wtorek, 26 stycznia 2010

Domowe centrum rozrywki

Na zewnątrz minus osiemnaście, jak widać walka z globalnym ocieple- niem nie poszła na marne, ale ze spacerów nici i zostaliśmy zmuszeni do stworzenia sobie centrum rozrywki w domu. Wobec tego wybraliśmy się radośnie do sklepu z zabawkami, niestety bardzo szybko okazało się, że zabawki mają cieszyć nie mnie, tylko czternastomiesięcznego chłopca, musiałam więc poskromić swój apetyt na skandynawskie ręcznie szyte renifery, a także zrezygnować z rojeń o puchatych misiach i prostych drewnianych klockach.
Ostatecznie stanęło na basenie z piłeczkami, gąsienicy na biegunach i klockach drewnianych, ale kolorowych.
Strzałem w dziesiątkę okazał się basen, z którego Michał nie wychodzi, a który po nadmuchaniu i wypełnieniu piłkami został przyjęty wrzaskami i pełnym aprobaty popiskiwaniem.
A kiedy wszyscy poszli spać sama dałam nura w piłeczki i muszę przyznać, że już dawno nie czułam się tak zrelaksowana.








niedziela, 24 stycznia 2010

Cytrynowa herbatka

Jeśli Michał odziedziczy geny po babci Joli to z pewnością będzie potrafił należycie docenić trud drugiego człowieka włożony w przygotowanie posiłku, nawet jeśli tym posiłkiem będzie tylko herbata, i zastanowi się dwa razy zanim zrobi komuś przykrość krytyką smaku potrawy.
Babcia Jola onegdaj została poczęstowana przez swoją uczennicę cytrynową herbatką. Jednak dość jej było przyłożyć usta do filiżanki aby z niemiłym zaskoczeniem skonstatować, że herbatka jest zdecydowanie zbyt cytrynowa. Ba, jest to najbardziej cytrynowa z herbatek, jakie zdarzyło jej się w życiu pić. A piła ich niemało. Herbatka paliła język, przełyk, żołądek i dalek. Powiedzieć, że kwas w filiżance był matką wszystkich kwasów to nic nie powiedzieć. Zdawać by się mogło, że sam diabeł zaczaił się w filiżance kłując trójzębem i ogonem smagając pijącego.
Babcia Jola zapytała więc nieśmiało, czy herbatka nie jest aby nieco zbyt kwaskowa, ale uczennica odparła, że nie, skądże znowu, jest zupełnie taka jak powinna być, więc babcia zaciskała zęby i tłumiła łzy, ale dzielnie piła dalej. W ten sposób zdołała dobrnąć do trzech czwartych filiżanki i kiedy spod herbatki zaczęło wyzierać dno naczynia i niejaki cień ulgi począł malować się na babcinej twarzy, uczennica, która właśnie skosztowała herbatki z własnej filiżanki wykrzyknęła blednąc:
- Wielkie Nieba, toż to kwas cytrynowy, który moja mama użyła do odkamienienia czajnika!
A babcię Jolantę do dziś pali w gardle i kamień trzeszczy między zębami.

środa, 20 stycznia 2010

wtorek, 19 stycznia 2010

Rozległe odmrożenia

Kilka dni temu, kiedy przebierałam Michała do snu, zauważyłam z przerażeniem, że ma całe nogi sine. Pierwsze co mi przyszło na myśl, to że ktoś go dotkliwie pobił, ale szybko wykluczyłam tę możliwość, bo przez ostatnie dni Michał był pod moją wyłączną opieką i jedyną osobą, która mogła go pobić byłam ja. A ja go nie pobiłam. Chyba, że mam schizofrenię i nie pamiętam. Zresztą granatowa siność była zbyt równomierna – pokrywała dokładnie całe nogi Michała, od linii gdzie kończyła się pielucha po skarpetki. Nogi musiały więc być odmrożone, szczególnie, że na dworze minus dziesięć.
Prawie płakałam i przysięgałam sobie po cichu, że już nigdy przy takiej temperaturze nie wyjdziemy z domu bez ciepłych rajstop pod spodniami i bez kombinezonu. Jeżeli oczywiście odmrożenie jest lekkie i nie trzeba będzie kończynek amputować…

Dopiero teściowa uświadomiła mi, że nowe dżinsy z Zary strasznie farbują.




zdjęcie: www.zara.com

Przywiędła orchidea

… a właściwie przysuszona. Ale taka nawet bardziej mi się podoba.
Stoi od urodzin Michała.


niedziela, 17 stycznia 2010

Niebiesko

Ponieważ za oknem niezmiennie biało-szaro i ja mam dość!




