poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Zdaniem Jasia

Jaś jest już poważnym, siedmiokilogramowym mężczyzną, który na wiele tematów ma własne zdanie. Na przykład, że lepiej jest w pionie niż w poziomie. Albo, że przyjemniej jest być w tym pokoju, gdzie są wszyscy, niż w tym, gdzie jest tylko Jaś. Potrafi też zawalczyć o to, żeby własne zdanie przeforsować. Miną. Albo pomrukiem niezadowolenia. Rzadko płaczem. Z reguły Jaś, gdy tylko złapie z kimś kontakt wzrokowy, przybiera tak słodziacką minę, że i tak wszystko jest po jasiowemu. Nawet przy jedzeniu ciągle się uśmiecha, co znacznie utrudnia karmienie.
Potrafi też już silnie ściskać małą piąstką. Z reguły mamę, żeby mu nie uciekła. Preferowany jest chwyt za włosy, albo za łańcuszek.


Na zdjęciu Jaś sygnalizuje miną, że przyjemniej jest na rękach niż w wózku. Bo w wózku widoczność jest nie najlepsza. Zbliża się pora na spacerówkę.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Jesiennie

Przy teatralnych zdziwieniach pozostając, wspomnę o jeszcze jednym żarcie.

Michała intrygują wszelkie przedmioty na kiju: grabie, szczotki, laski, parasole itp. W domu na Mazurach o  piątej rano widok dziecka przechadzającego się ze szczotką do zamiatania dwukrotnie przekraczającą jego rozmiary nie był niczym niezwykłym. Zapewne chłopak wychodził z założenia, że wakacje wakacjami, ale pozamiatane musi być.
W przedpokoju stały dziadkowe kije do nordic walking. Michał przechodził obok nich kilka razy dziennie, a kije ani drgnęły, tylko bezczelnie kusiły. Za każdym razem kiedy je mijał, robił szelmowską minę i widać było, że obmyśla jakiś spektakularny żart na koniec sezonu.
W końcu, dzień przed wyjazdem, zakradł się na paluszkach do babci od tyłu i pacnął kijaszkiem przez grzbiet. Kiedy zdezorientowana babcia się odwróciła, Michaś udając zdziwienie zrobił niewinną minę i zapytał cieniutkim głosikiem: "kto to?".

A zdjęcia już zdecydowanie jesienne.

środa, 25 sierpnia 2010

Jabłko

Idzie jesień, na drzewach dojrzewają jabłka, wieczory coraz dłuższe, więc można poeksperymentować kulinarnie.

Najlepszy sposób na zjedzenie jabłka:

1. wziąć od rodzicow 1/4 jabłka, obranego ze skórki, z wykrojonym środkiem;

2. udawać, że jabłko to auto, robić brum brum i jeździć nim po całym stole w ogrodzie, aż zrobi się czarne;

3. zjeść ze smakiem.

Smacznego!

wtorek, 24 sierpnia 2010

Kołauto. Trzeci.

Ostatnio do ulubionych zajęć Michasia należy celowe zrzucanie samochodzików na podłogę, a następnie przybieranie zaskoczonego wyrazu twarzy, teatralne dziwienie się, że spadły i biadolenie: "o nieeee!". Do tej samej kategorii zachowań można zaliczyć odkręcanie samochodowych kółek, udawanie, że odpadły same i uskarżanie się niezmiennie tymi samymi słowami: "o nieee... kołauto". Kołauto to skrót od koło auta.

Inną często praktykowaną zabawą jest wspinanie się na stół. Wspinanie się nigdy nie jest żadnym problemem, problemem może być czasem schodzenie ze stołu. Pół biedy, jeśli po opuszczeniu się, nogi znajdują oparcie, np. na krześle. Gorzej jeśli takiego podparcia nie ma. Wtedy Michał zwisa, drze się wniebogłosy i czeka aż nadejdzie pomoc z zewnątrz.

Trzy oznacza tyle co wiele. Jeśli czegoś jest więcej niż jeden, to jest tego trzy. A dokładnie csy.
Każdy kolejny przedmiot jest trzeci, np. kiedy ulicą jadą samochody Michał komentuje: "trzecie auto".


Yyyy?


Przed chwilą obcięłam Michałowi grzywkę. Nie chciałam przesadzić, ale wyszło za krótko! A zawsze śmiałam się z tych, którzy obcinają dzieciom grzywkę na zapas! O nieeee!

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Latawiec

Olga i Adam przywieźli prezenty. Było dużo uciechy, bo i prezentów było dużo - od szparagów począwszy, na zestawie łuczniczym na podczerwień i latawcu skończywszy.
Adaś jak dziecko zapalił się do puszczania latawca. Bladym świtem wybiegł z nim na drogę, biegał do utraty tchu w tę i z powrotem, to zbierał sznurek, to popuszczał, ale latawiec jakoś nie chciał się wzbić. Na ratunek przyszła mu Olga, która zalotnie i od niechcenia rzuciła na chybił trafił: "może spróbuj poluzować tę linkę?". I zadziałało! Latawiec wzniósł się tak wspaniale, że Adam pojechał do Węgorzewa po kolejne trzy latawce.
Wszystkie cztery przywiązaliśmy do pomostu i łopotały dumnie przez cały dzień. A kiedy po południu ustał wiatr, latawce jak na komendę spadły w krzaki i się poplątały.


