niedziela, 31 października 2010

Pikujący jastrząb. Zoo. Gdzie jest bapa?

Jest już regułą, że kiedy się przytulamy natychmiast przybiega Michaszek i z impetem spada nam na głowy. Niczym jastrząb pikujący na kury, które nie zdążyły się rozpierzchnąć. Nie wolno się przytulać. A już z całą pewnością nie wolno się przytulać bez Michaszka.

Dziś wybraliśmy się do zoo oglądać małpy (bapy). I pingwiny. W zoo co i raz padało pytanie "a gdzie jest bapa?". To samo pytanie padło jeszcze kilka razy wyjściu z zoo. I jeszcze raz w łóżku, tuż przed zaśnięciem. 






bliźniaczki?









nie obyło się bez rzutów na ziemię, na znak protestu przeciwko opuszczeniu placu zabaw




piątek, 29 października 2010

Ulubione chwyty Jasia

Za włosy, kogo tylko się da.


I dziadka za okulary.

środa, 27 października 2010

Do czego naprawdę służy kopa. Łazienki.

Dopiero dwa tygodnie temu Michaś zaczął mówić "mama", ale za to jak już zaczął, tak powtarza to bez przerwy. Kiedy ma powód, np. czegoś chce i bez powodu, ot tak, żeby sobie i mnie udowodnić że potrafi. Długo czekałam, aż wreszcie się doczekałam i było to dla mnie niesamowicie wzruszające.
Kiedy usypiamy go wieczorem, a Michaś życzy sobie być usypianym przez co najmniej dwie osoby naraz, w przeciwnym razie to drugie jest głośno, do skutku nawoływane, no więc kiedy usypiamy go wieczorem, lubi pokazywać nas palcem, uśmiechać się i informować z zadowoleniem "tata, mama".
Pojawiły się też pierwsze zdania. Oprócz klasycznego "a co to?" powtarzanego milion razy dziennie, często w odniesieniu do jednej i tej samej rzeczy, regularnie pyta "gdzie jest tata?", "gdzie jest mama?" i o oglądanych w książkach samochodach "a gdzie on jest?". W dużej mierze są to pytania retoryczne gdyż zadaje je także będąc samemu w pokoju. Notorycznie też filozoficznie pyta sam siebie "co to, auto?" i sam sobie odpowiada "nie, to nie auto".

Żeby nie zapomnieć, odnotowuję w tym miejscu michasiowy słownik. Moja babcia, która opiekowała się mną gdy byłam mała nie zapisywała i jedyne co teraz pamięta, ale za to często i chętnie przytacza to to, że na psa wołałam ybi.

dziecięca wanienka - kopa (od kąpać)
Kopa to obok żółtej poduszki w kratkę ulubiony rekwizyt Michasia. Często mości się w niej na poduszkach i z podkulonymi nogami w bardzo niewygodnej pozycji zasypia. A już z całą pewnością nie pozwala się w niej kąpać Jasiowi, choć takie jest - zdaniem omylnych rodziców - przeznaczenie tego przedmiotu.

trójkąt - koto
Bardzo długo jedynymi figurami geometrycznymi, które Michaś potrafił nazwać były kółko i gwiazdka ("gwiaka"), teraz dołączył "koto", czasem udaje się nawet wyartykułować coś w rodzaju "kąto".

karetka pogotowia, wóz strażacki - łała
Bo kiedy jadą na sygnale robią łałałałał.

koniec - kosio
autobus - apuka
małpa - bapa
jajko - łako (ale coraz częściej udaje się powiedzieć jajko)
żaba - baba

Zdjęcia były robione w zeszłym tygodniu w Łazienkach, dokąd wybraliśmy się z dziadkami na spacer. Dziecku chyba rozwinęła się pamięć długotrwała, bo chociaż dawno w Łazienkach nie byliśmy, doskonale pamiętał, w którym miejscu są sprzedawane gofry.








