piątek, 29 kwietnia 2011

Siedem mostów

Nie wiem jak jest obecnie, ale jeszcze do niedawna w Japonii wierzono, że jeśli w milczeniu przejdzie się przez siedem mostów, księżyc spełni pomyślane życzenie.
W tym tygodniu wykorzystaliśmy pierwszy ciepły wieczór i wybraliśmy się z Hubertem na wieczorny spacer przez mosty. Co prawda nie pomyśleliśmy życzenia, zresztą noc była bezksiężycowa, zamiast milczeć większość drogi przegadaliśmy, no i skończyło się na dwóch mostach, ale i tak wieczór był szczególny, jako że spacery bez dziecka w wózku lub na ręku należą u nas do rzadkości. 
A moje dżinsy i mokasyny, choć może mniej szykowne, są zdecydowanie wygodniejsze niż yukata i lakowane geta.











środa, 27 kwietnia 2011

Drzwi w drzazgach i zając zamiast baranka.

Wielka Sobota rozpoczęła się dla nas niefortunnie, bo od zatrzaśnięcia w łazience w konfiguracji Hubert i ja w środku, Michaś z Jasiem na zewnątrz. Podczas gdy ja kuliłam się gdzieś między wanną a umywalką walcząc z dziwnym uczuciem duszności, Hubert trzema kopniakami wyważył drzwi. Teraz mamy drzwi w drzazgach i umówione spotkanie ze stolarzem w kalendarzu.
Za to potem było już tylko lepiej, a gdy pojechaliśmy na Starówkę święcić jajka, zrobiło się wcale przyjemnie.
- Musisz skręcić w Długą - instruował mnie Hubert.
- Nie, w długą nie. W krótką - protestował Michaś.
W kościele Św. Jacka ksiądz długo i z namaszczeniem głosił, że najważniejszy w wielkanocnym koszyku jest baranek. Ja w tym czasie chowałam się za plecami wiernych, ponieważ w moim koszyku nie było baranka. Zamiast tego znalazł się w nim zając z czekolady, ale to najwyraźniej przez pomyłkę. 
W trakcie święcenia Dominikanin wyjmował różne potrawy z koszyków, żeby zobrazować ludziom, o czym opowiada. Zrobiło się spore zamieszanie, kiedy okazało się, że finalnie potrawy trafiły do zupełnie innych koszyków niż te, z których zostały wyjęte.








Na niedzielnym rodzinnym śniadaniu Michaś najwyraźniej celebrował już lany poniedziałek, gdyż całe ubranie oblał wodą z węża ogrodowego. Do końca dnia paradował w przewiązanej paskiem koszulce swojej cioci, w którym to przyodziewku nieodparcie przypominał Luka Skywalkera.


piątek, 22 kwietnia 2011

środa, 20 kwietnia 2011

Jeśli chodzi o ścisłość

Michaś oglądając reklamę ciastoliny głośno komentuje:
- Mamy to!
- Tak, mamy u dziadków - precyzuję.
Michaś, żeby rzecz jeszcze bardziej uściślić: - U dziadków i babciów!
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu forma "u dziadków" brzmiałaby jak najbardziej naturalnie, a odwiedzający nas znajomi wybieraliby się "do Hubertów". Dziś, na szczęście, nawet dwulatek czuje, że babcia jest nie mniej ważna niż dziadek, a może nawet ważniejsza :)

piątek, 15 kwietnia 2011

Niebo nad Muranowem

Wczoraj w nocy, po wyjściu z kina. Zdjęcia nawet w połowie nie oddają tego mrocznego klimatu.


wtorek, 12 kwietnia 2011

Mały lekoman

Minęły czasy, kiedy podanie choremu Michasiowi lekarstwa graniczyło z cudem. Jeszcze niespełna rok temu, na sam pomysł zaaplikowania mu czegokolwiek natychmiast dawał dyla, więc ganialiśmy za nim po całym domu z miarką-strzykawką wypełnioną pomarańczowym płynem, a kiedy już udało nam się go złapać i skłonić do otwarcia ust i tak większość klejącej się substancji lądowała na pościeli, fotelu, czy innym miejscu, w którym udało się Michałka zdybać.
Tamte czasy wydają się bardzo odległe, bo dziś nie ma dnia, żeby Michaś stanowczo nie domagał się dawki multiwitaminy, koniecznie z dokładką oraz dawki witaminy C w kroplach, najchętniej też z dokładką, a ostatnio, kiedy Jaś miał trzydniówkę, sceny zazdrości o Ibufen i wydzieranie tegoż specyfiku młodszemu bratu nie miały końca, przy czym łzy tryskały na wszystkie strony.
Upodobanie Michasia do przyjmowania lekarstw obejmuje również wpuszczanie soli morskiej do nosa połączone z czyszczeniem dziurek szpatułkami przynajmniej kilka razy dziennie. Ostatnio do tego wszystkiego doszło jeszcze nałogowe, graniczące wręcz z natręctwem, mycie rąk, ale tylko wtedy, gdy przyklei się do nich mikroskopijny paproch, bo gdy ręce są bardzo brudne, np. po zabawie w błocie, Michaś dla odmiany zwleka z ich umyciem najdłużej jak się da. Czyli wszystko jest w porządku.

