poniedziałek, 30 maja 2011

Przyjęcie w ogrodzie i znikający goście

W sobotę byliśmy u przyjaciół na przyjęciu, którego akcja mimo lekkiego deszczu rozgrywała się w ogrodzie. Pani domu, oprócz wielu innych przydatnych umiejętności, posiada szczególny dar ustawiania mebli ogrodowych w najbardziej odpowiedni do sytuacji sposób. Tym razem wszyscy byli pod wrażeniem znakomitego ustawienia na werandzie stołu i krzeseł. Każdy mógł cieszyć się własnym wygodnym siedziskiem, swobodnym dostępem do potraw, bliskością - ale nie nadmierną - pozostałych gości oraz swobodnym przejściem, bez konieczności przeciskania się i deptania innym po nogach. Był tylko jeden   drobny mankament tego ustawiania, ale fakt że o nim wspominam świadczy wyłącznie o mojej nadmiernej drobiazgowości. Ów mankament był mianowicie taki, że co kilka chwil ktoś z gości nagle bezszelestnie znikał za okalającym werandę żywopłotem, razem z krzesłem. Niektórym udało się nawet wykręcić w powietrzu pełne salto! Ja niestety zatrzymałam się tylko w pozycji półleżącej na żywopłocie, ale za to z Jasiem na kolanach! Może przy następnej okazji mi się uda. O ile oczywiście rozstawienie mebli ogrodowych będzie równie sprzyjające.





czwartek, 26 maja 2011

Baleriny na Powiślu

Wczoraj trzy znajome dziewczyny z hukiem otworzyły sklep z butami. Już teraz uważam, że jest to jeden z fajniejszych sklepów na mapie Warszawy. Obłędne baleriny. I dla fanów obcasów (których nie brak wśród obu płci) też coś się znajdzie. Buty wykonane są z naturalnych materiałów i pochodzą z pewnej niewielkiej, włoskiej, rodzinnej manufaktury. Wczoraj chyba nikt nie wyszedł z pustymi rękami, a największe fashion victim taszczyły po kilka toreb w każdej ręce. 
W domu Michaś uznał, że baleriny to ewidentnie prezent dla niego. Ogromnie się ucieszył, chodził w nich przez cały wczorajszy wieczór i dzisiejszy poranek oraz porozwiązywał kokardki tak, że teraz nie potrafię ich z powrotem zawiązać.






środa, 25 maja 2011

Koparkę mam w szafie

Dzisiejszy wpis jest odpowiedzią na pewną blogową akcję, która stawia pytanie - co masz w szafie?
Moja szafa prezentuje się mało odważnie - połowę zajmują rzeczy w kolorze białym, głównie bluzki i koszule, ale są też sukienki i nawet kapelusz z szerokim rondem, w którym nie chodzę, bo nie lubię kapeluszy.
Poza tym beż, blady róż, trochę szarości i błękitów. Sporo kwiatowych wzorów, głównie na bluzkach i apaszkach. Prawie nie ma czarnego, chociaż w liceum był to mój ulubiony kolor. 
Przy tej okazji zauważyłam, że mam dużo za dużo sportowych bluzek w paski, które kupuję mechanicznie, chociaż nie są mi potrzebne. Za to ciągle brakuje mi skarpetek!
Drugie spostrzeżenie to fakt, że największym nieporządkiem dotknięte są obszary szafy, w których jeden na drugim leżą T-shirty. Przypuszczalnie dlatego, że przy wyciąganiu potrzebnego T-shirta spod spodu, cała reszta się kotłuje.
W mojej szafie znalazła się też duża żółta koparka i niewielki czerwony wóz strażacki, chociaż żółty i czerwony to zdecydowanie nie moje kolory. Jest też zakamuflowanych kilka klaserów ze znaczkami odziedziczonymi po dziadku i czekającymi aż chłopcy podrosną, ale czy dziś jeszcze ktokolwiek interesuje się takimi rzeczami?




