wtorek, 23 lutego 2010

Łazienki

W niedzielę wybraliśmy się na spacer do Łazienek. Pomyślałam, a właściwie Hubert podrzucił mi tę myśl, jakby to było przyjemnie pomieszkać przez pewien czas w Pałacu na Wodzie i popanować!
Olga jako dama dworu musiałaby codziennie w amfiteatrze odtańczyć taniec elfa, a Hubert w spodniach sindbadkach dawałby pokaz swojego ulubionego tańca bum-bum i bezlitośnie straszył pawie wykrzykując co i rusz donośnie "Chomiczówka, Chomiczówka". Wieczorami zaś chwytałby wiosło i woził nas gondolą po stawie.

piątek, 19 lutego 2010

Klocki



Prababcia Jadzia postawiła sobie za punkt honoru nauczyć Michała czytać zanim Michał skończy półtora roku. Specjalnie w tym celu nabyła klocki z literkami.
Babcia: „- To kółko to jest o. Ooooooooo.”
Michał: „-Kot!”
Co za głód wiedzy!






Dosyć już tej szarzyzny.
Podobno kiedy na przystanku zapali się papierosa, autobus natychmiast przyjedzie. Jeśli natomiast pod koniec lutego zakupi
się szal to już po zimie. Zobaczymy. Ale zamiast w baleriny trzeba było raczej zainwestować w snowbuty.



poniedziałek, 15 lutego 2010

Sceny kąpielowe



Ostatnio jest to ulubiona mina Michała, nawet spać z nią chodzi. O ile zdążyłam się już pogodzić z myślą, że będzie miał tylko sześć zębów, o tyle do zajęczej wargi muszę się jeszcze przyzwyczaić.

Niewalentynkowy bal karnawałowy

Wygląda na to, że my z Michałem w mającym się właśnie ku końcowi karnawale wciąż tylko balujemy i popuszczamy pasa. Nic bardziej mylnego – o ile jeszcze ja popuszczam pasa z zupełnie innych powodów – o tyle Michał był w ostatnim czasie tylko na jednym jedynym balu, na którym były dzieci.









Nareszcie „kot!” znaczy „kot”, a nie pies, czy królik. Po naszym wyjściu kot musiał być na skraju fizycznego wyczerpania gdyż został przegoniony dookoła mieszkania jakieś dwieście razy i nie pomogło mu nawet chowanie się za firankami.





Świnka Peppa sprawia wrażenie przemiłego i absolutnie niegroźnego zwierzątka, ale i ona potrafi wyprowadzić z równowagi bardziej wrażliwe natury. Jak widać na zdjęciu – Olga z przerażeniem odwraca wzrok.
Bo chyba nie dlatego, że Michał zrzucił komputer na podłogę i właśnie zabiera się do ponownego zrzutu.




Czułe pożegnania.
Michał iście gospodarskim gestem i z miną wyrażającą coś w rodzaju „Miło się z tobą piło, stary. Z bidonu. Musimy to wkrótce powtórzyć.” żegnał wychodzących gości.