Zdjęcia zostały zrobione pewnej wiosny, kiedy jeszcze nie prowadziłam bloga. A czcionkę podpatrzyłam kiedyś na blogu Ewy i bardzo mi się spodobała.





poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Deszcz

U nas dzisiaj pada deszcz. Dzieci się nie nudzą, dzieci śpią.
Rano Michaś objął mnie małymi rączkami i po raz pierwszy usłyszałam cichutkie: - Mamo, kocham cię.
Do tej pory pociągam nosem ze wzruszenia :)

czwartek, 7 kwietnia 2011

Fakir

Podobno istnieje coś takiego jak bunt dwulatka, który jednak może pojawić się już grubo zanim dziecko skończy dwa lata i który niepostrzeżenie przechodzi w bunt czterolatka i następne.
Michaś zawsze był mocno zbuntowany, ale gdy skończył dwa lata, bunt przybrał nowe ciekawe formy. Pojawiło się nałogowe zaprzeczanie oczywistym faktom (- To nie małpa George  - spiera się z narratorem), a skłonność do przekory nasiliła się. Podczas jazdy samochodem, kiedy zamierzam skręcić w lewo, uparcie nalega, żebym skręciła w prawo itp.
Chociaż dystanse pokonywane na własnych nogach mocno się wydłużyły, nadal preferowaną formą podróży jest bycie noszonym, w grę wchodzi również krótka przejażdżka wózkiem Jasia. Nie dalej jak kilka dni temu wybraliśmy się na spacer na Pole Mokotowskie. Tego dnia Michaś był wyjątkowo nieprzychylnie nastawiony do samodzielnego chodzenia, zaraz po przekroczeniu bramy osiedla zaczął robić przystanki i domagał się wzięcia na ręce, a droga powrotna to już był jeden wielki bunt. Ja jednak postanowiłam być twarda, przeczekałam wszystkie przestoje w marszu i teatralne padanie na ziemię wychodząc z założenia, że skoro po domu można biegać godzinami robiąc sobie jedynie przerwy na skakanie po łóżku, to można także przejść kilometr w plenerze.
Dopiero w domu, po zdjęciu dziecku butów zorientowałam się, że w tychże butach tkwiły nader liczne i całkiem pokaźne kamienie, zapewne pozostałość po zabawie w piaskownicy, która to zabawa miała miejsce przed spacerem. Michaś pokonał całą trasę niczym fakir na gwoździach, z tym że fakir ma lepiej bo tylko leży, a Michaś musiał chodzić.
Po dziś dzień targają mną z tego powodu wyrzuty sumienia. Teraz udajemy się głównie na krótkie spacery wokół domu połączone z rozpoznawaniem marek samochodów. Jakiś czas temu, Michaś zapytany czy też ma silnik, bez namysłu wskazał na swoje plecy.

środa, 6 kwietnia 2011

Miło dostać prezent bez okazji

Miło dostać prezent bez okazji, zwłaszcza jeżeli jest to płyta, której dawno chciało się posłuchać.
Z przyjemnością przyglądałam się srebrnemu krążkowi bez jednej ryski i postanowiłam, że tym razem będę o płytę dbać i nie pozwolę, żeby tygodniami walała się po samochodzie bez pudełka, z odciśniętymi śladami palców. Delikatnie ją odłożyłam i zanurkowałam za szafkę, żeby podłączyć wieżę do kontaktu. Trochę trwało zanim z tuzina splątanych kabli wyłuskałam ten właściwy, a kiedy się wynurzyłam, moim oczom ukazał się następujący widok: Michaś jeździł po srebrnej stronie płyty w kółko samochodem z uprzednio zdjętymi oponami, żłobiąc w niej głębokie rysy, Jaś tymczasem z zapałem żuł tekturowe opakowanie na płytę i był już w połowie.




