poniedziałek, 28 lutego 2011

Szalik

Skończył się czas śliniaka, a był to czas spokojny, kiedy panował porządek i kultura jedzenia. Teraz śliniak jest natychmiast przez Jasia zrywany i z niekłamanym obrzydzeniem rzucany na podłogę. Bo plącze się takie coś przy szyi.
Ja: - Jasiu, dlaczego zrzuciłeś ten...
Michaś usłużnie podpowiada: - Szalik!
Karta dostępowa taty to - zdaniem Michasia - również szalik.


Wczoraj odwiedziła chłopców Marysia, która właśnie wróciła z nart. Czułym powitaniom przejawiającym się głównie w ciągnięciu za uchwyt do karnetu narciarskiego, nie było końca!

czwartek, 24 lutego 2011

Poranny taniec elfów i rodzina na talerzu

Codziennie rano małe elfiki rozpoczynają swój rytualny taniec. Tradycyjny elfi układ choreograficzny wzbogacony jest o specyficzne dla każdego elfa kroki, w przypadku Michasia są to coupe jetś  wokół stołu połączone z ustawianiem na nim aut wszelkiej maści i zdejmowaniem tego co niepotrzebne, czyli wszystkiego, co autami nie jest. Jaś w tym czasie wykonuje błyskawiczne battement w kierunku doniczki z kwiatkiem często zakończone wysypywaniem ziemi, a następnie rond de jambe i szybkie czołganie ku zmywarce zwieńczone próbą wpełznięcia do środka. Na koniec oba elfy pełzną na wyścigi pod drzwi łazienki, za którymi tata poddaje się porannym ablucjom i tam już zostają, zakłócając nieco ojcowską lekturę w wannie uporczywym dobijaniem się do drzwi.

Michaś przechodzi etap dopatrywania się we wszystkim postaci z własnego życia, czyli mamy, taty i Jasia. Co ciekawe, siebie w tej wyliczance zazwyczaj pomija. W każdej bajce któraś z postaci musi być mamą, któraś tatą, a któraś Jasiem. Podobnie w albumie o zwierzętach - na ogół największe na stronie jest tatą, mniejsze mamą, a najmniejsze Jasiem. 
Nie ma cienia wątpliwości, że auta jeżdżące po stole to mama, tata i Jaś.  
Ale gdy kawałki kotleta na talerzu zostały ochrzczone mamą, tatą, i Jasiem, poczułam się trochę nieswojo.


Na zdjęciu w jednym z przedmiotów ukryte jest nazwisko naszej rodziny. Nie jest to "mandarynka", choć jeden z naszych przyjaciół zawsze przedstawia się w ten sposób zamawiając taksówkę. Pan Mandarynka :)

poniedziałek, 21 lutego 2011

Polski design i ostatnie zimowe kadry

Ponieważ wystawę w Muzeum Narodowym szeroko reklamowano w mediach, można było odnieść wrażenie, że większość eksponatów już wcześniej się gdzieś widziało, niewykluczone jednak że widziało się je już kiedyś we własnym domu, w domach rodziny i znajomych.
Sama kolekcja wzbudziła w nas mieszane uczucia: z jednej strony obudziła sentymenty - Hubert ocierał łzę, która pojawiła się w kąciku oka na widok chusteczki z ułanem, do której smarkał jak był mały, ja tymczasem zastanawiałam się, czy przywozić z działki fotele identyczne z wystawionymi, czy jeszcze poczekać. Z drugiej strony, dużą część eksponatów pamiętaliśmy z dzieciństwa jako niezbyt gustowne wyposażenie jeszcze mniej gustownych klitek w blokach z wielkiej płyty i trudno było przestawić się na myślenie o nich jako dziełach sztuki.
Wystawa pozostawiła we mnie poczucie niedosytu nie tyle pod względem jakości, co ilości zaprezentowanych dzieł, i nie tylko we mnie, bo co chwila ktoś pytał personelu, czy to już wszystko. Biorąc pod uwagę powszechną dostępność przedmiotów z tamtego okresu, z łatwością możnaby wypełnić nimi kilka sal, a nie jedną plus podest. Miejsca w Narodowym znalazłoby się dość, nie uwzględniając nawet pustki, która powstała na skutek wypożyczenia do Krakowa "Bitwy pod Grunwaldem".

Nie był to jedyny kontakt ze sztuką, jaki mieliśmy tamtego dnia. Odbierając chłopców od Dziadków, mogliśmy podziwiać piękny zielony fresk na ścianie, narysowany ręką Michasia. Pewnie będziemy jeszcze mieć okazję się nim pozachwycać, bo nie chciał się zmyć.







