poniedziałek, 29 marca 2010

Wycieczka

W niedzielę wybraliśmy się do Nieporętu zobaczyć wodę. Kiedy wyjeżdżaliśmy, świeciło piękne słońce, kiedy zaparkowaliśmy w pobliżu portu, zaczął padać deszcz. Wysiedliśmy, nie zdążyliśmy nawet opuścić parkingu a już zmokliśmy, zapakowaliśmy się więc do samochodu i ruszyliśmy z powrotem do Warszawy. Po dziesięciu minutach wypogodziło się i słońce złośliwie znów świeciło pełnym blaskiem. Wycieczkę kontynuowaliśmy w Parku Skaryszewskim, spacer mimo wszystko można zaliczyć do udanych, tylko woda jakby trochę mniejsza i linia horyzontu bliższa.


piątek, 26 marca 2010

Piruety

Ostatnio do pierwszej piątki ulubionych zabaw dołączyło kręcenie piruetów. Piruety należy kręcić w szczególności gdy słychać muzykę albo gdy ktoś śpiewa. Im bardziej fałszywie ktoś śpiewa, tym szybciej należy się obracać. Najszybciej należy się obracać gdy śpiewa tata.
Kiedy zakręci się w głowie, trzeba upaść na podłogę, a potem przez kilka chwil nie podnosić się, dopóki się nie odkręci.



środa, 24 marca 2010

Być!

Czas na małe podsumowanie

wiek: rok i cztery miesiące

waga: 11 kg. Nie 116, jak mogłoby sugerować zdjęcie



wzrost: nie wiadomo, próby zmierzenia zakończyły się wrzaskami i płaczem

zęby: nie wiadomo, nie chce pokazać, ale co najmniej sześć

ulubione zabawy:

- znoszenie z całego domu poduszek w jedno miejsce i tarzanie się w nich;

- uciekanie, zwłaszcza z gołą pupą podczas przewijania. Reakcja na powrót taty z pracy - ucieczka ile sił w nogach do sypialni i danie nura w poduszki;

- przemawianie do telefonu, czasem przez pomyłkę także do pilota i innych przedmiotów;

- zmuszanie mnie do pocierania czarnych pól w książce o dinozaurach. Godzinami. Aż paznokcie odchodzą mi od opuszków palców;

- patrzenie na świat przez kolorowe przedmioty;





ulubione przysmaki:
- pomarańcze
- oliwki
- krówki

ulubione słowo: „być!” koniecznie wymawiane dosadnie i z wykrzyknikiem. Co znaczy „być!” Michał nie mówi. Właściwie nic dziwnego, że nie mówi – już starożytni się nad tym zastanawiali i z tego co wiem, do dziś problem nie został wyjaśniony.

Pierwsza podróż Michała

.


Bez paszportu i bez biletu. W samolocie Michał po raz pierwszy zaakcentował swoją obecność dając pierwszego w życiu kopa. Od tej pory kopał już regularnie, coraz mocniej. Kiedy jakiś czas później byłam u babci i trzymałam na kolanach kota, Michał dał takiego kopa, że przerażony kot uciekał gdzie pieprz rośnie, fukając z oburzenia.



W lizbońskim metrze kręci się więcej kieszonkowców niż podróżnych, dlatego na tablicach świetlnych nieustannie pojawiają się ostrzeżenia, żeby na nich uważać i chronić portfele. Śmiałam się, że te napisy przypominają kieszonkowcom, że są w pracy i zamiast się lenić mają brać się do roboty. I właśnie w momencie, kiedy zwijałam się ze śmiechu z własnego żartu, ktoś otworzył mi torbę i wyjął portfel.






Na pierwszy rzut oka widać, że Portugalczycy to naród czysty i dbający o higienę jak żaden inny. Suszące się pranie jest wszechobecne – czy to okno zrujnowanej kamienicy, czy taras zabytkowego pałacu, zawsze można wypatrzeć miło powiewające dżinsy czy koszulę.





Samolot powrotny startował o godzinie pierwszej, ale ani Hubert, ani ja nie przypuszczaliśmy, że może chodzić o godzinę pierwszą w nocy, a nie trzynastą. Dzięki temu musieliśmy kupić nowe bilety powrotne – co zrozumiałe, najdroższe z możliwych – ale także zyskaliśmy dodatkowy dzień na wizytę w Muzeum Gulbenkiana i podziwianie dzieł Roberta Huberta.





Dwa zdjęcia powyżej oraz cała seria nocna zostały zrobione przez Huberta. Nie Roberta Huberta.




poniedziałek, 22 marca 2010

Pole Mokotowskie

W zeszłym roku o tej samej porze.
W tym roku na Polu Mokotowskim jeszcze zimowo, ale jak pokażą się krokusy i trzmiele to ja się do nich z aparatem schylać nie zamierzam. Już ledwo daję radę włożyć skarpetki.




sobota, 20 marca 2010

Wiosna

Jeszcze niespełna tydzień temu było tak:



A dziś w ogrodzie botanicznym wiosna pełną parą. Wchodziliśmy jeszcze dla pozoru w czapkach i rękawiczkach, a wychodziliśmy już bez kurtek. Niektórzy nawet z niedowierzania czapki pogubili.





Michał jak zwykle nie trzymał się szlaku i chodził swoimi ścieżkami, a na dźwięk swojego imienia nieodmiennie robił w tył zwrot i salwował się ucieczką. Nie muszę dodawać, że konsekwentnie odmawiał siedzenia w wózku i wózek służył mi już tylko za balkonik do podpierania brzucha.




O ile zwierzęta wywołują u Michała niekłamany zachwyt (nic dziwnego - przynajmniej niektórym można wkładać palce w oczy i karmić kredkami), o tyle rośliny - o ile nie da się ich zjeść - mogłyby nie istnieć. Kwiatki są dziewczyńskie!











środa, 17 marca 2010

Kolonia Staszica

Poranną kawę wypiłyśmy dziś w kawiarni Kolonia na Ochocie przy zbiegu Łęczyckiej i Błogosławionego Ładysława z Gielniowa, który jest moim ulubionym Błogosławionym ze względu na brak litery W w imieniu. Aż by się chciało powiedzieć Łogosławionego.
Wnętrze w stylu skandynawskim, atmosfera przyjazna dzieciom i zwierzętom domowym. Trochę się popsuła, kiedy Michał nakarmił wylegującego się malowniczo przy stoliku obok psa świecową kredką. Jak na dzień Św. Patryka przystało - zieloną.
A ja testowałam swój nowy, jasny obiektyw. Jak to określił sprzedawca malkontent ze sklepu fotograficznego - jednorazówka. "Ta plastikowa obudowa z całą pewnością się pani połamie.”












Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...