wtorek, 5 października 2010

Chrzest

Nie zaspaliśmy, nie zabałaganiliśmy w domu i nie utknęliśmy w korkach. Dziwne. Co dziwniejsze, udało się również zebrać wszystkich Chrzestnych - a jest ich całe mnóstwo - wraz ze wszystkimi wymaganymi dokumentami, których jest nawet więcej niż Chrzestnych. Ale nie obyło się bez drobnych wpadek - jedna z Matek Chrzestnych dojechała dosłownie w ostatnim momencie, a część rodziny znalazła się w innym kościele i dopiero kiedy w tymże kościele zaczęli się zbierać kombatanci z wieńcami, zaświtało im, że chyba wieńce nie są tradycyjnym podarunkiem z okazji Chrztu.
Jeszcze długo potem próbowali wszystkich przekonywać, że to ich trójka była we właściwym kościele Sióstr Wizytek, a wszyscy inni pobłądzili.
Małą konsternację wzbudziła prośba księdza, abyśmy wszyscy podeszli do prezbiterium, bowiem nikt nie był do końca pewien, gdzie właściwie owo prezbiterium się znajduje. Wszyscy mieli jakieś własne koncepcje na ten temat i każdy był p r a- w i e pewny, ale nie na tyle, żeby ruszyć pierwszy i narzucić wszystkim swoje światłe przewodnictwo. W końcu ksiądz prowadzący mszę został zmuszony wskazać kilkukrotnie palcem dokładne miejsce i wtedy ja się przełamałam i ruszyłam. Chociaż wciąż czułam się bardzo niepewnie wchodząc na ołtarz. Szczególnie, że ksiądz sprawiał bardzo groźne wrażenie - nieustannie sztorcował swoich pomocników (ile mi tu tej wody nalaliście, co ja mam z nią teraz zrobić? Myślicie, że ile dzieci będzie chrzczonych, setka?). Poza tym wciąż beształ tych biedaków za opieszałość.
I faktycznie wody w chrzcielnym dzbanie okazało się za dużo. Nie wiem, czy jednym z elementów ceremonii Chrztu Świętego jest wylanie na dziecięce głowy c a ł e j wody z tego naczynia, faktem jest jednak, że ksiądz podszedł do sprawy poważnie i urządził Michałowi Janowi i Janowi Franciszkowi prawdziwy prysznic. To się dzieciom nie spodobało. O ile to w ogóle możliwe, na ołtarzu pojawiło się jeszcze więcej wody, bo do wody z dzbana dołączyła fontanna dziecięcych łez. A szpilki to nie są najlepsze buty do biegania po kałużach. Brakowało tylko Arki Noego.



Matka Chrzestna Michasia


Ojciec Chrzestny Jasia

Ręka Ojca Chrzestnego Michasia




Dwie Matki Chrzestne i ja



Pochrzcielny obiad u Kucharzy wypadł nienajgorzej. Największą niespodziankę sprawiła mi moja mama, która po pokonaniu pierwszej nieśmiałości usiadła do stojącego odłogiem fortepianu (pianistka miała akurat przerwę na kawę) i zagrała kilka kawałków. Po chwili dołączyła do niej ciotka Elżbieta, poetka z Miami, ze swoim niskim wibrującym głosem.


Na nieszczęście Jaś odmówił wypicia mleka z przygotowanej dla niego butelki, więc musiałam go nakarmić metodą naturalną. Problem w tym, że miałam na sobie sukienkę zupełnie nieprzystosowaną do takich operacji i żeby nakarmić, musiałam ją całkiem zdjąć. Znalazłam sobie ustronne miejsce, zaszyłam się tam z Jasiem, zdjęcie sukienki z dzieckiem na rękach też - o dziwo - poszło gładko, problemy zaczęły się kiedy po nakarmieniu próbowałam się z powrotem ubrać. Wtedy kompletnie się w tę sukienkę zaplątałam. Najpierw zamiast we właściwy otwór, wsunęłam rękę w boczną dziurę z suwakiem. Po dłuższej szamotaninie, gdy już udało mi się wyplątać, założyć sukienkę w sposób bardziej tradycyjny i z ulgą zerknąć w lustro, żeby ewentualnie strzepnąć z ramienia jakiś pyłek i nadać sobie dostojny wyraz twarzy, właśnie wtedy z niemałym bólem zauważyłam, że co prawda ręce tkwią w przeznaczonych ku temu otworach, ale sukienka założona jest tył na przód. Więc musiałam ją zdjąć i założyć jeszcze raz. Co, ma się rozumieć, jeszcze bardziej zniecierpliwiło i tak już mocno zniecierpliwionego Jasia.



Torty z Batidy zdobywają  u mnie niekwestionowaną palmę pierwszeństwa wśród tortów z warszawskich cukierni. Do tej pory na każde urodziny zamawiałam czekoladowo-wiśniowy tort w mało znanej żoliborskiej cukierni Elsner, ale czekoladowo-pomarańczowy i malinowy z Batidy dosłownie rozpływają się w ustach.
Niestety zapomniałam zabrać ostatni kawałek tortu, który został zapakowany na wynos. Co za rozczarowanie! Życiowa porażka!


A wieczorem, podczas kąpieli Michał po raz pierwszy w życiu sam umył sobie głowę. Najpierw polał włosy wodą, a następnie dokładnie wyszorował szamponem. Najwyraźniej pochodzenie i skład bakteriologiczny wody święconej wzbudziły jego wątpliwości.

4 komentarze:

  1. Czekoladowo-pomarańczowy z Batidy to nasz urodzinowy tort dla Chłopca. Odkąd się urodził. Jest przepyszny.

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja tortu takiego z Batidy nie jadlam i przyznaje, ze ten czekoladowy wyglada szczegolnie pysznie ale z opowiesci to sie usmialam... :-)

    Pozdrawiam. M

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepiękna podwójna uroczystość. Jak to się w moich stronach mówi w czasie chrztu: "Zawieliśmy poganinka a przywieźliśmy chrześcijaninka"a w tym wypadku dwóch :). Torciki wyglądają przepysznie i tak też pewnie smakowały. Zmieniłam hasełko na swoim blogu. Nie wiem czy mnie odwiedzaliście do tej pory więc zapraszam.
    radosciismutkidniacodziennego.bloog.pl
    lonia-jedryczka11@wp.pl
    buziaki :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz dar! Ale się uśmiałam! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...