czwartek, 4 lutego 2010

Sanki

Korzystając z tego, że pokrywa śnieżna ma w tym roku wysokość kilku metrów i ciągle rośnie, wybraliśmy się w weekend na sanki. W sankach pobrzmiewają jeszcze odległe echa mojego dzieciństwa - nie były używane odkąd skończyłam dziesięć lat, ale dzielna ciocia Hania przechowała je u siebie w stanie idealnym i nawet przeprowadziła obronną ręką z Bielan na Ursynów. Sanki są pierwszej kategorii, drewniane, ale nie posiadają oparcia, co jest niejaką wadą kiedy chce się na nich posadzić czternastomiesięczne dziecko i oczekuje się, że dziecko nie wypadnie. Dokupiliśmy więc samo oparcie i pełni najlepszych chęci ruszyliśmy na białe szaleństwo.
Zamontowaliśmy oparcie, zmarzniętymi rękami bez rękawiczek pieczołowicie dokręciliśmy wszystkie śruby, oparcie trochę za bardzo wystawało, więc śruby odkręciliśmy i przykręciliśmy jeszcze raz, wreszcie posadziliśmy na sankach Michała. Zanim ruszyliśmy, Michał z sanek uciekł. Posadziliśmy go z powrotem. Uciekł. Najwyraźniej postanowił, że nie będzie siedział na sankach bez towarzystwa, wobec tego musiałam sama wsiąść na sanki i wziąć Michała na kolana. Niestety okazało się, że oparcie jest skandalicznie wąskie i się nie mieszczę. Trzeba więc było odkręcić wszystkie śruby, zdjąć oparcie i taszczyć je oddzielnie.
Kiedy już usadowiłam się wygodnie na sankach, a na mnie usadowiło się – mimo wszystko nie do końca przekonane o słuszności naszych poczynań – dziecko, Hubert pociągnął za sznurek i z impetem ruszył z kopyta. Wtedy my z Michałem podskoczyliśmy na metr w górę i bez jednego mrugnięcia wylądowaliśmy za sankami. Z pozoru wydaje się, że śnieg jest miękki i puszysty, nie mogę więc nadziwić się skąd u mnie ten czarny siniak na pół uda.
Po godzinie udało się Hubertowi przekonać mnie, że powinam dać sankom drugą szansę, tym razem zdecydowaliśmy się na zjazd z niewielkiego pagórka. Postanowiłam od tej pory zachować maksymalną ostrożność, a także roztaczać wokół siebie aurę odpowiedzialności i matczynej opiekuńczości. Wzięłam Michała na ręce, żeby wdrapać się na pagórek, pech chciał, że pod śniegiem był lód, poślizgnęłam się i – chociaż jedyną moją myślą było „chronić dziecko” – dosłownie wbiłam Michała głową w śnieżną zaspę.
To przesądziło o losie sanek na kolejne dwadzieścia lat.
A śruby do oparcia wciąż noszę w torebce i nie rozumiem dlaczego wpadają mi w ręce za każdym razem, kiedy próbuję znaleźć klucze.

Tradycyjny rosół normandzki i galaretka owocowa

Podobno w obecnych czasach nie wypada nie prowadzić kulinarnego bloga. A już absolutną żenadą jest nie zamieszczać na swoim blogu przepisów kulinarnych przynajmniej od czasu do czasu. Aby więc uniknąć obciachu, poniżej zamieszczam dwa sprawdzone tradycyjne przepisy.
Przepisom powinny towarzyszyć zdjęcia z przygotowań potrawy oraz efektu końcowego, przy czym najlepiej gdy potrawa uwieczniona jest wraz ze swym lustrzanym odbiciem. Ponadto zdjęcie musi być tak jasne, że nasi rodzice uznaliby je za prześwietlone i wykonane z tak małej odległości, że wszystko co się na nim znajduje jest rozmazane i nie można mieć pewności nie tylko co do tego, czy potrawa się udała, ale nawet co to za potrawa i czy w ogóle potrawa. Taki efekt pozwala zaprezentować się na blogach z najlepszej strony także nienajlepszym kucharkom.

TRADYJNY ROSÓŁ NORMANDZKI

Składniki:
kostka rosołowa
kluski
sól

Przygotowanie:
Do 0,5 litra osolonej zimnej wody wrzucić kostkę rosołową i kluski. Gotować pół godziny.

GALARETKA OWOCOWA

Składniki:
owocowa galaretka w proszku
owoce sezonowe
kiwi

Przygotowanie
Galaretkę rozpuścić w 0,5 litra gorącej wody, ostudzić, dodać owoce. Zwrócić szczególną uwagę, żeby dodać dużo kiwi, inne owoce można w zasadzie sobie odpuścić.

Hubert przyrządził wczoraj bardzo udaną galaretkę według powyższego przepisu. Wygląda apetycznie, ale wciąż czekamy z niecierpliwością aż stężeje.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...