wtorek, 26 października 2010

Smakołyki

W tym tygodniu testowaliśmy kolejne smakołyki z Batidy. Niektórzy szesnastoma zębami, w tym czterema zupełnie nowymi (tak, pojawiły się wreszcie trójki). Michaś był zachwycony, ja trochę mniej. Chociaż wyglądały bardzo apetycznie, muszę przyznać, że smakowo mnie rozczarowały, bo niestety nie był to makaronikowy parnas.





niedziela, 24 października 2010

Dobranoc

Potrzeba bycia zabawianym

Oprócz spania i karmienia pojawiła się u Jasia nowa potrzeba - potrzeba bycia zabawianym. Na szczęście większą część tej roboty wykonuje za mnie Michaś, który bawiąc się tuż pod nosem młodszego brata budzi jego olbrzymie zainteresowanie. A i rozbawić potrafi dużo lepiej. 
Dzisiaj Michaś jak zwykle sam wdrapał się do wysokiego krzesełka z Ikei i - już nie jak zwykle, bo po raz pierwszy - samodzielnie zjadł łyżeczką jogurt. Zajęło mu to mniej więcej tyle czasu, ile dorosłemu człowiekowi zajęłoby zjedzenie sześciopaku jogurtu i skoszenie trawnika, ale przynajmniej udało się nic, albo niewiele, rozchlapać.
Jaś w tym czasie leżał obok, wpatrywał się w brata i dosłownie pękał ze śmiechu. Zwijał się z uciechy i prawie konał porażony jakością żartu. Ja niestety nie jestem w stanie wspiąć się na takie humorystyczne wyżyny i prawdopodobnie nigdy nie zrozumiem co jest śmiesznego w jedzeniu jogurtu.


Doskonałym obrazem tego, jak w ciągu ostatnich kilku lat zmienił się mój światopogląd jest to, że teraz gdy wybieram się na zakupy nie pożądam już nowych butów, czy torby, ale marzę o tym, żeby dokupić więcej klocków. Żebym mogła układać fajniejsze zoo.


Odkryłam, że Jaś staje się spokojny pod wpływem monotonnego buczenia depilatora. Jednak trudno cokolwiek wydepilować kiedy małe rączki bezustannie szarpią kabel, a bezzębne dziąsła próbują go przegryźć.

poniedziałek, 18 października 2010

Walka z czarnymi charakterami

Nie tak dawno przyłapałam Michasia na walce z czarnymi charakterami z kreskówki. Starcie polegało na waleniu z całej siły plastikowym młotkiem w telewizor. Potyczka była zacięta, szala zwycięstwa przechylała się to na jedną, to na drugą stronę, a i zabawa była przy tym przednia, bo na ciekłokrystalicznym ekranie co i raz pojawiały się wesołe tęczowe okręgi. 


śniadanie Michasia:

trzy frankfurterki
herbatka
jogurt

moje śniadanie:
kawa
skóra z trzech frankfurterek


drugie śniadanie Michasia:
banan

moje drugie śniadanie:
dobrze, że nie skórka od banana





sobotni prezent, który dostałam bez okazji

W sobotę w naszym domu bawiła się czwórka dzieci i dwa chomiki. Wspólnie zbudowaliśmy z klocków labirynt dla gryzoni. Wyjście z niego zajęło chomikowi-kobiecie jakieś 10 sekund, chomik-mężczyzna potrzebował na to dodatkowych dziesięciu minut.

