poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Białe miasto

"La Città Bianca" - głosi tablica przy wjeździe do Ostuni. I choć w Apulii sporo tych białych miasteczek, to żadne tak malowniczo nie spływa ze wzgórza białymi kaskadami domów niemal prosto do morza.
Schodki, kręte uliczki, pod murami mnóstwo donic z kaktusami.
Zakonnice wpatrujące się z rozmarzeniem w witrynę sklepu z sandałami.
W dzień gorąco, za to wieczorem założyliśmy na siebie wszystkie ubrania, jakie ze sobą mieliśmy, bo zimny wiatr od morza przeszywał na wylot. 
Podobno w sezonie Ostuni ponad trzykrotnie zwiększa swoją populację. W marcu spotkaliśmy ledwie garstkę turystów, a na otwarcie restauracji musieliśmy czekać do godz. 20.00. Miejscowi wcześniej do kolacji nie zasiadają. W rodzinnej osterii wzruszył mnie kilkuletni synek właścicieli, który układał na stołach nakrycia i wkładał do wazoników małe kwiatki.  
















5 minut przed deszczem. Ostatnie zdjęcie zrobiłam innego dnia - jechałam autostradą wdłuż morza z Lecce do Bari, spojrzałam w lewo i ukazał mi się taki widok. Zjechałam więc na chwilę do zona industriale, żeby jeszcze ostatni raz sobie na Ostuni popatrzeć. I zaraz musiałam szybko zmykać do samochodu, bo po pierwsze ujadające psy, po drugie lunęło. 

wtorek, 18 kwietnia 2017

Pierwszy wiosenny gołąb

Szukamy z chłopcami pierwszych śladów wiosny. Z ziemi wychylają się pierwsze krokusy. Nad głową pierwszy listek brzozy.
- Patrzcie! Pierwszy wiosenny gołąb! - krzyczy przejęty Jaś.

Spełniły się w tym roku życzenia mokrego Dyngusa. Jedziemy samochodem, deszcz bębni o szyby. 
- Jak cudownie! - zachwyca się Michaś. - Wiecie, że w moim przyszłym domu będę miał specjalne pomieszczenie do słuchania deszczu? 

A dziś za oknem pierwszy wiosenny śnieg. 












czwartek, 13 kwietnia 2017

Co sączy się z rany Świętego Rocha

Czytam po raz wtóry Dziennik roku chrystusowego Dehnela, a dokładnie fragmenty dotyczące Apulii. Strasznie na te południowe Włochy narzeka, a to ludzie wrzaskliwi, a to miasteczka prowincjonalne, a to Tintoretto brzydki. W Pinakotece w Bari "Świętemu Rochowi wisi z rany zamiast sączącej się ropy coś przypominającego tasiemca". Otóż, przy całej sympatii dla Jacka Dehnela, słowo wyjaśnienia. To coś, co sączy się z rany Św. Rocha, to wcale nie ropa, a robak właśnie. 
Święci jeździli masowo do Afryki, skąd przywozili te, przywodzące na myśl tasiemca, robaki. W niektórych regionach południowej Europy do dziś mówi się: „wybrał się jak święty do Afryki po robaki”, mając na myśli kogoś, kto udał się w daleką podróż w jakimś nie do końca przemyślanym celu. Trochę jak z mydlanym biznesem Zabłockiego. Oczywiście nie jeździli do Afyki po robaki święci mieszkający w Afryce. 

Na poważnie, to nie wiadomo nic na temat podróży Św. Rocha do Afryki. W ogóle nie wiadomo, czy ten konkretnie święty (tradycyjna data śmierci to 1327 rok) żył naprawdę, czy – jak twierdzą niektórzy - jest wersją 2.0 innego świętego o tym samym imieniu z VII w. Nie ma bezpośrednich świadectw, tylko przekazy.

W hagiografii TEN Św. Roch chorował na dżumę i cudownym sposobem ją wyleczył, a później leczył też u innych. W ikonografii tradycyjnie przedstawiany jest z dżumowym bąblem lub raną na udzie. A także z psem podającym chleb (Do kroćset! Moje psy, jeżeli już, to ZABIERAŁY chleb).

Z przyczyn j/w, całkiem prawdopodobna wersja jest taka, że XV-wieczny malarz, autor tego właśnie obrazu z Bari, namalował Św. Rocha z objawami dracunculiasis (robak), które gdzieś zobaczył i uznał za przydatne dla zwiększenia siły wyrazu swojego dzieła. Inni artyści kierowali się tradycyjną konwencją przedstawienia świętego. Zaś sam święty może być postacią zupełnie fikcyjną. Jego kult rozwinął się dopiero po wielkiej epidemii czarnej śmierci, która nawiedziła Europę w latach 1346–1353. Potrzeba matką wynalazku. Czczony lokalnie jako święty od II połowy XIV w., oficjalnie kanonizowany został dopiero ponad 300 lat później. Oczywiście, bez wyraźnych dowodów, że naprawdę istniał. Ot, lokalne ludowe bóstewko do ochrony przed zarazą, którego kult tak się ugruntował, że z czasem kościół pro forma go kanonizował.