poniedziałek, 23 maja 2011

U fryzjera

Pierwsza wizyta u fryzjera za nami. Przez pierwsze dwie minuty Michaś dzielnie siedział wyprostowany na fotelu, choć kategorycznie odmówił założenia peleryny. W trzeciej minucie chciał już dać nogę, ale zgodził się jeszcze trochę posiedzieć w zamian za pędzel do zamiatania włosów i cukierka, który jednak okazał się niedobry, bo podstępnie wypełniony nadzieniem z galaretki, wobec czego w całości został wypluty. 
Jednak na dłuższą metę siedzenie sztywno na fotelu okazało się zbyt nudne i większość czasu Michaś postanowił zwisać głową w dół przewieszony przez oparcie fotela przyglądając się z zainteresowaniem budowie za oknem pełnej koparek ("paparek") i wywrotek.
Obcinanie włosów nożyczkami dało się jakoś wytrzymać. Podobnie jak nieprzyjemne strzyżenie maszynką. Ale kiedy spokojnie dotąd baraszkujący na podłodze Jaś wyciągnął z wózka auta i na oczach starszego brata zaczął się nimi bawić, tego już było za wiele. Bo spokojnie siedzieć i patrzeć jak ktoś inny bawi się autami to jest zdecydowanie ponad siły Michasia!










wtorek, 17 maja 2011

Urodziny Jasia

Kilka dni temu Jaś skończył rok. Z tej okazji Michaś postanowił się poświęcić i przyjąć na siebie ciężką rolę osobistego pomocnika Jasia. Jego obowiązki polegały na przyjmowaniu w imieniu młodszego brata prezentów i bawienia się nimi oraz zdmuchiwanie świeczki na torcie. Nie raz, dużo razy! Dopóki Jaś nie wziął sprawy w swoje ręce i nie przegryzł świeczki na pół.
Tak jak zwierzęta w Wigilię Bożego Narodzenia zaczynają mówić, tak Jaś w wigilię swoich pierwszych urodzin zaczął chodzić. Jeszcze dość niepewnie, chybotliwie i niezbyt chętnie, ale z każdym dniem robi postępy i jest w stanie przejść trochę dalej.

niedziela, 15 maja 2011

Sobotnie spotkanie, kompres z galaretki i smutny klaun.

W sobotę spotkaliśmy się z Ewą i jej rodziną w pewnym miejscu w Konstancinie, gdzie obok stolików znajduje się plac zabaw dla dzieci, więc można przynajmniej spróbować porozmawiać, a jednocześnie mieć je na oku. Jednak plac zabaw okazał się nie do końca bezpieczny i chyba niewiele przesadzę jeśli nazwę to spotkanie dość krwawym, ponieważ co kilka chwil któreś dziecko przybiegało do nas z nową kontuzją, której doznało podczas zabawy, tak że ledwo nadążaliśmy z opatrywaniem ran i wycieraniem łez.
Zdaniem Młodszej Siostry najbardziej skutecznym lekarstwem na guza jest kompres z galaretki owocowej i lody. Boli może tak samo, ale za to ból staje się łatwiejszy do zniesienia.
Spotkaliśmy też klauna, który najwyraźniej pomylił imprezy - siedział sam smutny przy stoliku i żadne dzieci nie chciały się z nim bawić. Więc nasze dzieci postawiły sobie za cel trochę go rozerwać. Syn Ewy, żeby pomóc mu zwalczyć nudę, co i raz wtykał klaunowi do rąk puste papierki po cukierkach, siostry namówiły go do wspólnego puszczania baniek, a Michaś skłonił do długotrwałego rysowania kredkami, a kiedy klaun doszedł do wniosku, że ma już dość rysowania i próbował uciec, Michaś podążał za nim krok w krok, bo przecież nie mógł pozwolić, żeby pan z czerwonym nosem znów popadł w melancholię.
Jaś w tym czasie, zamiast swojego soku, próbował podpijać wodę z psiej miski, a następnie postanowił przetrząsnąć Ewy torebkę. 

































Nadeszła chwila, kiedy trzeba się ubrać i wyruszyć w podróż do domu na drugi koniec Polski.

piątek, 13 maja 2011

Tata musi wrócić tymi samymi drzwiami

Jak już wcześniej wspominałam, w pierwszy majowy weekend wiejski domek babci Joli przeżywał prawdziwe oblężenie. Pewnego popołudnia, raczej bliżej końca długiego weekendu, bo pogoda zdążyła się już popsuć, Michaś kątem oka dostrzegł plecy mężczyzny wychodzącego przez drzwi prowadzące na taras. Były to plecy dobrego przyjaciela babci Joli, ale Michaś nabrał mylnego przekonania, że to plecy taty. Natychmiast włączył mu się lęk separacyjny, który choć nadzwyczaj rzadko, ale jednak czasami daje jeszcze o sobie znać i Michaś zaczął biadolić oraz żądać natychmiastowego powrotu taty do domu. Ponieważ rzekomy tata nie wracał, Michaś postanowił zawrócić tatę własnymi rękami, a w najgorszym razie poczekać na niego na dworze, przedarł się więc przez kordon próbujących go powstrzymać babci i cioci, mimo zatrważająco niskiej temperatury i porywistego wiatru wybiegł na taras w koszulce z krótkim rękawem i w skarpetkach i sadowiąc się w stojącym tam fotelu dał do zrozumienia, że nigdzie indziej tylko właśnie tu będzie czekał na tatę, a co więcej - nie da się nikomu z tego fotela ruszyć, dopóki tata nie wróci. 
Na nic zdały się apele i przekonywania, że to nie był tata i że właściwy tata jest w domu. Nawet wyłonienie   się z domu zwabionego okrzykami prawdziwego taty nie było w stanie dziecka przekonać. Bo przecież Michaś dobrze widział, w którym kierunku oddalił się tata!

