środa, 16 maja 2018

Doktoraty z cen biletów na metro

Stolica Anglii, jak zwykle, przywitała mnie piękną, słoneczną pogodą. Powoli przestaję wierzyć w te słynne londyńskie deszcze i mgły. Chyba, że te mgły są zarezerwowane dla mieszkańców, a dla turystów miasto ma jakąś specjalną upalną maskę.

Od mojego ostatniego pobytu, wieki temu, wiele się pozmieniało. Ale bez obaw, ceny biletów na metro wciąż pozostają wielką niewiadomą. Nadal koszt biletu zależy od tego, czy podróżujecie w godzinach szczytu (które tu trwają do 18.58), w których strefach się poruszacie, czy posiadacie kartę Oyster, czy kupujecie bilet kartonikowy, jaka jest pogoda, czy królowa wstała w dobrym humorze i wielu innych czynników. Ceny biletów na metro są w Wielkiej Brytanii popularnym tematem prac doktorskich. Na szczęście do bramki, przez którą przechodzi się w drodze na peron, wystarczy przyłożyć własną kartę kredytową, a TfL (Transport for London) pobierze z Waszego konta odpowiednią kwotę i, jeśli jeździcie przez kilka dni, będzie to kwota najniższa z możliwych, tzn. bilet dobowy zamiast kilku pojedynczych, trzydniowy zamiast trzech jednodniowych itd. Z pewnością sami nie policzylibyście tego lepiej. Oni też nie do końca potrafią to policzyć, więc po wszystkim na Waszym koncie znajdzie się kilkanaście korekt. Ale i tak warto korzystać z tej metody.

Brytyjczycy wciąż mają hopla na punkcie rodziny królewskiej, a cały Londyn żyje ślubem księcia Harry’ego z Meghan, narodzinami kolejnego dziecka Kate i Williama oraz 92. urodzinami królowej Elżbiety II. Niestety starsza pani cieszy się wyraźnie mniejszą popularnością - za pocztówkę z jej wizerunkiem zapłacimy ledwie funta, podczas gdy na pocztówkę z wizerunkami młodych następców tronu musimy wysupłać pięć razy więcej.

Czerwone budki telefoniczne stoją nadal, ale ponieważ od dawna wszyscy mają telefony komórkowe, budki pełnią już tylko rolę szaletów publicznych. Wejście do zdjęcia na własne ryzyko.













wtorek, 8 maja 2018

Colours of London

Londyn z Delie :) 
Mieszkałyśmy w Kensington, kilka ulic od domu, w którym, za wysokim murem, w ostatnich latach życia mieszkał Freddie Mercury.
Kensington to dzielnica śnieżnobiałych fasad (od samego widoku pachniało farbą) i prywatnych, zamkniętych na klucz ogrodów, niektórych naprawdę ogromnych. Czekałam, aż z któregoś z nich wynurzy się para gejów z powieści Hollinghursta, a może nawet sam Hollinghurst. Jednak bury kot, to wszystko, na co mogłyśmy liczyć.






piątek, 27 kwietnia 2018

(Brudnym) palcem po mapie

- Ale brudna ta książka - krzywi się zdegustowany Jaś - jak mogli przysłać taką brudną?!
Przyglądam się książce, faktycznie, czysta nie jest. Na kilku stronach widać czarne odciski palców, jakby ktoś grzebał w ziemi, a następnie, bez umycia rąk, wszedł w kontakt z literaturą.
Po chwili Jaś znowu się skarży - i tu też jest brudna, wszędzie te odciski!
Trochę przesadzili, myślę, i zaczynam pisać reklamację.
- Cała książka jest taka brudna, czy tylko część? - dopytuję się.
- No... nie cała. Od tej strony, od której zacząłem czytać.
Wtedy coś mnie tknęło: - pokaż mi, Jasiu, swoje paluszki.
Podejrzenia okazały się słuszne, między liniami papilarnymi Jasia tkwiły spore ilości czarnoziemu. Widać, że na boisku szkolnym była fajna zabawa.