Niezbyt gustowny kapelusz przywieziony w zeszłym roku z Zakynthos okazał się bardzo fotogeniczny. Kapelusz, laska pasterska oraz białe giezłeczko zostały kupione na znak protestu przeciw pracy biurowej i sztywnego dress codu, a zarazem na znak aprobaty wiejskiego życia i pracy greckiego pasterza.

W odbiciu okularów widać drogę, na której Olga i Adam puszczają latawca.







Pomost nad Mamrami. Łódka.

Do wynajętego domu dołączony był w pakiecie pomost i niebieska łódka. Hubert i Adam pływali łódką w sposób tradycyjny - tyłem do kierunku pływania. Dopiero Babcia Iza odkryła, że przecież można płynąć przodem. Tak jest dużo wygodniej, bo widać dokąd się płynie i nie zbacza się w trzciny. A nierozsądni mężczyźni zawsze utrudniają sobie życie i wszystko robią na opak.
Odkrycie Babci Izy najprawdopodobniej zrewolucjonizuje transport wodny i postawi pod znakiem zapytania zasadność dotychczasowego podejścia do żeglugi.

Michaś nie chciał pływać łódką, wolał od świtu do nocy siedzieć w aucie. Wymuszał branie na ręce, a następnie stanowczym tonem popartym gestem oznajmiał: "tam!". Co zrozumiałe, kierunek był tylko jeden - auto.
Równie wielkiej radości dostarczało mu tylko przeszkadzanie w grze w piłkarzyki. Przeszkadzanie odbywało się na dwa sposoby, z których pierwszym było przytrzymywanie z całej siły drążków, do których przytwierdzone były piłkarzyki lub kręcenie nimi młynków, a drugim - wjeżdżanie samochodzikami na boisko. Jedno i drugie wywoływało niemałe zamieszanie na murawie i wprowadzało do gry element nieprzewidywalności.







środa, 4 sierpnia 2010

Pod osłoną nieba. Essaouira.

Podróż z przyjaciółką. Obie jechałyśmy po to, żeby znaleźć się daleko i zapomnieć o pewnych sprawach. I chyba nam się udało.

Maroko, bo tam toczy się akcja moich ulubionych filmów. Pod osłoną nieba. I Piano baru.

Zdjęcia są z epoki, kiedy nie wiedziałam nawet co to znaczy lustrzanka. Robione zwykłym kieszonkowym kompaktem, który w typowy dla siebie sposób kupiłam, bo mi się spodobał, a nie dlatego, że robił dobre zdjęcia. A zdjęcia robił fatalne.

Największe wrażenie zrobił na mnie Marrakesz, miasto z klimatem, jakiego próżno by szukać gdziekolwiek w Europie. Czerwona glina, unoszące się dymy i niepokojący dźwięk bębnów, jak gdyby trwała tam nieustanna rewolucja. Zapach egzotycznych przypraw. Gorąco. Magowie i zaklinacze węży na ulicach. I jakieś niebezpieczeństwo wiszące w powietrzu. To jedyne miasto, jakie znam, gdzie można kupić od ręki sztuczną szczękę bez brania miary i dziwaczne składniki eliksirów, jak suszone nietoperze. I zjeść zupę z kozich głów z wielkiego kotła.
Z całą pewnością chcę tam kiedyś wrócić. Może z dziećmi, jak podrosną?
Zresztą mam tam przynajmniej jedne niezrobione zakupy - lampa, babusze (niekoniecznie te w logo Louis Vuitton) i garnek to tagin.

Największe rozczarowanie to Casablanka. Jedyne brzydkie miasto, jakie spotkałam w Maroku. Rozczarowała mnie na tyle, że nie zrobiłam w niej żadnego zdjęcia.
No, prawie żadnego.


Essaouira. Niebieskie miasto. Czasem gdy oglądam polskie miasta i miasteczka, szczególnie z okien pociągu, żałuję że nie został tu wprowadzony odgórnie jakiś ład architektoniczny. Na przykład ogólnie obowiązująca kolorystyka. Z drugiej strony brak narzuconego ładu to wolność dla ludzi i ich własnego poczucia estetyki. Coś za coś.








