czwartek, 29 kwietnia 2010

Ostatnie prace ogrodowe

Podobno kiedyś arystokratki gdy chciały szybciej urodzić, wieszały firanki. Ja zastosowałam mniej pałacową wersję i zamiast wieszania firanek postanowiłam pogrzebać w ziemi i pół dnia spędziłam na sadzeniu róż, lawendy i czegoś, co wygląda jak wrzosiec, ale rzekomo wrzoścem nie jest, bo po pierwsze wrzoście o tej porze roku nie kwitną, a po drugie nie mają iglastych gałązek.
Jednak nie urodziłam.
A potem zadzwoniła ciocia Danka z wiadomością, że szpital na Karowej przeżywa oblężenie, osiem pacjentek leży na korytarzu i w związku z tym, żebym jeszcze się z tym porodem wstrzymała.
No to się wstrzymuję. Chociaż nikt, a najbardziej Hubert, nie może uwierzyć, że nie mam absolutnie żadnego wpływu, na to, kiedy "to" nastąpi.




środa, 28 kwietnia 2010

Slapstick

Hubert jest duży i wysoki, nic więc dziwnego, że od czasu do czasu obija się o różne przedmioty. Kiedy dziś tradycyjnie uderzył głową w lampę, nagle gdzieś z dołu, z łóżka, spomiędzy poduszek i kołder, rozległy się dzikie i niepohamowane salwy śmiechu. Następnie przez cały wieczór tata był zmuszany do walenia głową w lampę. Teraz już nie mamy najmniejszych wątpliwości, jak Michasia rozśmieszyć.



Pojawił się kolejny - siódmy już - ząb, dolna prawa dwójka. Pojawił się też pierwszy pieprzyk, na razie mikroskopijny. Na brzuchu.

I jeszcze słowo o postępach w mówieniu. Po powrocie z pracy Hubert wszedł przez ogródek i zapukał do nas w szybę. Powiedziałam do Michasia - zobacz, kto to? Michał spojrzał we wskazanym przeze mnie kierunku i bez wahania odparł nienaganną polszczyzną: - okno!

A każdy poranek zaczyna się od wyrecytowania jednym tchem wszystkich znanych i ulubionych wyrazów - gwiazdka! kółko! auto!

niedziela, 25 kwietnia 2010

Krakowskie klimaty w Warszawie

Poranek spędziliśmy w ogródku. Michał bardzo stara się pomagać - grabi i zamiata, otrzepuje tuje z brązowych liści, bierze pustą konewkę i dokładnie, kilka razy, podlewa wszystkie kwiatki, a nawet pieli - powyrywał mlecze, które są zmorą babci Izy. Z rozpędu próbował też wyrwać hortensję, ale udało się go powstrzymać.




Po zakończeniu prac ogrodowych tata zabrał dziecko na basen. Na basenie jest fajnie. Początkowo Michał wpił się tacie w szyję, bo woda jest z bliska trochę straszna, ale potem sam dzielnie pływał w dmuchanych rękawkach. Na koniec poszli się ogrzać do jacuzzi i tu Hubert miał trochę stracha, ponieważ akurat zbliżała się Michałkowa pora robienia kupy, a oprócz nich w jacuzzi byli jeszcze inni ludzie. Wizja powoli mętniejącej wody, zabarwiającej się szybko i nieubłaganie na brązowo skłoniła go do szybkiego zakończenia masaży. Zwłaszcza, że w planach mieliśmy jeszcze Stare Miasto.




Kiedy zrobiło się nieznośnie zimno, weszliśmy na chybił trafił do pierwszej z brzegu restauracji i tu miła niespodzianka. Miejsce nazywa się Galeria Freta i na chwilę poczuliśmy się tam, jakbyśmy byli na wakacjach. Pasaż pomiędzy dwiema kamienicami przykryty szklanym dachem bardziej przypominał klimaty krakowskie niż warszawskie. Plus podświetlony na zielono pusty parkiet, na którym Michał i Leo mogli się wyszaleć.