Siostra

Wczoraj Hubert spotkał się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi. Wrócił do domu w porze, kiedy robotnicy wstają i jestem pewna, że tylko przez zwykłe niedopatrzenie nie udawał kukułki. Pokonanie odcinka od osiedlowej bramy do drzwi wejściowych i sforsowanie tychże drzwi zajęło mu prawie pół godziny. Próbowałam wysondować, czy taki czas to życiowy rekord, ale udzielono mi tylko mętnej odpowiedzi. Z odgłosów, które nastąpiły potem można śmiało wyciągnąć wnosek, że mój ukochany przypuścił szturm na kuchnię w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia, ale pech chciał, że ilekroć próbował zapalić światło nad blatem, uparcie włączał mu się wentylator. Najwyraźniej musiał poradzić sobie po omacku, co by w jakiś sposób tłumaczyło kawałki żółtego sera porozrzucane fantazyjnie po całym domu, nie wyłączając łazienki.

A rano, obudzony przez Michała, dzielnie stawiał czoła rzeczywistości – karmił, przewijał i prawie z entuzjazmem brał udział w rodzinnych rytuałach.



Na widok Marysi Michał piszczy z radości i natychmiast rzuca jej się na szyję. Uparcie szturmuje też każde drzwi, za którymi siostra w poszukiwaniu chwili wytchnienia próbuje się ukryć.




Koniec choinki

Co roku próbuję uchwycić ten moment, kiedy choinka przestaje cieszyć i staje się kłującym wyrzutem sumienia czekającym na litościwe rozebranie. W tym roku znów postała trochę za długo, echo kolęd już dawno przebrzmiało, ale w końcu nam się udało i teraz możemy się cieszyć pięknym widokiem zaśnieżonego ogródka, który wyłonił się nieoczekiwanie zza ususzonego badyla.


poniedziałek, 11 stycznia 2010

Telefon

Nic tak nie pomaga na chandrę jak zabawa telefonem. Moja wiekowa Motorola nie dostarcza być może tylu wrażeń co telefon Huberta, ale daje radę.

No i mamy szósty ząb – prawą górną dwójkę.




sobota, 9 stycznia 2010

środa, 6 stycznia 2010

Folwark zwierzęcy

Naszą lodówkę obsiadły dziś owce, krowy i inne folwarczne stworzenia. Magnetyczne. Michał biegał z nimi po całym domu i intensywne badania wykazały, że magnesy przyczepiają się do zmywarki i kosza na śmieci, a do szafek, uszu i w ogóle do ludzi – nie. Ale i tak trzeba było oblecieć dom dookoła kilka razy, bo – kto wie - może wcześniej się nie przyczepiały, a teraz się przyczepiają.

Zawsze byłam przeciwniczką zachwaszczania lodówki, czy to naklejkami, czy zdjęciami, ale z wiekiem robię się coraz mniej radykalna. Kiedyś zwalczałam również zabawki na wannie i dziecięcą twórczość na ścianach, ale w końcu zrozumiałam, że lepiej mieć szczęście rodzinne w bałaganie niż być samotnym estetą w wymuskanym domu.




poniedziałek, 4 stycznia 2010

Zimowo


Tym razem nie przywdzialiśmy ciężkiej zbroi w postaci kombinezonu i mogliśmy swobodnie eksplorować śnieg. Oczywiście na czworaka, no bo spacer to przecież nie koktajl party, żeby degustować na stojąco.

Było biało jak w bajce i jak w bajce spotkaliśmy psa w butach.






A wieczorem robiliśmy kolorowe lampiony. Niestety efekt końcowy jest nie do pokazania. Raczej Muzeum Sztuki Współczesnej nie będzie zainteresowane.




piątek, 1 stycznia 2010

Noworoczny spacer i mandarynkowe lampiony


Mieliśmy wyruszyć rano, a wygrzebaliśmy się po południu i dopadł nas zmierzch. Myślałam, że Michał będzie robił orła na śniegu i asystował przy lepieniu bałwana, tymczasem okazało się, że dziecko nie jest w stanie się poruszać w sztywnym, krępującym ruchy kombinezonie. Ale i tak było fajnie. A po powrocie grzaliśmy się imbirowo-pomarańczową herbatą przy mandarynkowych lampionach.
Postanowień noworocznych nikt nie robił, chociaż nalegałam, żeby Hubert postanowił nie rzucać więcej w tym roku snieżkami w obiektyw.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...