Jaś planuje kolejną podróż. Ale chociaż Jasia palec najczęściej celuje w Chiny (bo tam żyją wielkie salamandry chińskie!), tym razem majówka nieco bliżej, bo w Puszczy Białowieskiej. 
Chłopaki właśnie kończą skręcać bagażnik do przewożenia rowerów (Michał: - jestem taki podekscytowany tym skręcaniem, że aż się cały trzęsę!).
Chiny następnym razem ;)





środa, 11 kwietnia 2018

Kryształy Rady Dzieci. Positano

O urokach i mankamentach Wybrzeża Amalfi pisałam już TU, jednak Positano zasługuje, żeby napisać o nim osobno.
Kiedyś rybacka wioska, dziś luksusowy kurort, w którym turyści wypłoszyli wszystkie ryby, a po rybakach nie pozostał żaden ślad. Przy pomoście, zamiast rybackich łodzi, stacjonują rowery wodne, kajaki i deski surfingowe. W przyklejonych do skały domkach, w których kiedyś kwaterowali rybacy, dziś mieszczą się hotele i eleganckie butiki z lnem i ceramiką. Opowieści o tym, że gdy w Positano skończy ci się mydło, to za nowe zapłacisz 20 Euro, wcale nie są przesadzone.
Dziś już chyba nikt tutaj na stałe nie mieszka. Podobno w XIX w. połowa mieszkańców miasteczka wyemigrowała do Australii. Zostały tylko syreny w okolicznych wodach.

Na łamach Harper's Bazaar John Steinbeck pisał, że Positano wydaje się nierealne, gdy w nim przebywasz, a powraca do normalności dopiero, gdy je opuścisz. Cóż, na mnie Positano zrobiło wrażenie aż za bardzo realnego. Poruszający się w żółwim tempie sznur samochodów na drodze dojazdowej był wybitnie namacalny. 
Obecny klimat miasteczka zapewne różni się od atmosfery panującej tam w latach 50-tych ubiegłego stulecia, choć pastelowe domki z arkadowymi tarasami, kościół Santa Maria Assunta z żółtawą kopułą z ceramicznych płytek i lazurowy kolor morza pozostały bez zmian.

Plaża w Positano, jak zresztą wszystkie plaże na Wybrzeżu Amalfi ma tę zaletę, że pomiędzy kamieniami połyskuje mnóstwo kolorowych, wypolerowanych przez wodę, szkiełek. Takim skarbom nie oprze się chyba żadne dziecko, a więc motywację "jedziemy na wycieczkę, dostaniecie najlepsze lody we Włoszech" możemy zachować na inną okazję, a tym razem zachęcić dzieci do wycieczki rozpalającym wyobraźnię "chodźcie, nazbieramy kryształów".
I rzeczywiście, nazbieraliśmy. Z Wybrzeża Amalfi wróciliśmy z workiem kolorowych szkiełek, z którymi, do dziś, nie bardzo wiadomo, co zrobić. Chłopcy uważają, że są piękne.


















poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wojna psychologiczna

To zastanawiające, że w wojnie psychologicznej, tlącej się bezustannie pomiędzy chłopcami, z przerwami na najlepszą komitywę oraz taktyczne rozejmy służące stworzeniu wspólnego frontu przeciwko rodzicom, to ten młodszy ma wyraźną przewagę i bez trudu wygrywa większość potyczek. Opanował przebogaty repertuar prowokacji werbalnych i fizycznych, absurdalnych żartów i ripost, zamaskowanych donosów („Dobra, przyznaję się, to Michał wylał!”) itp. Posiadł  też i bez żadnych skrupułów stosuje, umiejętność subtelnego trącania strun nękających brata lęków, np. rzucone w czasie wspólnej żeglugi kajakiem, tak niby mimochodem, pod nosem i tylko do siebie pytanie: „ciekawe, czy tu są sumy?” w sytuacji, gdy Michał przeczytał gdzieś o wielkich sumach atakujących dzieci kąpiące się w Wiśle i w związku z tym przez dwa miesiące odmawiał wejścia do wanny. Świeżo zaleczona trauma wróciła i tylko fakt, że byliśmy na środku jeziora powstrzymał Michała przed natychmiastowym opuszczeniem pokładu. 
Po chwili refleksji dodam, że ja też zazwyczaj wracam z takich z Jasiem okazji całkowicie na tarczy. 