czwartek, 22 kwietnia 2010

Dziewczyny

Przyjmowaliśmy dziś gości - Manię i Nelę. Michał z dumą prezentował swoje samochody, piłkę do nogi i grabie. Nie mógł się nadziwić, że cały ten sprzęt nie wzbudza takiego zachwytu, jakiego możnaby oczekiwać. W końcu zdesperowany przyniósł z szafy moje złote szpilki. Kto by zrozumiał dziewczyny!








wtorek, 20 kwietnia 2010

Trudne słowa

Michał jest pochłonięty poznawaniem i powtarzaniem nowych wyrazów. Największą dumą napawa jego i nas trudne słowo "gwiazdka", które opanował już bezbłędnie.
Przy okazji zdałam sobie sprawę z zawiłości języka, no bo jak tu wyjaśnić dziecku, które dopiero poznaje świat, różnicę między kółkiem, kropką, jajkiem, piłką i kulką? Trochę nam się to wszystko myli. Na domiar złego ulubiona piłka nożna jest pozszywana z kawałków, które do złudzenia przypominają gwiazdki. Ech.



niedziela, 18 kwietnia 2010

Wilanów

Michał udawał, że prowadzi samochód. Nie tylko zamaszyście kręcił kierownicą, ale także podkręcał ogrzewanie, włączał napęd na 4 koła, zmieniał biegi i zdawało się, że radził sobie lepiej niż babcia, która całą drogę do Wilanowa i z powrotem przejechała na światłach postojowych (ja ze względu na olbrzymi brzuch i niepewność co do dnia ani godziny rozwiązania nie prowadziłam). Próby oderwania dziecka od kierownicy zakończyły się histerią, Michał najwyraźniej miał nadzieję, że pozwolimy mu prowadzić po drodze, a ćwiczenie na parkingu jest tylko suchą zaprawą. Jeśli Michał prowadzi samochód tak jak chodzi (nagłe zwroty w miejscu o 180 stopni), mogłoby być ciekawie. Pomogło dopiero przekupienie krówką, skutkiem czego na całym dziecięcym foteliku pełno było ciągnącej się lepkiej substancji z wystającymi gdzieniegdzie fragmentami dziecka.


Na miejscu okazało się, że Michał był niezwykle zapobiegliwy i przed wyjściem z domu spakował do wózka mnóstwo potrzebnych na wycieczce rzeczy, a następnie, żeby zrobić nam niespodziankę, ukrył wszystko pod kocykiem. Tym sposobem w spacerze towarzyszyły nam moje kapcie, kostka rubika, zielone wiaderko i inne gadżety.





czwartek, 15 kwietnia 2010

Bańki

Pierwszy letni dzień w tym roku, taki na gołe nogi. Opalaliśmy się z Michałem i dziadkami w ogródku i puszczaliśmy bańki. Tym razem obyło się bez ukradkowego wypijania mydlin i prychania z obrzydzeniem przez całą resztę dnia.




Na placu zabaw nie można ani na chwilę stracić czujności. W przeciwnym razie dziecko z całą pewnością wymyśli jakiegoś śmiesznego psikusa, jak np. zdjęcie buta i zakopanie go głęboko w piaskownicy, a następnie obserwowanie z szelmowskim uśmiechem jak babcia w poszukiwaniu zguby z determinacją buldożera przekopuje cały piach.



Michał zaczyna powtarzać wyrazy. Zaczęło się od pokazywania i nazywania obrazków w książeczkach -"oko", "kółko", "buzia", a dziś na huśtawce wykrzykiwał radośnie "buju-buju".