To już ostatni wpis przed wyjazdem na wakacje. Trochę na pocieszenie, bo ze względu na dużą liczbę małych dzieci w tym roku jedziemy na Mazury. Popływać.

wtorek, 3 sierpnia 2010

Ponczo


Dziś rano Michał wkroczył do dużego pokoju z szelmowskim uśmiechem, w osobliwym ponczu okalającym szyję i ramiona.
Duma biła nie tylko z twarzy, ale z każdego kawałka dziecka.
Zupełnie nowe ponczo uformowane było z moich spodni od piżamy triumfalnie wyciągniętych spod poduszki. Głowa wystawała z jednej nogawki, a druga nogawka została malowniczo udrapowana wokół szyi.
A później do założenia poncza został zmuszony również tata.
O nie!

Michał nauczył się mówić "o nie!". Podobno - ale to chyba niemożliwe? - nauczył się tego ode mnie. Teraz chodzi i biadoli: "o nieeee!".



Na zdjęciu niestety bez poncza. Ponczo poszło do prania.

Rodzinny portret w sepii

W niedzielę na obiedzie u dziadków Michał spotkał się ze swoim starszym o dwa miesiące kuzynem ze Szwecji. Jeśli mamy być wierni faktom, to Michał nie jest kuzynem, a wujkiem chłopca. Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że Hubert jest jego stryjecznym dziadkiem, a co za tym idzie - ja jestem stryjeczną babką. Szkoda, że nie ma mnie na żadnym zdjęciu, bo nie trzeba by postarzać.
Chłopcy szybko znaleźli wspólny język, rozumieli się bez słów, chociaż zdawało mi się, że Michał gaworzył nawet bardziej po szwedzku niż po polsku.

Do sepii bardziej pasuje ramka wyglądająca jak przycięta nożyczkami w ozdobne ząbki, ale nie mogłam nigdzie znaleźć takiej, która objęłaby wszystkie zdjęcia naraz, a nie chciało mi się bawić w pojedyncze obrabianie.


Wielokrotnie zastanawialam się, dlaczego w programach graficznych do postarzania zdjęć są plamy po kawie i byłam zdania, że takie plamy raczej szpecą zdjęcie niż dają dobry efekt. Dopóki nie otworzyłam u dziadków szuflady wypchanej starymi zdjęciami i nie zobaczyłam, że nie ma w nim ani jednego, które nie byłoby poplamione kawą!

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Jak rodzi się poczucie humoru

Kilka dni temu Michaś jakimś cudem włożył drewniany klocek do swojego zabawkowego autobusu (apuki). Nie wiem, jak mu się to udało, bo klocek był mniej więcej dwa razy większy niż drzwi autobusu, ale jednak.
Najwyraźniej klocek dojechał do swojego przystanku i chciał wysiąść, bo Michałek próbował go wyciągnąć, ale w drugą stronę już nie było tak łatwo. Więc poprosił mnie o pomoc.
Żeby wyjąć klocek, zaczęłam potrząsać autobusem.
Tak sobie potrząsam, bez żadnego pozytywnego efektu zresztą, aż tu nagle z kanapy, ze strony Jasia, dobiegają mnie ni to gulgoty, ni to czkawka. Patrzę, wsłuchuję się i uszom nie wierzę, bo to co słyszę to regularny rechot. Uśmiechy już nie tylko kącikami ust w odpowiedzi na moje uśmiechy, tylko prawdziwe, sytuacyjne poczucie humoru. Salwy śmiechu. Gejzery radości. Donośne chichotanie.
Potrząsanie autobusem go tak rozśmieszyło. Okazuje się, że potrząsanie jest prześmieszne. Od tej pory potrząsamy przed Jasiem czym popadnie, ale największą aprobatę i natychmiastowe uśmiechy wywołuje potrząsanie żółtą żyrafką.






Dopiero teraz, kiedy jest skala porównawcza, widać jakie te stópki są małe.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Bily Konicek. Dwie fontanny. Kkkkk.

Przed spacerem pokrzepialiśmy się kawą i jagodowym musikiem w Bilym Konicku, kawiarni w budynku Muzeum Etnograficznego, gdzie kubki i bar zdobią ludowe wycinanki, papierowe lampy o nieregularnych kształtach dają przytulne światło i można miło obłożyć się albumami i książkami. Prowansalskie wnętrza i domy w Normandii wyszły z nami.

Do muzeum przyjechaliśmy autokiem, z którego wysiedli tatak, mamak i Adak.  Bo teraz przechodzimy fazę umiłowania litery k. Wymawianej samodzielnie jako "k" i w dłuższych sekwencjach "kkkkkkkk". A także na końcu wyrazów zakończonych na samogłoski. Marysia już dawno została przez Michała nazwaną Adą, więc teraz, zgodnie z nową formułą, jest Adak.
No i przez cały dzień musiałam odpowiadać na pytanie "a co tok?"








Znad stolika wystawały takie małe nogi.





Bieg dookoła fontanny to sama radość. W ogóle w każdej wodzie dobrze jest się wymoczyć, kiedy np. coś się rozleje przy śniadaniu, należy to rozsmarować po całym stole.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...