piątek, 21 października 2011

O tym jak Jaś zmienił bieg historii

Wycieczka do Chanii początkowo nie leżała w naszych planach, ponieważ uznaliśmy że Chania leży zbyt daleko od miejsca, w którym zatrzymaliśmy się na Krecie. Ale po kilku bliższych wypadach uznaliśmy, że damy radę. Poza tym pogoda była wybitnie nie plażowa, a nadciągające ciemne burzowe chmury groziły deszczem. Pod hotelem czekał wypożyczony samochód i aż się prosiło, żeby gdzieś nim pojechać. 
Pierwsze kroki w Chanii skierowaliśmy do Muzeum Morskiego, w którym Hubert najchętniej spędziłby cały dzień, a może i całe wakacje. Jeśli zastanawialiście się kiedyś, kto kupuje te wszystkie gazety opisujące z detalami budowę okrętów i bitwy morskie to macie odpowiedź. W gazetach tych można znaleźć np.  fotografie opisane jako "Generał Zaruski po wyslipowaniu", przy czym, ku mojemu zaskoczeniu, nie sportretowano na nich wcale generała wyciągniętego z galowej bielizny z lampasami, tylko wyciągnięty na brzeg jacht noszący jego imię.
Jaś także bawił się w muzeum wybornie. Kiedy wydawało mu się, że nikt nie patrzy, zmienił bieg historii przepinając pinezki na wielkiej planszy przedstawiającej przebieg bitwy o Kretę w 1941 roku. Turyści, którzy odwiedzili tę salę chwilę później, opuścili muzeum w przeświadczeniu, iż alianci odnieśli druzgocące zwycięstwo w tym starciu.

Obłoczki unoszące się nad latarnią morską w Chanii wyglądały jak wyjęte z ilustracji do książki z bajkami. 


Ja tymczasem robiłam zdjęcia, z okien muzeum roztaczał się bowiem wspaniały widok na wenecki port.



Z zaciekawieniem spoglądałam też przez celownik torpedowy skierowany na wenecki fort, w którym to celowniku można było dowolnie zmieniać przeróżne filtry. Większość z tych filtrów jest dostępna jest również do aparatu. 








W hali targowej można było nacieszyć wzrok mnogością regionalnych specjałów, sąsiadujących w równych proporcjach z kosmopolityczną, dalekowschodnią tandetą. I nie ma żadnego dobrego wytłumaczenia na to, dlaczego właśnie tam nie kupiłam prezentów, tylko jak zwykle czekałam z tym do ostatniego dnia! 





Zainspirowany obserwacjami życia toczącego się w knajpkach zorientowanych zdecydowanie na klientelę miejscową Hubert połakomił się na talerz ślimaków, co wywołało głośno i dobitnie artykułowane obrzydzenie starszych dzieci, nieposkromioną ciekawość Jasia (który, jak już pisałam, przecierał ten szlak próbując swego czasu spożywać nieszczęsne mięczaki żywcem) oraz moją zgrozę. Po siódmym mina mu wyraźnie zrzedła, tym bardziej, że na talerzu czekały cierpliwie już tylko 63 kolejne. Podsumował potem tę kulinarną szarżę  nonszalanckim "nie polecam", dopiero po jakimś czasie niechętnie przyznając, że ten lokalny przysmak zajął wysoką trzecią lokatę na liście paskudztw wszech czasów, plasując się tuż za, ehmmm, gonadami jeżowca i gotowanym perzem, którymi również onegdaj uraczył się właśnie na Krecie.  





8 komentarzy:

  1. Wspomnienia wracają. Byłam, widziałam.
    Nie zachęciliście mnie do ślimaków...

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak byłam młodsza, chętnie experymentowałam kulinarnie. Ślimaki, małże i inne cuda...a teraz jakoś nie mogę :)
    Chodziłyśmy tymi samymi szlakami. Tylko pogoda była inna.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Aga, ja raz w życiu jadłam ślimaki, ale pływały w tak pysznym sosie, że nawet mi smakowały, pod warunkiem, że nie myślałam o tym, co jem :)

    Magda, niebo było niesamowite, zdjęcia nawet w połowie tego nie oddają.

    Paula, ja sama rzadko tak ekstremalnie eksperymentuję, ale często próbuję "przysmaków", które zamawia mój mąż. Do nielicznych wyjątków należała zamówiona przeze mnie w Marrakeszu zupa, w której pływały kozie głowy :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Historia z pinezkami niesamowita a tych slimakow to bym chyba osobiscie tez nie zjadla... :-)

    Milego weekendu. M

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudowne zdjęcia, z miejsc odwiedzonych na Krecie Chania podobała nam się chyba najbardziej... Twoje zdjęcia pokazują to miasto zupełnie inaczej, niż ja je zapamiętałam, przede wszystkim to dramatyczne niebo i chmury zupełnie zmieniają klimat! Hala targowa zapadła mi w pamięć głównie ze względu na szalone ilości kotów polujących na stoiskach rybnych, też oczywiście nie kupiłam tam prezentów i też żałowałam:)

    OdpowiedzUsuń
  6. zdjęcia są po prostu przepiękne, poczułam się , oglądają je, jakbym sama tam była.
    śliczny blog, pozdrawiam i zapraszam też do mnie
    www.antek-artystycznie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. O rany, dawno nie zaglądałam. A tu letnie relacje w środku jesieni.
    O Jasiu w końcu podręczniki napiszą. W końcu ktoś powiedział prawdę o aliantach :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...