W tych warunkach Michał już od dawna uskarża się na trwały rozstrój nerwowy, kreśli wizje przyszłości spędzonej w domu bez klamek i domaga się stanowczo leków i terapii. 
Chociażby wczoraj. Wieczór, tak ok. 23.20. Chłopcy, acz z ociąganiem, udali się w końcu do łóżek. Z tym, że Jaś natychmiast opuścił swoje, zakradł się do sypialni rodziców i wygodnie umościł w ich łóżku. To bardzo rozsierdziło starszego brata, który zaczął się głośno domagać wyjaśnień, dlaczego jest sam w dziecięcym pokoju. Ani trochę nie uspokoiły go zapewnienia taty, że absolutnie nie jest tam sam, bo pod jego łóżkiem aż roi się od potworów. Wręcz przeciwnie, w stanie wielkiego wzburzenia pofatygował się do naszej sypialni i nuże wylewać potoki pretensji, żądań i pogróżek do pleców doskonale go ignorującego brata. Kiedy zakończył tę trwającą kwadrans tyradę, usłyszał jedynie wyrecytowane głosem automatu, z niezmąconym spokojem i pełną powagą: „Jasio, do którego dzwonisz, jest w tej chwili niedostępny. Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału. Biiiiip..."














Autorem tekstu jest Hubert.

czwartek, 29 marca 2018

Wybrzeże Amalfi

Podróżowanie po Wybrzeżu Amalfi w czerwcu wymaga cierpliwości. I wcale nie jestem pewna, czy widoki wynagradzają upał, ścisk na plażach, wielogodzinne stanie w korkach i brak miejsc parkingowych. Co najwyżej można się pocieszać, że w sierpniu jest jeszcze gorzej. Po raz kolejny przekonałam się, że najlepsza pora na wyprawy do Włoch, to przedwiośnie - wszędzie pustki, a temperatura już prawie letnia. 
Ponieważ na Amalfitanie - wąskiej i krętej, wykutej w skale, drodze, biegnącej wzdłuż całego wybrzeża, nie ma się gdzie zatrzymać, większość zdjęć zrobiłam przez okno samochodu. Raz nie wytrzymałam, zatrzymałam samochód na środku drogi, chwyciłam aparat i wyskoczyłam na sekundę. Na szczęście Włosi, znani ze spontanicznego, nieograniczonego, towarzyskiego wręcz, używania klaksonów, tym razem na mnie nie trąbili, tylko również powysiadali z samochodów i zaczęli robić zdjęcia.


Amalfi


Amalfi

Nasi przyjaciele - Orietta i Adam (to ta sympatyczna para na zdjęciu poniżej) mieli nieco większe szczęście z parkowaniem i połowa zdjęć z tego wpisu została zrobiona przez nich. 
W ogóle parkowanie w tych małych, przyklejonych do skały, miasteczkach, to jest osobny temat. Jeśli już uda nam się znaleźć parking bez tabliczki mancanza di parcheggi czy occupato, najprawdopodobniej taki za 4 Euro za godzinę, kluczyki oddajemy parkingowemu i on zaparkuje nasz samochód, a następnie zastawi go ze wszystkich stron innymi samochodami w odstępach po pół centymetra z każdej strony. Dobrze jest z góry zadeklarować, na jak długo zostawiamy pojazd, żeby został na czas odblokowany. I lepiej nie przyglądać się tym manewrom, jeśli nie posiadamy pełnego ubezpieczenia.

Katedra Św. Andrzeja (Duomo) w Amalfi



Ale skupmy się na pozytywach. Choć Amalfitana wijąca się jak wąż boa, dzieci nie dostały choroby lokomocyjnej, co było miłą odmianą po fatalnych mdłościach Jasia w Cinque Terre, kiedy to jeszcze przez wiele dni po wycieczce zeskrobywałam z fotelika na wpół przetrawione kawałki prosciutto cotto.
Po wtóre, w końcu jednak zaparkowaliśmy (nawet dwukrotnie), a parkingowy po mistrzowsku operował tą układanką, której elementem był nasz samochód i nie zrobił na nim ani jednej ryski.
Po trzecie, czwarte i piąte, miło było pokopać w czarnym piachu plaży w Positano, pójść na krótki samotny spacer tamże, zobaczyć XI-wieczne Duomo w Amalfi, złamać ząb na pestce czereśni oraz, na sam koniec, wypić espresso w spokojnym Minori i zanurzyć się w ciepłym morzu, już bez jakichś spektakularnych widoków, co prawda, ale i bez tłumów. A następnie, z poczuciem spełnienia i bez niedosytu, opuścić Wybrzeże Amalfi, zwane włoskimi Międzyzdrojami i bez pośpiechu ruszyć autostradą do Kalabrii, gdzie czekały na nas jeszcze ponad tydzień wakacji, zupełnie puste plaże, brązy z Riace i wykopaliska z V w. p.n.e. na każdym kroku.


Salerno


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...