwili odłożyć prezentu na stół, bo chłopiec z pewnością to zauważy i poda prezent jeszcze raz, albo nawet kilka razy. Do skutku! 





Ostatnimi czasy Michaś zagustował w nadużywaniu trybu przypuszczającego, wszystkie odpowiedzi na pytania poprzedza słowem chiba.
- Michałku, chcesz iść na plac zabaw? - pyta Tata, pozbawiony złudzeń w tym temacie.
Michaś, z uśmiechem od ucha do ucha, w pełnym galopie i już w połowie drogi wykrzykuje do nas: - Chiba tak!!!
Coraz częściej łapię się na tym, że sama zaczynam tak mówić, a ostatnio Babcia zwierzyła mi się, że u nich w domu chiba jest już na porządku dziennym.


Mamo, czy żelki są zdrowe? - spytał dziś rano Michaś.
Nie, nie są zdrowe.
Aha. Są chore.

sobota, 2 lipca 2011

Centrum Nauki Kopernik

Pogłoski o tym, że w dzień powszedni można do Kopernika wejść z marszu okazały się mocno przesadzone. Nie można. A przynajmniej nie w wakacje, chyba że jest się zorganizowaną grupą i posiada się rezerwację. W gigantycznej kolejce staliśmy trzy godziny, w tym godzinę na zewnątrz, w deszczu. Na szczęście czas w niej spędzony nam się nie dłużył, ponieważ Kopernik jest centrum nauki z prawdziwego zdarzenia, w którym wolontariusze z uśmiechem na twarzy demonstrują kolejkowiczom eksperymenty, jak słuchanie dźwięku sprężyny i przebijanie balonów wykałaczkami w taki sposób, żeby nie pękały. Uwagę najmłodszych przykuwał też stojący w hallu robot poruszający głową i rękami, migający światłami i do znudzenia powtarzający, że Kopernik była kobietą.
Głodni i spragnieni mogli nabyć w barze jaskrawoniebieskie, barwiące język napoje w pojemnikach przypominających fiolki do eksperymentów chemicznych oraz plastelinę do jedzenia.
Po wejściu do środka - kiedy już mi się udało oderwać Michałka od szafek z kluczykami w szatni, przy których mógłby spędzić wiele godzin i dla których już było warto stać w kolejce - naszym oczom ukazał się wielki plac zabaw w dyskretny sposób ukazujący prawa fizyki. Miejsce, w którym można znaleźć się w bańce mydlanej, włożyć rękę do tornada zmieniając kierunek jego wirowania lub podnieść samego siebie.
Michasiowi najbardziej przypadła do gustu machina z kolorowymi piłeczkami fruwającymi we wszystkich kierunkach. Trzeba było je potem zbierać z podłogi i wrzucać w najróżniejsze lejki, zapadki i szufladki.
Na drugim miejscu znalazły się drewniane segmenty, z których należało zbudować tor dla kulki w taki sposób, aby pokonała całą trasę bez zatrzymania.
Opłacone godziny za parkowanie już dawno minęły, a my wciąż z równym entuzjazmem przemierzaliśmy drogę od jednego eksponatu do drugiego i odnoszę wrażenie, że i tak połowy nie zobaczyliśmy. Ostatnie chwile spędziliśmy w  galerii Bzzz! przeznaczonej dla dzieci w wieku przedszkolnym.





 Nareszcie upragnione wejście, ale to dopiero jedna trzecia część kolejki.





 Wielka machina z piłeczkami - niekwestionowany numer jeden u Michasia. 



 trąba powietrzna, której można dotknąć



 Te niebieskie klocki to skrzydła, które można założyć na ręce i skierować pod strumień powietrza, aby przez chwilę poczuć się  jak ptak. Niestety moje ręce się nie zmieściły.

 wrzeciono toczące się pod górę zamiast w dół i bączek, którego prędkość wyświetla się na ekranie






uderzające o siebie płyty tektoniczne

Bilety są interaktywnymi kartami, na których na bieżąco można zapisywać wyniki przeprowadzanych przez siebie eksperymentów, a po przyjściu do domu ściągnąć na swój komputer ze specjalnie utworzonej strony internetowej. 

- Michałku, co ci się najbardziej podobało w Centrum Kopernik?
- Było sucho.
No tak, po niekończącym się moknięciu w kolejce, Kopernik musiał się dziecku jawić przede wszystkim jako suche i ciepłe miejsce.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...