poniedziałek, 26 lipca 2010

Kazimierz

W sobotę zabrałam Huberta i dzieci na wycieczkę niespodziankę do Kazimierza Dolnego. Spakowaliśmy się na dwa dni i dopiero w drodze powiedziałam dokąd jedziemy.


Michaś był zachwycony, gdyż okazało się, że w Kazimierzu jest masa rzeczy do zwiedzania. Co krok to parking z autami. A do tego wał wzdłuż Wisły, którym prowadziła malownicza ścieżka otoczony był murkiem o idealnej wysokości do popychania po nim samochodu. Dzięki temu Michałek szedł na własnych nogach i jeszcze nadawał tempo! A ludzie, którzy akurat przysiedli na murku musieli ustępować miejsca, bo auto jedzie!

Mieliśmy nadzieję, że wreszcie spróbujemy gęsiego pipka, ale mimo iż gęsi pipek w karcie figurował, nie był dostępny. Szkoda.
Michał szybko zjadł swoją porcję, a raczej szybko odmówił jedzenia i w czasie kiedy my jeszcze dojadaliśmy, zdążył wyfroterować schody swoją białą koszulą i jasnymi spodniami. Kelnerki cieszyły się, że na koniec dnia będą miały mniej sprzątania.













Krótki słownik Michasia:
autobus - apuka
drzwi - gwiak
o cholera! - siek!
ojej, niedobrze! - ojjjjś!
I jeszcze jedno - Michał odtajnił kolejny, jedenasty ząb. Górną prawą czwórkę. A trójek jak nie było, tak nie ma.

czwartek, 22 lipca 2010

Dyplomata

Kiedy auta jeżdżą, nikt ani nic nie może stanąć na ich drodze. Michaś jest strażnikiem porządku drogowego i dba o to, żeby droga była pusta. Z gorliwością strażnika Teksasu. Albo większą. Przedmioty są brutalnie usuwane z toru jazdy, najczęściej ze stołu, a rodzice przepychani w inne miejsce. Bo auto jedzie.
Jednak co zrobić kiedy na torze jazdy auta (dookoła piaskownicy) stoi istota obca, w dodatku starsza i płci żeńskiej? Michałek długo się zastanawiał. Na twarzy widać było zniecierpliwienie połączone z irytacją, ale także respekt dla wieku i płci. Wahanie. Zamachnięcie się łopatką i rezygnacja w ostatniej chwili.
I w końcu decyzja.
Michaś pocałował dziewczynkę. W policzek. I ona zeszła z toru jazdy!
Dyplomata.


Zdjęcie przedstawia ulubione auto Michasia - białego Fiata 500. Sam sobie go wybrał w sklepie, zdjął z półki pełnej najróżniejszych samochodów i już nie chciał wypuścić. Nawet śpi ściskając go w garści.



powyżej okulary Huberta, poniżej rower niani

poniedziałek, 19 lipca 2010

Nieporęt. Tam gdzie zachodzi słońce.

W sobotę pojechaliśmy na wycieczkę z Leosiem i jego rodzicami. Kąpiel była. I lenistwo było. Niestety nie przyłączyliśmy się do ogólnego trendu grillowania. Zamiast tego przyjaciele zawieźli nas do uroczej restauracji z widokiem na wspaniały zachód słońca. Właściwie słońce zachodziło tam przez całe popołudnie, wieczór i kawałek nocy. Podejrzewam, że ono tam zachodzi nawet rano.
I plaża była czysta i piaszczysta. Nikt nie grillował i sztucznych palm nie było. Najwyraźniej takie miejsca zdarzają się także w Nieporęcie.











