poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Jak rodzi się poczucie humoru

Kilka dni temu Michaś jakimś cudem włożył drewniany klocek do swojego zabawkowego autobusu (apuki). Nie wiem, jak mu się to udało, bo klocek był mniej więcej dwa razy większy niż drzwi autobusu, ale jednak.
Najwyraźniej klocek dojechał do swojego przystanku i chciał wysiąść, bo Michałek próbował go wyciągnąć, ale w drugą stronę już nie było tak łatwo. Więc poprosił mnie o pomoc.
Żeby wyjąć klocek, zaczęłam potrząsać autobusem.
Tak sobie potrząsam, bez żadnego pozytywnego efektu zresztą, aż tu nagle z kanapy, ze strony Jasia, dobiegają mnie ni to gulgoty, ni to czkawka. Patrzę, wsłuchuję się i uszom nie wierzę, bo to co słyszę to regularny rechot. Uśmiechy już nie tylko kącikami ust w odpowiedzi na moje uśmiechy, tylko prawdziwe, sytuacyjne poczucie humoru. Salwy śmiechu. Gejzery radości. Donośne chichotanie.
Potrząsanie autobusem go tak rozśmieszyło. Okazuje się, że potrząsanie jest prześmieszne. Od tej pory potrząsamy przed Jasiem czym popadnie, ale największą aprobatę i natychmiastowe uśmiechy wywołuje potrząsanie żółtą żyrafką.






Dopiero teraz, kiedy jest skala porównawcza, widać jakie te stópki są małe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...