wtorek, 6 kwietnia 2010

Wielkanoc

Na świąteczne śniadanie pojechaliśmy do rodziny w Jabłonnie. Marysia i Michał dostali po telefonie, w związku z czym przez całą drogę byli całkowicie pochłonięci swoimi grami. To signum temporis, że niespełna półtoraroczne dziecko nie potrafi jeszcze mówić, ale telefon komórkowy obsługuje bez najmniejszych problemów.







W ogródku odbyło się szukanie pisanek i upominków od zajączka. Nie do końca to polski obyczaj, ale miły i w odróżnieniu od kilku innych amerykańskich świąt, które obchodzimy od kilku lat z wielką pompą, wydaje się wart zaadaptowania. Z całą pewnością lepsze to, niż czeski szmigrus z pomlazkami - smaganie po nogach splecionymi wierzbowymi gałązkami.



Po śniadaniu wyruszyliśmy na spacer do Nieporętu. Może zabrzmi to niewiarygodnie, czy wręcz kłamliwie, ale tym razem nie padało. Za to co chwilę musiałam robić przystanki ze względu na skurcze. Bo to już za cztery tygodnie urodzi się Jaś. Urodzi się zmiętoszony i wygnieciony, ponieważ Michał bezustannie łazi mi po brzuchu. Ale absolutnie nie można mieć o to do Michała pretensji, gdyż ostatnio mój brzuch przybrał imponujące rozmiary i jest wszędzie - zaczyna się gdzieś w okolicach szyi i ciągnie aż do nóg, przy czym nie ogranicza się do zajęcia tradycyjnego miejsca z przodu, ale okręca się dookoła całej sylwetki.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...