czwartek, 14 października 2010

Barwy sponsora

Michaś jest jeszcze w takim wieku, że mogę go ubrać we wszystko i on się na to godzi. Poczucie obciachu jest mu jeszcze obce, ale powoli to się zmienia i chłopak zaczyna mieć własne preferencje. Na przykład zauważyłam tendencję do przedkładania starych i lubianych ubrań, choćby poplamionych i dziurawych, nad nowe. Dotyczy to szczególnie nakryć głowy i butów. Wytłumaczenie, że przyniesione przez uśmiechniętego Michasia mokasyny przestały wchodzić na tę coraz większą stópkę już trzy sezony temu bywa trudne, a wręcz niemożliwe. Albo że odbarwiony, wiatrem podszyty kapelusz nie nadaje się na jesienne przymrozki.
Ostatnio Michaś zaskakuje mnie upodobaniem do niebieskich skarpetek i kategorycznym postanowieniem, że będzie nosił te i tylko te, choćby brudne. Żadne próby łagodnej perswazji nie wchodzą w grę. Czyżby został nową twarzą Dinoco?
Poza tym istnieje jedna kategoria rzeczy, których Michaś za nic, za żadne skarby świata, żadną siłą nie założy. Są to ubrania z nadrukowanymi postaciami z filmu Auta. Tak, mamy kilka takich. Ciekawe, skąd bierze się to michasiowe nastawienie. Jedna z teorii jest taka - postacie z Aut są przez niego ubóstwiane i otaczane kultem niemal religijnym. Tak jak żaden Chrześcijanin nie nosi skarpetko-butów z nadrukiem Chrystusa, tak Michaś nie chce nosić garderoby z podobizną Zygzaka McQueena. Przez szacunek dla ulubionej postaci.
A może trochę się ich boi i myśli, że one mogą nagle ruszyć z piskiem opon?

Zdjęcia z wczorajszego spaceru po Polu Mokotowskim


środa, 13 października 2010

Interakcje

Dawałam Michasiowi pić kiedy nagle zamarł i z zapartym tchem począł się czemuś przyglądać. Podążyłam za jego wzrokiem i ujrzałam Jasia usiłującego dosięgnąć rączkami ukochane Michasiowe plastikowe młotki, będące jednakże odrobinę, ale jednak poza jego zasięgiem.
Michaś, już zupełnie niezainteresowany pojeniem, popędził w kierunku Jasia. Aha - pomyślałam - zaczyna się wojna o zabawki. Już miałam na końcu języka przemówienie na temat obowiązku dzielenia się, kiedy zobaczyłam, że Michaś podnosi swoje ulubione młotki i wkłada Jasiowi do rączek, po jednym do każdej. Po czym z uśmiechem wraca do picia.
Młodszy brat nie mógł sobie poradzić, więc trzeba było ruszyć mu z pomocą! 

czwartek, 7 października 2010

Pierwsza degustacja

Od kilku dni Jaś degustuje marchewkę z odrobiną kaszki. Mniej więcej tak to wygląda. Kiedy widzi zbliżającą się łyżkę czasem zapomina otworzyć usta i próbuje wciągać zawartość łyżki nosem. Na ogół jednak otwiera buzię, zwija język w trąbkę i usiłuje przyssać się do łyżki. Połowa z tego co znika w otworze gębowym chwilę później ścieka po brodzie. Ale szybko się uczy i apetyt ma dobry. Gdyby mógł, zjadłby dużo więcej. Bo sam jest duży (70 centymetrów, dziewięćdziesiąty centyl).


wtorek, 5 października 2010

Chrzest

Nie zaspaliśmy, nie zabałaganiliśmy w domu i nie utknęliśmy w korkach. Dziwne. Co dziwniejsze, udało się również zebrać wszystkich Chrzestnych - a jest ich całe mnóstwo - wraz ze wszystkimi wymaganymi dokumentami, których jest nawet więcej niż Chrzestnych. Ale nie obyło się bez drobnych wpadek - jedna z Matek Chrzestnych dojechała dosłownie w ostatnim momencie, a część rodziny znalazła się w innym kościele i dopiero kiedy w tymże kościele zaczęli się zbierać kombatanci z wieńcami, zaświtało im, że chyba wieńce nie są tradycyjnym podarunkiem z okazji Chrztu.
Jeszcze długo potem próbowali wszystkich przekonywać, że to ich trójka była we właściwym kościele Sióstr Wizytek, a wszyscy inni pobłądzili.
Małą konsternację wzbudziła prośba księdza, abyśmy wszyscy podeszli do prezbiterium, bowiem nikt nie był do końca pewien, gdzie właściwie owo prezbiterium się znajduje. Wszyscy mieli jakieś własne koncepcje na ten temat i każdy był p r a- w i e pewny, ale nie na tyle, żeby ruszyć pierwszy i narzucić wszystkim swoje światłe przewodnictwo. W końcu ksiądz prowadzący mszę został zmuszony wskazać kilkukrotnie palcem dokładne miejsce i wtedy ja się przełamałam i ruszyłam. Chociaż wciąż czułam się bardzo niepewnie wchodząc na ołtarz. Szczególnie, że ksiądz sprawiał bardzo groźne wrażenie - nieustannie sztorcował swoich pomocników (ile mi tu tej wody nalaliście, co ja mam z nią teraz zrobić? Myślicie, że ile dzieci będzie chrzczonych, setka?). Poza tym wciąż beształ tych biedaków za opieszałość.
I faktycznie wody w chrzcielnym dzbanie okazało się za dużo. Nie wiem, czy jednym z elementów ceremonii Chrztu Świętego jest wylanie na dziecięce głowy c a ł e j wody z tego naczynia, faktem jest jednak, że ksiądz podszedł do sprawy poważnie i urządził Michałowi Janowi i Janowi Franciszkowi prawdziwy prysznic. To się dzieciom nie spodobało. O ile to w ogóle możliwe, na ołtarzu pojawiło się jeszcze więcej wody, bo do wody z dzbana dołączyła fontanna dziecięcych łez. A szpilki to nie są najlepsze buty do biegania po kałużach. Brakowało tylko Arki Noego.