Przepis na udaną kolację

Aby zjeść dobrą kolację u dziadków należy wygodnie usiąść przy stole, na dorosłym krześle. Ewentualnie można stać i się chybotać. Od kanapek znacznie lepiej smakuje samo masło, powinno się wyjadać je palcami prosto z maselniczki. Między jednym kęsem, a drugim tymi samymi palcami można smarować po obrusie, a także chwytać mamę i babcię za ubranie, one to lubią. Kiedy znudzimy się masłem, dobrze jest rozłożyć na stole plasterki kiełbasy i udawać, że to podstawki do szklanek. Ponieważ nikt nie chce stawiać szklanek na takich eleganckich podstawkach, trzeba wszystkie podstawki zrzucić na podłogę.
Jedząc arbuza wypada koniecznie się skrzywić i wypluć na podłogę. Potem podnieść wypluty kawałek i zjeść ze smakiem. Kolejny kawałek również wypluć, a następnie zjeść z podłogi.





środa, 14 lipca 2010

Droga nad jezioro

Wygląda tak. Najpierw idzie się między polami, a potem lasem. Od dwudziestu pięciu lat nad to samo jezioro. Nie na wakacje, bo wakacje lubię spędzać w nowych miejscach, ale jako alternatywa dla Warszawy.
Gdy szliśmy nad jezioro, słońce jeszcze stało wysoko. Kiedy wracaliśmy, już zachodziło i atakowały nas komary, które w tym roku - pewnie w związku z powodzią - są zmorą spędzania czasu nad wodą. Atakują też w domu, pokoje wyglądają jak w niesprzątanym hotelu robotniczym - zabite komary posępnie zwisają ze ścian i z sufitu. Codziennie przed zaśnięciem ganiałam je z gazetą i musiałam mieć przy tym komiczną minę, bo kiedy w skupieniu nasłuchiwałam brzęczenia komarzych skrzydełek, Michał na mój widok wybuchał gromkim śmiechem. Był pewien, że zapraszam go do zabawy w robienie śmiesznych min.






wtorek, 13 lipca 2010

Ludzka grzechotka

W Pokrzydowie, jak co roku, było mnóstwo warzyw i owoców z przydomowego ogródka. Jednak Michaś postanowił jeść wyłącznie czereśnie. Z namaszczeniem odrywał od nich szypułki, pakował do buzi po dwie, po trzy, a następnie wypluwał pestkę. Gdzieś tak co drugą. Jestem pewna, że gdyby po takiej uczcie Michałkiem potrząsnąć, to by grzechotał.

Wyjątek pomiędzy jednym kilogramem czereśni, a drugim zrobił wyłącznie dla loda, którego zabrał babci. Zamiast lizać, wysysał go, jak butelkę z mlekiem.

Na efekty takiej diety nie trzeba było długo czekać. I szlaban na czereśnie do końca wyjazdu.







poniedziałek, 12 lipca 2010

Samochodowy Houdini

Ten tydzień spędziłam z chłopcami na wsi. Jechałam z duszą na ramieniu i faktycznie było ciężko, bo Jaś zaczynał płakać w miejscach, w których akurat nie mogłam się zatrzymać, a Michaś czterokrotnie wyplątywał się z fotelika.
Moja mama twierdzi, że w czasach, kiedy ja byłam mała, foteliki nie były rozpowszechnione i woziła mnie niczym nie przypiętą na tylnym siedzeniu. Nie mogę uwierzyć, że pozwoliła na to, żebym jej się tak bezładnie telepała!







niedziela, 11 lipca 2010

Ręce, które leczą

Michaś wie, że w stosunku do Jasia musi być bardzo delikatny. Jednak nie do końca ufa swoim rękom, które nawet bez udziału Michasia potrafią niszczyć różne przedmioty, np. drzeć książki.
Michaś często staje nad Jasiem i chce go czule pogłaskać po głowie, ale przypomniawszy sobie o niesubordynacji swoich górnych kończyn zatrzymuje je wpół drogi i niczym jakiś młodociany Kaszpirowski zamiera na dobrą chwilę w pozycji proroka.
Lubi też dawać Jasiowi buziaki. Właściwie Michasiowe buziaki zarezerwowane są tylko dla Jasia. Jednak nie do końca ufa także swoim ustom, często więc, jak uszminkowana ciocia na imieninach, cmoka tylko powietrze dookoła jasiowej głowy. Z każdej takiej buziaczkowej sesji Jaś ledwo uchodzi z życiem.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...