wtorek, 5 kwietnia 2011

Plac łaław

Sobotnia wizyta na, jak mówi Michaś, placu łaław jest warta odnotowania, ponieważ po raz pierwszy Jaś nie przespał całego czasu w wózku, lecz dzielnie asystował starszemu bratu we wszystkich zabawach. No, może nie we wszystkich, bo Michaś uznał, że najlepszą zabawą jest wsypywanie innym dzieciom żwirku do kapturów.
Szczerze mówiąc nie przepadam za placami zabaw, często w ponury nastrój wprawia mnie obserwowanie szkoły życia, jaką przechodzą tam mali ludzie, ścieranie się altruizmu z egoizmem i dylematy w rodzaju dać się pobawić moimi zabawkami, czy nie dać. Sama nie pozwalam dopiero co poznanym ludziom bawić się moją torebką, ale rozumiem że u dzieci działa zasada wzajemności, więc raczej należy pozwalać.





Podczas pierwszego w życiu bujania się w huśtawko-majtkach Jaś po niespełna minucie już błogo spał. Dopiero za drugim razem potrafił w pełni docenić atrakcyjność tego wynalazku, z zadowoleniem odchylał się do tyłu jakby zaraz miał wystartować w konkursie tanga argentyńskiego.



Na zakończenie Michaś urządził piekielną awanturę, ponieważ nie w smak mu było opuszczać plac łaław. Jaś na szczęście zachował powściągliwą neutralność.

Zdjęcia zostały zrobione na placu zabaw przy ul. Browarnej.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

A jednak się kręci

W piątek Michaś z Jasiem złożyli tacie od dawna zapowiadaną wizytę w pracy. Michaś co prawda był już tam wcześniej, ale z poprzednich odwiedzin nie zapamiętał wiele, gdyż z chwilą przekroczenia progu budynku zapadł w kamienny sen i obudził się dopiero dobre pół godziny po wyjściu.
Inspiracją do tej wizyty stało się odnalezione w telefonie taty zdjęcie przedstawiające pejzaż rozpościerający się za oknem biura, a w szczególności zdobiące szczyt jednego z budynków obracające się logo Mercedesa. Ponieważ marki samochodów nie od dziś są konikiem Michasia, tak ostentacyjna manifestacja jednej z nich sprawiła, że luźno rzucona przeze mnie propozycja, aby złożyć tacie nieoczekiwaną gospodarską wizytę, wprawiła Michasia w niezwykłe podniecenie, o którym dobitnie świadczyły szalone podskoki i okrzyki "Hura! Hura!", które do tej pory się nie zdarzały.
Upragnione logo Michaś dostrzegł już w windzie i powitał przyśpieszonym monologiem. Na przemian dziwiąc się i parskając śmiechem wskazywał je palcem i dopytywał się rodziców "- Widzisz? -Widzisz? Wieeelkie!" Najwyraźniej dla Michasia sam koncept umieszczenia czegokolwiek związanego z motoryzacją na dachu wysokiego budynku wydawał się nieodparcie zabawny, bo przecież samochody jeżdżą po ulicach, na dole.
Natychmiast po wejściu do taty pokoju podbiegł do okna, aby upewnić się, że logo wciąż tam jest. Podekscytowany był do tego stopnia, że nawet na zadane przez jedną z koleżanek taty z pracy pytanie, czy ma na imię Michaś, zapomniał, jak to ma ostatnio w zwyczaju, kategorycznie zaprzeczyć.
Tymczasem młodszy brat, nie wykazując najmniejszych przejawów lęku wysokości, opierał się o szklaną ścianę na dwudziestym piątym piętrze, co dla większości osób z tatą włącznie stanowi dość ekstremalne przeżycie. Jaś okazał się nieocenionym gościem - dzięki swym małym gabarytom spenetrował wszystkie zakamarki gabinetu taty, co i rusz wynurzał się spod biurek, blatów czy szaf dzierżąc w dłoni lub częściej w buzi dawno zaginione markery i inne biurowe skarby, jak również kilka dokumentów, których tata bezskutecznie poszukiwał od co najmniej pół roku. Na koniec bez wahania dał nura do kosza na śmieci wyłaniając się triumfalnie z dwoma papierowymi kubkami po kawie.
W drodze powrotnej Michaś zaczął przejawiać lęk wysokości - ilekroć szklana winda ruszała szparko w dół szybu, zaciskał z całych sił wszystkie cztery kończyny wokół szyi taty, przez co można było odnieść wrażenie, że na grzecznościowe pozdrowienia wsiadających do windy pasażerów tata odpowiada zdawkowo i cokolwiek bełkotliwie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...