Matka Chrzestna Michasia


Ojciec Chrzestny Jasia

Ręka Ojca Chrzestnego Michasia




Dwie Matki Chrzestne i ja



Pochrzcielny obiad u Kucharzy wypadł nienajgorzej. Największą niespodziankę sprawiła mi moja mama, która po pokonaniu pierwszej nieśmiałości usiadła do stojącego odłogiem fortepianu (pianistka miała akurat przerwę na kawę) i zagrała kilka kawałków. Po chwili dołączyła do niej ciotka Elżbieta, poetka z Miami, ze swoim niskim wibrującym głosem.


Na nieszczęście Jaś odmówił wypicia mleka z przygotowanej dla niego butelki, więc musiałam go nakarmić metodą naturalną. Problem w tym, że miałam na sobie sukienkę zupełnie nieprzystosowaną do takich operacji i żeby nakarmić, musiałam ją całkiem zdjąć. Znalazłam sobie ustronne miejsce, zaszyłam się tam z Jasiem, zdjęcie sukienki z dzieckiem na rękach też - o dziwo - poszło gładko, problemy zaczęły się kiedy po nakarmieniu próbowałam się z powrotem ubrać. Wtedy kompletnie się w tę sukienkę zaplątałam. Najpierw zamiast we właściwy otwór, wsunęłam rękę w boczną dziurę z suwakiem. Po dłuższej szamotaninie, gdy już udało mi się wyplątać, założyć sukienkę w sposób bardziej tradycyjny i z ulgą zerknąć w lustro, żeby ewentualnie strzepnąć z ramienia jakiś pyłek i nadać sobie dostojny wyraz twarzy, właśnie wtedy z niemałym bólem zauważyłam, że co prawda ręce tkwią w przeznaczonych ku temu otworach, ale sukienka założona jest tył na przód. Więc musiałam ją zdjąć i założyć jeszcze raz. Co, ma się rozumieć, jeszcze bardziej zniecierpliwiło i tak już mocno zniecierpliwionego Jasia.



Torty z Batidy zdobywają  u mnie niekwestionowaną palmę pierwszeństwa wśród tortów z warszawskich cukierni. Do tej pory na każde urodziny zamawiałam czekoladowo-wiśniowy tort w mało znanej żoliborskiej cukierni Elsner, ale czekoladowo-pomarańczowy i malinowy z Batidy dosłownie rozpływają się w ustach.
Niestety zapomniałam zabrać ostatni kawałek tortu, który został zapakowany na wynos. Co za rozczarowanie! Życiowa porażka!


A wieczorem, podczas kąpieli Michał po raz pierwszy w życiu sam umył sobie głowę. Najpierw polał włosy wodą, a następnie dokładnie wyszorował szamponem. Najwyraźniej pochodzenie i skład bakteriologiczny wody święconej wzbudziły jego wątpliwości.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...