Pytaniem nie jest zatem: „co naprawdę miał w udzie Św. Roch?” tylko co przedstawia XV w. obraz Św. Rocha z Pinakoteki w Bari.  



poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Życie na ulicy

Bari przywitało nas deszczem, krętymi uliczkami i mokrym praniem. Nad praniem kolorowe markizy, albo (częściej) wersja ekonomiczna - rozpostarte płachty zwykłej folii. Na co drugiej kamienicy kapliczka z firanką i plastikowymi kwiatami. Można śmiało twierdzić, że Bari jest nie tylko największym, ale i najlepiej strzeżonym włoskim miastem nad Adriatykiem - przez całą dobę zamiast kamer każdy krok monitorują Matki Boskie, Jezusy i Św. Mikołaj - patron Bari.

Starówka Bari żyje, w odróżnieniu od starówki w Tarencie, która jest kompletnie martwa. Drzwi kuchenne niewielkich mieszkań wychodzą wprost na ulicę, a codzienne czynności związane z przygotowywaniem posiłków wykonywane są na chodniku przed progiem, bo w domu wiadomo, nuda. Albo w progu, żeby jednocześnie pogadać z sąsiadkami i pogapić się w telewizor. Zresztą mieszkańcy Bari po to mają telewizory, żeby z nich korzystać, a nie po to, żeby stały wyłączone. Kobieta myje naczynia w wielkiej balii, a potem woda chlust, na chodnik. Mężczyzna obiera ziemniaki. Inny mężczyzna w tym czasie dobija się do drzwi i wrzeszczy coś wniebogłosy w niezrozumiałym baryjskim dialekcie. Korpulentne mammy wyrabiają makaron - tradycyjne orecchiette, którego obowiązkowo trzeba w Apulii spróbować (najbardziej przypadło nam do gustu orecchiette con cime di rapa. Przez dłuższy czas spieraliśmy się nawet o to, co to jest ta rapa, ostatecznie ustaliliśmy, że jest to miejscowa roślina przypominająca bardziej brokuły, a mniej rzepę).

Przed deszczem schroniliśmy się w XII-wiecznej Bazylice Św. Mikołaja. W krypcie złożone są zwłoki tegoż świętego, a przynajmniej ich znaczne fragmenty, a za ołtarzem głównym znajduje się nagrobek królowej Bony Sforzy. Podobno jeszcze do niedawna sarkofag otaczało wiele polskich akcentów - XVI-wieczne freski przedstawiające polskich królów i świętych, niestety w pierwszej połowie XX w. uległy całkowitemu zniszczeniu - usunięto je jako zbyt barokowe, a tym samym niepasujące do surowego charakteru romańskiej świątyni. W Polsce do takich fresków ciągnęłyby pielgrzymki i wycieczki szkolne, we Włoszech pięciusetletnie malowidła to niewiele warte nówki sztuki.

Katedra Św. Sabina niestety była zamknięta, ale deszcz już przestał padać, więc w kompletnie przemoczonych butach, mogliśmy powłóczyć się dalej po ulicach. 























niedziela, 2 kwietnia 2017

Rada Dzieci

Dzieci się usuwerenniają i organizują. W czasie tegorocznych wakacji Leoś, Michał, Jaś i Julek poinformowali nas, że Rada Dzieci (sic!) uchwaliła właśnie, że wieczorem organ ten wybiera się in gremio z tabletami do kafejki na Lemon Sodę, w związku z czym musimy przekazać im odpowiednie fundusze, tablety oraz ładowarki. I pod żadnym pozorem ich w tej kafejce nie niepokoić. Okazało się, że rozstrzygnięcia Rady Dzieci są ostateczne i wiążące, a nam nie przyszło do głowy, żeby nie drukować...

Rodzicielski niepokój jednakże wziął górę i jakiś czas później udaliśmy się do anonsowanej kafejki sprawdzić, jak wygląda sytuacja. Niestety Rady Dzieci w kafejce nie znaleźliśmy. Nie znaleźliśmy jej również w barze obok, choć świadkowie zeznali, że chłopcy byli widziani w obu lokalach. Odnaleźli się dopiero w trzecim barze. Wyszło na jaw, że obrady przenosiły się do kolejnych barów, w miarę jak kończyła się Lemon Soda i baterie w tabletach. Nasze dzieci urządziły sobie pierwszy w życiu pub crawl.




















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...