środa, 16 lutego 2011

Dwóch panów w aucie i niechęć do nowych ubrań

Gdy byłam mała, uwielbiałam nosić nowe sukienki przywiezione przez mamę z  Londynu.  Chyba tylko te sukienki i jakaś lalka Barbie od czasu do czasu rekompensowały mi te wyjazdy i pełną oczekiwania rozłąkę.
Michaś nie lubi nowych ubrań. Założenie nowej sztuki garderoby za każdym razem wiąże się z (umiarkowaną) przemocą. Do tej pory miało to także swoje dobre strony - kiedy pod moją nieobecność ktoś próbował ubrać Michasia w ubranie małego Jasia, a wbrew pozorom zdarzało się to nagminnie, Michaś protestował, wił się i nie dopuszczał do pomyłki. Teraz wystarczy, że powie "a to Jasia" i wszystko jasne :)

W niedzielę między wystawą kur ozdobnych, która nie zrobiła na dziecku żadnego wrażenia, a westernem Coenów  znaleźliśmy chwilę na kawę i ciastko w kawiarni z dobrze znanym samochodem. A potem było wielkie rozczarowanie, bo nie pojechaliśmy do myjni. 


wtorek, 15 lutego 2011

Wielki błękit

Niestety takie miejsca na naszym kontynencie są zbyt wielką atrakcją turystyczną, żeby mogły pozostać malowniczo puste. Trochę to smutne - ale nawet ten wrak został specjalnie przywieziony i udrapowany w zatoczce w celu przyciągnięcia jeszcze większej ilości turystów. Żeby zrobić ujęcie bez ludzi, wyruszyłam tuż po wschodzie słońca, przejechałam rozklekotaną taksówką chyba milion serpentyn i dostałam monstrualnej choroby lokomocyjnej, ale było warto.
Chciałabym pomieszkać kiedyś przez rok na tej wyspie, na zachodnim brzegu, gdzie nie ma piaszczystych plaż, ani hoteli, a żeby zanurzyć się w morzu trzeba przejechać wiele kilometrów albo zejść po specjalnie wykutych w skale schodkach (te są rzadkością). Ale za to codziennie można pić poranną kawę przy stoliku na tarasie z podobnym widokiem.





Zdjęcie zostało zrobione telefonem komórkowym, aparat który ze sobą zabrałam nie był w stanie objąć całego widoku. Ten krajobraz jest jednak łaskawy dla fotografujących, nie ma żadnych wymagań sprzętowych i na każdym zdjęciu wygląda równie zachwycająco.




W tę podróż wyruszyliśmy z zaczynającym naukę chodzenia Michasiem, a wracaliśmy już z Jasiem :)
W samolocie lecącym do Polski usłyszałam rozmowę, w której pewna Polka mówiła mężowi, że cieszy się z powrotu do Polski, bo wreszcie będzie mogła zjeść prawdziwą sałatkę grecką.

poniedziałek, 14 lutego 2011

Szachy. Dzień włóczenia się po mieście.

W sobotę chłopców odwiedziły Marysia z koleżanką i przywiozły szachy. Okazuje się, że nawet gdy nie zna się zasad i przesuwa figury na chybił trafił, gra może sprawiać ogromną przyjemność.
Michaś asystował dziewczynom nie tylko w szachach, ale absolutnie we wszystkim i niczym narrator komentował ich wszelkie poczynania. A Jaś przez długą chwilę stał w swoim łóżeczku i zapominając o codziennej porcji wrzasków łypał okiem na to, co działo się w pokoju.
Chyba na tym polega sekret rodzin wielodzietnych - młodsze dzieci zafascynowane starszymi bawią się same, a rodzice mogą się w tym czasie poprzytulać :)

A potem Hubert przeczuwając, że ten spokój może nie trwać wiecznie i że spędzenie całego dnia z czwórką dzieci to może być dla mnie zbyt wiele, wspaniałomyślnie dał mi wolne.






Nie pamiętam, kiedy ostatnio spędziłam cały dzień z przyjaciółką na włóczeniu się po mieście. Po galeriach i kawiarniach. Dawno!
Poszłyśmy na targi rękodzieła. Potem zjadłyśmy lunch na Chłodnej 25, z deserem i kawą z sercem z pianki. Obejrzałyśmy zdjęcia Amerykanina w Warszawie. Bardzo, bardzo smutne zdjęcia.
Nie fotografowałam, bo tym razem byłam uczestnikiem wydarzeń, a nie obserwatorem. Tylko jedno zdjęcie, kiedy nocą wracałyśmy do domu.

piątek, 11 lutego 2011

Szelmowskie miny

Dzisiejszy wpis jest trochę dla Dziadków, żeby zamiast jakiejś tam rdzy zobaczyli wreszcie trochę wnuków :)