poniedziałek, 12 kwietnia 2010

sobota, 10 kwietnia 2010

Podkowa Leśna

W drodze do Podkowy Leśnej mijaliśmy mnóstwo znajomych, którzy pozdrawiali nas miło migając światłami. Dopiero na miejscu zorientowałam się, że jechałam beż włączonych świateł.
W planach mieliśmy spacer do Pałacu Iwaszkiewiczów, ale szczerze powiedziawszy, nie bardzo wiedzieliśmy, w którą stronę się kierować. Hubert podpuścił mnie, żebym zapytała w pobliskim sklepie, gdzie jest park. Zapytany pan spojrzał na mnie z politowaniem i odpowiedział, że tu wszędzie jest LAS, ale jeśli szukam muzeum Iwaszkiewiczów to najlepiej będzie skręcić w prawo.
Faktycznie, przez całą drogę szliśmy przez las.
Spacer zajął nam dużo czasu, gdyż stanowiliśmy dość specyficzną, nie specjalnie spacerową mieszankę.
Hubert niosący na rękach Michała pałającego wyjątkową niechęcią do jazdy w wózku.
Marysia, która z zasady spacerów nie lubi.
Wreszcie ja, w zaawansowanej ciąży, co chwila robiąca przystanki.
Kiedy strudzeni dowlekliśmy się do bramy otaczającej pałac, okazało się, że jest już zamknięte, a posesji pilnują spuszczone z łańcucha groźne psy. Maniana. Nie pozostało nic innego, jak ruszyć w drogę powrotną.
Jakież było nasze zdziwienie, gdy po godzinie kluczenia po lesie, skrajnie wykończeni stanęliśmy pod tą samą bramą do pałacu.

Pocieszyliśmy się dopiero pizzą, która miała średnicę stołu i, czego nie spodziewałam się po pizzerii w takim małym miasteczku, była nadzwyczaj smaczna. A na dokładkę znalazłam złoty pierścionek. Trochę za duży.


piątek, 9 kwietnia 2010

Powiśle

Jeśli spacer po Powiślu to koniecznie po ogrodzie na dachu Biblioteki UW. Swoją drogą w czasach studenckich zamiast na świeżym powietrzu, woleliśmy przesiadywać na kawie w Piano, albo w Czułym Barbarzyńcy. Zresztą i dziś studentów można było policzyć na palcach jednej ręki, już więcej było amatorów fotografii, którzy z uporem polowali na jedną kaczkę. 
Ogród jest pełen dziwnych pnączy i gałęzi, które wplątują się we włosy, ale warto dać się od czasu do czasu zaplątać żeby zobaczyć panoramę Warszawy z ciekawej perspektywy. 
A na koniec weszliśmy w BUWie do antykwariatu i udało mi się upolować "Sławę i chwałę" oraz do sklepu z klockami, skąd Hubert wyszedł przeszczęśliwy, bo tym razem nie protestowałam przeciwko Duplo ZOO.






środa, 7 kwietnia 2010

Urządzenie peryferyjne



Jakiś czas temu robiłam coś przy komputerze, a Michaś bawił się na podłodze obok mnie zabawkami. Myślałam, że komputer szwankuje, gdyż co jakiś czas na dole ekranu monitora pojawiał się komunikat "podłączono niezidentyfikowane urządzenie", mimo iż żadnego urządzenia, zidentyfikowanego czy nie, nie podłączałam.
W końcu, po krótkim dochodzeniu okazało się, że Michaś właśnie ssie w najlepsze kabel USB podłączony do komputera.
Ale bym się zdziwiła gdyby komputer jednak zidentyfikował Michasia i na ekranie wyświetliłaby się zawartość "urządzenia", np.

marchewka
serek
pulpet drobiowy

Niedawno Ola powiedziała mi, że jej Mania też się ostatnio podłączyła. Czyżby kabel USB był smoczkiem XXI wieku?

wtorek, 6 kwietnia 2010

Lany poniedziałek

Lany poniedziałek nas nie zawiódł - lunęło dokładnie w chwili gdy wyszliśmy z kościoła św. Anny. Błyskało i grzmiało równocześnie, a spadające krople były wielkości pisanek. Tylko Michał był zachwycony, zaśmiewał się na cały głos i dziękował nam po swojemu, że przygotowaliśmy specjalnie dla niego taką wspaniałą zabawę. Wybaczył nam nawet to, że w kościele zabroniliśmy mu śpiewać gdy akurat postanowił śpiewać najgłośniej ze wszystkich, choć nie koniecznie to samo co wszyscy i w tych samych momentach. Cóż, opanowanie liturgii wymaga czasu i ćwiczeń.
Spacer jak zwykle musieliśmy sobie odpuścić, ale w czasie mszy udało mi się wymknąć i zrobić kilka zdjęć.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...