Tego samego dnia tylko przed południem wybraliśmy się na wycieczkę do Brodnicy. Zdjęcia zostały zrobione podczas tej wycieczki.





Podczas wspinaczki na wieżę zamkową.

środa, 11 maja 2011

Bezwzględna szczerość

Jeśli ktoś wyobraża sobie, że jest piękny i zadbany to przy Michasiu, który przechodzi właśnie etap bezwzględnej szczerości, może szybko pozbyć się złudzeń na swój temat.
Dziś rano, z inicjatywy Michasia, ćwiczyliśmy kolory tzn. Michaś pytał mnie jakiego coś jest koloru, a ja odpowiadałam. 
- Jakiego koloru są zęby mamy? - zapytał.
- Białe - odpowiedziałam naiwnie.
- Nie - kategorycznie zaprzeczyło dziecko - żółte.
A żeby mnie już zupełnie dobić, dodało słodkim głosem: - Jak kukurydza, wiesz?
Teraz nie mogę się pozbyć wizji siebie z żółtymi ziarenkami kukurydzy w miejsce zębów. 

Bezwzględna szczerość może dotknąć każdego, Michaś w najmniej oczekiwanym momencie potrafi np. powiedzieć gościom, żeby już sobie poszli do domu. Na nic wtedy nie zdają się protesty rodziców.


Michaś na swojej ukochanej żółtej poduszce, bez której nigdzie się nie rusza i którą nazywa kajutą.
Ahoj!

poniedziałek, 9 maja 2011

Farby

Jeśli o mnie chodzi, to jestem raczej przeciwna dawaniu małym dzieciom farb do malowania, ale mój mąż jest jak najbardziej za. Ma w zwyczaju kupować ogromne tuby farb do malowania rękami, tygodniami trzymać je przede mną w ukryciu, a gdy nadchodzi słoneczna niedziela, wyciągać je triumfalnie niczym królika z kapelusza i dawać dzieciom do zabawy.
Można potem obserwować, jak z każdą minutą mina mu rzednie, ale kiedy napotyka mój wzrok, udaje że bawi się równie dobrze jak dzieci. A dzieci bawiły się doskonale.
Michaś, wielki zwolennik czystych rąk, przeżywał dylemat - myć ręce, czy nimi malować. W końcu zdecydował się pójść na kompromis - malował, co parę minut biegł do łazienki szorować ręce, po czym wracał by natychmiast z powrotem zanurzyć je w farbie. 
Jaś, na szczęście, nie miał takich rozterek, zdecydowanie wolał malować, z tym że od kartek wolał swoje ubranie. Najwyraźniej uznał, że spodnie w nudnym zielonym kolorze można fajnie przemalować na niebiesko.

piątek, 6 maja 2011

Majówka

Kiedy wyjeżdżaliśmy na majówkę było tak gorąco, że na tarasie roztapiały się świecowe kredki, kiedy wracaliśmy - roztapiał się śnieg.
Wiejski, letni domek Babci pękał w szwach. Dużo dzieci i dużo śmiesznych pytań w rodzaju: - Tato, czy to prawda, że młodsze dzieci mają gęstszą ślinę?
Ci, którzy się nie zmieścili, ulokowali się w pobliskim ośrodku, gdzie prawdopodobnie od ponad dwudziestu lat nic się nie zmieniło. Małe domki nazywane przez optymistów bungalowami, a przez pesymistów barakami. Kawa rozpuszczalna w szklankach i talerze Społem. Obdrapane kajaki i rowery wodne, na które nie było chętnych ze względu na zimno i silny wiatr.






Każda wieś wygląda uroczo w popołudniowym słońcu przezierającym zza ciemnych, burzowych chmur. A jeśli towarzyszy temu strzelista wieża kościoła, to wyłania się obraz jak z namalowanej weduty.














Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...