Wczoraj wieczorem postanowiliśmy powyciągać z wiklinowej skrzyni zabawki, którymi dawno się nie bawiliśmy, między innymi piłkę do nogi (Michaś). Kątem oka zauważyłam, że rzucona przez Michasia piłka niebezpiecznie zmierza w kierunku Jasia i za chwilę spadnie mu na głowę. W mgnieniu oka rzuciłam się przez pół pokoju, z kontrolowanym poślizgiem dopadłam Jasia i złapałam groźny obiekt  dosłownie w ostatniej chwili, kiedy już niemalże muskał mu czuprynę. Hubert śmiał się, że powinnam stanąć na bramce w kadrze Polski, z pewnością wyłapałabym wszystkie piłki, gdybym tylko miała za sobą Jasia.



Te dwa jasiowe zęby  odsłonięte w uśmiechu to nie wszystko, na górze jest jeszcze trzeci, a czwarty właśnie się wyrzyna.

szelmowskie miny
 

Ostatnie zdjęcie jest moje ulubione, pełne czułości i opiekuńczości wobec młodszego brata. Taką minę z przygryzieniem wargi Michaś robi tylko, kiedy pokłada się na swojej ukochanej żółtej poduszce i przed snem, kiedy przytula się do rodziców.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Trochę turkusu i mnóstwo rdzy

W dalszym ciągu największą pasją Michasia są auta. Modele jeżdżą po stole przez cały dzień z przerwą na posiłki i po parapecie w sypialni, bez żadnych przerw, a ostatnim hitem są albumy z samochodowymi naklejkami. Z reguły nie dajemy za wygraną, dopóki nie przykleimy wszystkich i jestem pod wrażeniem, z jaką precyzją Michaś je wkleja, z dokładnością co do milimetra. Jeśli jest chociaż trochę krzywo, każe mi odklejać. 
Wcale się nie dziwię temu zamiłowaniu, też uwielbiałam naklejki. Album Panda ze zwierzętami zajmował na mojej półce poczesne miejsce i byłam skłonna przejść wiele podwórek, żeby się powymieniać.
W weekend, żeby zrobić przyjemność Michasiowi i dziadkowi Michałowi, wybraliśmy się do Muzeum Motoryzacji. Jak widać na zdjęciach, większości eksponowanych tam aut przydałaby się odrobina Zadoluksu w sztyfcie z kulką i dużo dużo szczęścia, bo rdza zżerała nawet ściany i okoliczne drzewa.
Podczas powrotu z wycieczki Michaś zapytany, czy lubi auta odparł kategorycznie, że nie, a dziadek - drugi główny zainteresowany - oświadczył, że nic nie widział. 
Ja tam nie zgłaszałam zastrzeżeń, lubię taki malowniczy rozpad.



Jak widać nawet armaty mogą być w ludzkim kolorze. Ciekawa jestem tylko, w jakich okolicznościach ten turkus mógł być uznany za barwę maskującą. Chyba podczas desantu na Zakynthos, kiedy w tle miał migoczącą wodę Morza Jońskiego. Delie, nie widziałaś go?







wtorek, 1 lutego 2011

Apuka i ptasie mleczko na śniadanie.

Nareszcie nadszedł ten moment, kiedy Michaś zaczyna powtarzać raz usłyszane wyrazy i pojawia się ich kilka dziennie. Na ogół nazywa rzeczy po imieniu, czasem tylko mówi niewyraźnie.
Z dwoma wyjątkami.
Pierwszy, to autobus, który tak konsekwentnie nazywał apuką, że cała rodzina zaczęła tak mówić i teraz Michaś myśli, że to jest oficjalna nazwa. Mam coraz większe wyrzuty sumienia, że wprowadzam dziecko w błąd. Zwracam się więc z apelem do Rady Języka Polskiego o usankcjonowanie apuki, bo przecież apuka brzmi ładniej!
Drugi wyraz to okyś, co znaczy tak. Michaś wie, że tak to tak i zaraz po powiedzeniu okyś poprawia się na tak, ale okyś jest silniejsze od niego, instynktowne. To jest odruch.

Ponieważ spędzamy razem mnóstwo czasu, zazwyczaj nie mam problemów ze zrozumieniem swojego dziecka, ale - co nieuniknione - czasem dochodzi do nieporozumień. Na przykład wczoraj na śniadanie Michaś zarządał mleka, ale kiedy je dostał, nie chciał pić i zaczął się denerwować. Po krótkim dochodzeniu okazało się, że miał na myśli ptasie mleczko. No tak! Też bym się zdenerwowała!


Zdjęcie przedstawia sytuację, która - mam nadzieję - będzie miała miejsce, gdy chłopcy pójdą spać. O ile uda mi się zsynchronizować ich drzemki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...