czwartek, 15 lutego 2018

Na szczęście

Jak chyba większość ludzi, o wiele bardziej lubię robić zdjęcia, niż je potem obrabiać w komputerze. Obrabianie to oszukiwanie rzeczywistości, w dodatku nie ma końca, bo zawsze można coś poprawić, coś ulepszyć, suwak nasycenia bardziej w prawo, ten pieprzyk na podbródku właściwie niepotrzebny, zęby i białka oczu bardziej białe, stój, teraz za bardzo! I tak godziny płyną, często nocne, bo wtedy wszyscy śpią i nikt nie przeszkadza.
Ale dziś, dla odmiany, naszło mnie na obrabianie właśnie. Wszystkie zdjęcia z tego wpisu są z 2010 roku, większość z nich była już na blogu, ale tym razem w trochę innej odsłonie.


I jeszcze taka, podsłuchana całkiem niedawno, rozmowa:
- A, aaaa, aaaaaa! - wydziera się Jaś.
- Co się stało? - pyta zaniepokojony Michał.
- Okropnie się poparzyłem!
- Uff, to dobrze, bo już myślałem, że przegrałeś w grze.
- Nie..., tak źle, na szczęście, nie jest! 














Na koniec moje ulubione zdjęcie z dziadkiem.

czwartek, 25 stycznia 2018

Dobra, przyznaję się

Chłopcy siedzą przy stole w kuchni i rysują koty. Rysowanie kotów to nowe zajęcie, które zajmuje im mniej więcej dwadzieścia godzin na dobę.
- Przyznajcie się, który z was nasikał na podłogę obok sedesu? - zagajam nieśmiało.
- To nie ja - szybko odpowiada Jaś.
- To nie ja - wtóruje Michał.
- To naprawdę nie ja - zarzeka się Jaś.
- Ja też nie! - Michał prawie krzyczy.

Po chwili przerwy odzywa się Jaś: - Dobra, przyznaję się! To Michał!






W tym roku wykorzystaliśmy na pójście na sanki wszystkie śnieżne dni. Można powiedzieć, że wycisnęliśmy tegoroczny śnieg jak cytrynę. Nie oznacza to jednak, że białe szaleństwo trwało od listopada do marca. Byliśmy na sankach trzy razy. Michał zgubił rękawiczkę, ale to nic, bo w Fosie Morszyńskiej znalazł coś o wiele lepszego - połamane sanki! Wielka radość Michała i mój wielki strach, że lada moment przewróci się na tych sankach i nadzieje na którąś z wystających części. 
Na takich znalezionych sankach nie tylko zjeżdża się przyjemnie, ale także przyjemnie się je wnosi na górkę pod pachą (nie mają sznurka), a nawet samodzielnie taszczy po tą pachą do domu. A następnego dnia już od samego rana jest się gotowym na kolejne wyjście na sanki. Chociaż nie ma śniegu.
















sobota, 20 stycznia 2018

Bezsenność w Sant’Agata

Nasz wakacyjny dom w Sant’Agata. Obrośnięty bugenwillą, z parasolem drzew oliwnych na tarasie, rojem mrówek w kuchni (które tak jak my uwielbiały włoską pizzę) i przede wszystkim, z trzema psami w pakiecie. Psy wylegiwały się na tarasie, a kiedy wracaliśmy z wycieczek, za każdym razem witały nas entuzjastycznie. Jak pewnie każdych kolejnych mieszkańców domu zresztą. 
Jaś miał tam zwyczaj kilka razy dziennie, zupełnie przypadkowo, wpadać do basenu. Na widok zbliżającego się młodszego syna, pełniący basenową straż tata przewidująco od razu zdejmował zegarek. Niestety kilka razy nie zdążył zdjąć spodni i koszuli.
Taras posiadał tę właściwość, że wieczorami wcale nie chciało się z niego schodzić. Na ciepłych kaflach ustawiała się coraz dłuższa kolejka butelek po winie, w którymś momencie Pavarotti zaczynał nam śpiewać swe najlepsze arie, czasem sam, a czasem w duetach, a my siedzieliśmy, siedzieliśmy, z każdym dniem dłużej. Psy już spały, słońce podnosiło się znad linii morza, czekaliśmy aż ktoś inny da znak do rozejścia się i przespania chociaż kilku godzin, ale znak nie nadchodził. 
Nie pamiętam, żebym w domu w St. Agata w ogóle spała. 
A potem to już śniadanie i doskonała moka napoletana w dziwnym imbryku przypominającym dwie sklejone ze sobą kawiarki, mocna i dająca energię na kolejny dzień. Słabsi zawsze mogli odespać na plaży.
















sobota, 6 stycznia 2018

Król

Niekwestionowanym królem planszówek w naszym domu jest w tym sezonie Monopoly. Chłopaki lubią urządzić sobie maraton tej gry na kilku połączonych planszach. Jedną partię rozgrywają przez kilka dni, przy czym ja odpadam już zazwyczaj po godzinie.
Każdy z chłopców ma własną taktykę. Jaś kupuje wszystko, co się da. Szybko jest spłukany i kiedy musi zapłacić nawet śmiesznie niską kwotę typu 2, rozkłada ręce i jęczy, że jest bankrutem.
Strategia Michała polega na ustawicznym nękaniu innych graczy prośbami o odsprzedanie mu kart. Jest w stanie zapłacić za nie wielokrotność ceny nominalnej. Wiadomo, że karty, które wciąż należą do bankowej puli nie są nawet w połowie tak atrakcyjne, jak te już zajęte! Ale trzeba przyznać, że poczynania Michała przynoszą rezultaty, bo to zwykle on pierwszy kupuje domy i dręczy nas wysokimi czynszami. Zawsze pewny zwycięstwa, wprowadził zasadę "pierwszy postój dla rodziny gratis". 
Grając w Monopoly można odnieść wrażenie, że w ogóle nie warto jeździć na żadne wakacje. A jeżeli już koniecznie musimy gdzieś wyjechać, lepiej wybrać zabitą dechami dziurę, bez domów, a już na pewno bez hoteli. Zamiast jechać na wakacje, zdecydowanie lepiej posiedzieć w więzieniu! 











czwartek, 28 grudnia 2017

Rybka w bagażniku

Wbrew oczekiwaniom, nie były to białe Święta. Ale nie tracimy nadziei, może w Wielkanoc przyprószy. 
Wybrałam najsmutniejszą choinkę na całym stoisku z iglakami, bo mi się jej zrobiło szkoda - chudą, rzadką, kostropatą. Po ubraniu i tak wyglądała jak królowa. Chłopaki powiesili na niej cały bombkowy dobytek, czyli świecidełka w ilości obliczonej na jakieś cztery do pięciu drzewek. Oni wieszali, a ja ukradkiem zdejmowałam, potem znowu wieszali, to co już zdążyłam zdjąć i tak do wieczora.
W drodze do Babci potłukł nam się słoik ze śledziami, na szczęście nie w samochodzie, a tuż przed. Kiedy H. był mały i jechał z rodzicami na Wigilię do rodziny, półmisek z rybą potłukł im się w bagażniku. I nie dość, że półmisek się potłukł, to jeszcze ryba szparko bryzgnęła po całym bagażniku, po czym przymarzła do tapicerki. Bo kiedyś w grudniu panowały solidne mrozy, nie to, co teraz! Zapach w samochodzie był potworny i z każdym dniem stawał się potworniejszy. Aż do marca, kiedy mrozy litościwie odpuściły i można było wreszcie rybkę zeskrobać.

















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...