czwartek, 4 lutego 2010

Sanki

Korzystając z tego, że pokrywa śnieżna ma w tym roku wysokość kilku metrów i ciągle rośnie, wybraliśmy się w weekend na sanki. W sankach pobrzmiewają jeszcze odległe echa mojego dzieciństwa - nie były używane odkąd skończyłam dziesięć lat, ale dzielna ciocia Hania przechowała je u siebie w stanie idealnym i nawet przeprowadziła obronną ręką z Bielan na Ursynów. Sanki są pierwszej kategorii, drewniane, ale nie posiadają oparcia, co jest niejaką wadą kiedy chce się na nich posadzić czternastomiesięczne dziecko i oczekuje się, że dziecko nie wypadnie. Dokupiliśmy więc samo oparcie i pełni najlepszych chęci ruszyliśmy na białe szaleństwo.
Zamontowaliśmy oparcie, zmarzniętymi rękami bez rękawiczek pieczołowicie dokręciliśmy wszystkie śruby, oparcie trochę za bardzo wystawało, więc śruby odkręciliśmy i przykręciliśmy jeszcze raz, wreszcie posadziliśmy na sankach Michała. Zanim ruszyliśmy, Michał z sanek uciekł. Posadziliśmy go z powrotem. Uciekł. Najwyraźniej postanowił, że nie będzie siedział na sankach bez towarzystwa, wobec tego musiałam sama wsiąść na sanki i wziąć Michała na kolana. Niestety okazało się, że oparcie jest skandalicznie wąskie i się nie mieszczę. Trzeba więc było odkręcić wszystkie śruby, zdjąć oparcie i taszczyć je oddzielnie.
Kiedy już usadowiłam się wygodnie na sankach, a na mnie usadowiło się – mimo wszystko nie do końca przekonane o słuszności naszych poczynań – dziecko, Hubert pociągnął za sznurek i z impetem ruszył z kopyta. Wtedy my z Michałem podskoczyliśmy na metr w górę i bez jednego mrugnięcia wylądowaliśmy za sankami. Z pozoru wydaje się, że śnieg jest miękki i puszysty, nie mogę więc nadziwić się skąd u mnie ten czarny siniak na pół uda.
Po godzinie udało się Hubertowi przekonać mnie, że powinam dać sankom drugą szansę, tym razem zdecydowaliśmy się na zjazd z niewielkiego pagórka. Postanowiłam od tej pory zachować maksymalną ostrożność, a także roztaczać wokół siebie aurę odpowiedzialności i matczynej opiekuńczości. Wzięłam Michała na ręce, żeby wdrapać się na pagórek, pech chciał, że pod śniegiem był lód, poślizgnęłam się i – chociaż jedyną moją myślą było „chronić dziecko” – dosłownie wbiłam Michała głową w śnieżną zaspę.
To przesądziło o losie sanek na kolejne dwadzieścia lat.
A śruby do oparcia wciąż noszę w torebce i nie rozumiem dlaczego wpadają mi w ręce za każdym razem, kiedy próbuję znaleźć klucze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...