czwartek, 1 grudnia 2011

Fish spa

Niemal równie mocno, jak Tata o tunice, starsza siostra chłopców marzyła o skorzystaniu z fish spa. Wątek ten powracał ustawicznie, gdy tylko zbliżyliśmy się na mniej niż 37 km do jakiegokolwiek obszaru zabudowanego, nawet jeżeli wszystko wskazywało na to, że ostatni mieszkańcy opuścili je wraz ze schyłkiem cywilizacji minojskiej.

Tata początkowo pomysł podchwycił, jednak jego zapał stopniowo słabł. Ostatecznie, aby wybrnąć jakoś z sytuacji, przedstawił dzieciom dość pokrętny wywód, z którego wynikało - na ile udało mi się zorientować - że zmuszanie małych rybek, aby dzień w dzień, od rana do nocy (z przerwą na sjestę) obgryzały ludzkie stopy zanurzane w pozbawionym jakichkolwiek wygód akwarium, jest praktyką ze wszech miar podejrzaną moralnie. Ponieważ dzieci najwyraźniej nie zinternalizowały jeszcze odnośnej normy moralnej i przemowę tę puściły mimo uszu, tacie nie pozostało nic innego jak oznajmić, że oto dotychczasowe podejrzenia zmieniły się właśnie w niezachwianą pewność. Ujmując rzecz zwięźle - z fish spa nici.




Nie zostało to dobrze odebrane. Sytuacja taty, w świetle etycznych aspektów działalności na styku kosmetyki i akwarystyki, stała się nie do pozazdroszczenia.

Niczym tonący brzytwy, tata chwycił się więc koncepcji dobrowolnego i w pełni ekologicznego fish spa. Otóż, jak twierdził, gdy podczas swego pierwszego pobytu na Krecie, zanurzył nogi w płytkim oczku wodnym ukrytym wśród nabrzeżnych skałek, od razu rzuciła się na nie cała ławica ryb oraz drobnych skorupiaków, które, mogłoby się zdawać, lata całe czekały na taką gratkę. Reasumując, oto salomonowe wyjście - humanitarna, ekologiczna, zabawna i darmowa alternatywa dla rybich sweat shopów.

Jak się można było spodziewać, ta prostoduszna koncepcja spotkała się z przyjęciem równie entuzjastycznym, jak np. pomysł, aby siostra chłopców zamiast grać na konsoli, zmierzyła się z tatą w grze w kółko i krzyżyk. Ewentualnie, aby zamiast (nielegalnie) śledzić losy, hmmm... nastoletnich wampirów, zagłębiła się w prozie Elizy Orzeszkowej.

Jednak po fazie dąsów i oporów, ciekawość przeważyła i wszyscy, z Jasiem włącznie, zażyliśmy chwil odprężenia w naturalnym fish spa, gdzie niczym w - zdałoby się, utopijnej - wizji Taty, wolna fauna morska swobodnie decydować mogła czy i na jakich warunkach będzie kończyny nasze obgryzać. Ryb co prawda nie było, ale już po chwili na mojej stopie urzędowało w najlepsze kilka przeźroczystych, wąsatych krewetek, łaskocząc mnie bez litości.

Obfitość mieszkańców tych przybrzeżnych sadzawek zainspirowała nas do nocnych obserwacji. Dzieci wypatrzyły zamieszkałą tam malutką murenkę, Michaś zaś bez cienia obaw dotknął palcem żywego kraba, co było wyrazem niespotykanej u niego brawury.




Wracając z ostatniej już wieczornej wyprawy, poświęconej obserwowaniu fauny morskiej zamieszkującej labirynty przybrzeżnych skałek oraz zawziętemu i nieustannemu wykłócaniu się o przywilej dzierżenia latarki (Marysia z Michałem - każdy niby miał swoją, ale najwyraźniej punktowane było jedynie ściskanie latarki odebranej tacie i świecenie nią w najmniej uzasadnionym w danych okolicznościach kierunku, najlepiej rywalowi w oczy), Michaś niechcący wraził Hubertowi okazały bambusowy kij prosto w lewe oko. Morze egejskie, wyspa, oko, kij - hmmm... może faktycznie dzieci traktują mity zbyt dosłownie...
Na szczęście, skończyło się na obrażeniach powierzchownych, acz rozległych. Już następnego dnia, okolice ojczystego oka rozkwitły istną tęczą barw, co w zestawieniu z licznymi zadrapaniami i opuchlizną dawało spektakularny efekt, jako żywo przywodzący na myśl sławione pieśnią "ciemne spelunki, gdzie życie podłe wre". Koniec końców, grupka rezydentów hotelu (z fizjonomii stadionowi chuligani; ewentualne wątpliwości rozwiewały liczne i okazałe tatuaże manifestujące ich przywiązanie do barw klubowych i etosu plemiennego wojownika),  już od śniadania obserwujących tatę ze źle skrywaną zazdrością, nie wytrzymała i zaczęła dopytywać się, gdzież to w okolicy odbywają się tak udane barowe bójki. Wyjaśnili, że już od połowy turnusu wprost umierają z nudów, okoliczna gastronomia nie oferuje tego rodzaju rozrywek, zaś bywalcy hotelowego klubiku - tak z racji wieku (średnio ok. 75 lat) jak i narodowości (Francuzi) nie wykazują ani krzty entuzjazmu, zainteresowania czy choćby zrozumienia dla podobnych inicjatyw. Na nic się zdały przemyślne prowokacje, nawet tak drastyczne jak ostentacyjne i uporczywe oszukiwanie przy grze w remika, faule taktyczne w czasie partyjki bouli czy też pałaszowanie fasolki w czasie, gdy odwieczni (i wiekowi) rywale z drugiej strony kanału intonowali Marsyliankę, jak to czynili co wieczór w porze kolacji.




3 komentarze:

  1. przedostatnie zdjęcie - niesamowite:) można dotknąć chmur:)
    fajna historia, no może za wyjątkiem przypadku z okiem:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Małgosiu, ja się po prostu ZAKOCHAŁAM w Twojej prozie!
    Jesteś NIE-sa-MO-wi-TA!
    A zdjęcia?
    Aż mi trudno uwierzyć, że wykonała je taka skromna istotka jak Ty!!!!!
    Brak słów.
    Iwona K.

    OdpowiedzUsuń
  3. Delie, moi chłopcy wyjątkowo upodobali sobie cios w oko. Kilka razy, po takim bardziej udanym uderzeniu, bałam się podnieść powiekę, żeby nie okazało się, że utraciłam wzrok bezpowrotnie. Ale najwyraźniej oko to wyjątkowo odporny narząd :)

    Iwonka, dziękuję, bardzo mi miło. Trochę się zarumieniłam :)
    A zdjęcia zachodów słońca to dozwolona przed Świętami szczypta kiczu :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...