wtorek, 10 października 2017

Termos na lawę

W Sorrento nasze spojrzenia kierowały się na Zatokę Neapolitańską i dalej, na Wezuwiusza. Rada Dzieci zadecydowała jednogłośnie, że następnego dnia koniecznie musimy się na niego wspiąć. Zdeterminowanych łowców przygód nie była w stanie zniechęcić do wyprawy nawet panująca na Wezuwiuszu temperatura - około 40 stopni Celsjusza.
Michał zapytał, czy możemy kupić termos na lawę, a po uzyskaniu wstępnej zgody spędził cały wieczór na poszukiwaniu tego naczynia. Termosu jednak nie kupił, choć cierpliwie przeszukiwał wszystkie butiki z pamiątkami (przecież gdzieś pośród tej całej ceramiki, pod stosem cytrynowych mydeł albo za słoikami z cytrynową marmoladą musi ukrywać się termos, naczynie wszak niezbędne w każdym gospodarstwie!) Wszyscy członkowie Rady zaopatrzyli się za to w pudełka na kamienie wulkaniczne oraz solidne kije do mieszania lawy.






Jeśli chodzi o wybór terminu wyprawy na wulkan, to mieliśmy dużo szczęścia (właściwie można powiedzieć, że to Rada Dzieci dokonała wyboru daty w sposób rozważny i przemyślany). Kilka dni po naszym zdobyciu szczytu nad Wezuwiuszem zaczęły unosić się kłęby czarnego dymu. Początkowo przypuszczano, że wulkan się uaktywnił, ale był to fałszywy alarm, a prawdziwym sprawcą dymu okazał się pożar, który wybuchł na stokach Wezuwiusza. Z powodu ognia zamknięty został cały obszar Parku Narodowego, wspinaczek zabroniono, a mieszkańców położonego u podnóża Wezuwiusza Herkulanum ewakuowano.




Co do Herkulanum, muszę przyznać, że my, dorośli, nie spędziliśmy tam tyle czasu, ile byśmy chcieli. Niektórzy członkowie Rady Dzieci nie wytrzymali napięcia psychicznego związanego z wizją mieszkanców miasta nękanych falą gorącego błota wulkanicznego. Widok ludzkich szczątków zgromadzonych w dokach, gdzie wielu herkulańczyków wydało ostatnie tchnienie, próbując dostać się na łodzie, przesądził sprawę o naszej rychłej ewakuacji.







Ale to wcale nie wspinaczka na Wezuwiusza, ani nie wizyta w Herkulanum dostarczyły mi największego skoku adrenaliny tamtego dnia.  Ciśnienie skoczyło mi dopiero w Neapolu, do którego wjechałam samochodem, kompletnie nieświadoma faktu, że obowiązuje tam zupełnie inny kodeks drogowy niż w pozostałej części Europy. Kodeks jest zresztą niepisany i znajomość neapolitańskich zwyczajów drogowych uzyskuje się raczej drogą praktyki. Główną zasadą jest to, że pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy wjedzie na skrzyżowanie (czyli ostrożny turysta, który jest w mieście po raz pierwszy, nie ma na to właściwie żadnych szans). Przy tym w każdym momencie samochody wyprzedzane są z obu stron naraz przez trąbiące przyjaźnie skutery i motory. Ale i to jeszcze nie było najgorsze. Najgorsze zaczęło się wtedy, kiedy kilkukrotny nakaz skrętu w prawo wpędził mnie na wąskie uliczki dzielnicy hiszpańskiej w najstarszej części Neapolu. Uliczki były tak ciasne, że swobodnie między murami kamienic poruszały się wyłącznie skutery, a wszystkie nieliczne auta, które oprócz mnie odważyły się na wjazd to tego labiryntu, spełniały równocześnie trzy warunki: były wielkości smarta, miały co najmniej dwadzieścia lat i posiadały wgniecenia i ślady stłuczek z każdej strony z dachem włącznie. 
Skręt z jednej za wąskiej uliczki w drugą za wąską uliczkę musiałam wykonywać na kilka razy,  poganiana, a może dopingowana dźwiękami klaksonów próbujących mnie w tym czasie (obustronnie) wyprzedzać  skuterów.
Pranie suszące się co kilkanaście metrów na linkach rozwieszonych między kamienicami na wysokości przedniej szyby naszego wypożyczonego auta, nie polepszało sytuacji.
Kiedy wreszcie stamtąd wyjechałam (jak to się stało, że bez jednej rysy!) ogarnęła mnie taka radość i takie poczucie ulgi, że miałam ochotę tańczyć i śpiewać. A także wrócić, już pieszo, do dzielnicy hiszpańskiej i uściskać jej wszystkich mieszkańców, którzy właśnie, w związku z wieczorową porą jęli wylegać na ulicę. A trzeba przyznać, że mieszkańcy starówki w Neapolu to barwne ptaki żywcem wyjęte z kart powieści Eleny Ferrante.  




wtorek, 3 października 2017

Templariusze, suszarnia dla trupów i Negroni

W Lecce dzień rozpoczynaliśmy w kawiarni przy Porta Napoli. Pod bramą miejską wczesnym rankiem gromadziła się cała lecceńska policja, a przynajmniej jej spora część (jeszcze zanim zdążyli się tu zgromadzić pierwsi turyści). Policjanci plotkowali, pokrzykiwali, sprzeczali się z kierowcami, którzy uporczywie próbowali wjechać w obręb murów miejskich, gdzie obowiązywał zakaz ruchu kołowego, ale to, czego policjanci z pewnością nie robili, to nie wystawiali mandatów.
Mandaty we Włoszech jeżeli w ogóle są, to należą do rzadkości. Trzeba kogoś przejechać, albo popełnić równie straszną zbrodnię, żeby dostać mandat.



Kiedy w naszych żyłach płynęło już czyste espresso, ruszaliśmy na spacer między intesywnie żółtymi, dotkniętymi erozją i łatanymi pobieżnie, w miejscach, gdzie rozkład był największy, murami. Któregoś razu, trochę przypadkiem, weszliśmy do domu, który właściciel przekształcił w muzeum po tym, jak podczas remontu odkrył pod warstwami tynku ślady kultury mesapijskiej z V w p.n.e. Po głębszych badaniach w domu znaleziono również inne, nie mniej ciekawe rzeczy - rzymskie krypty, żydowskie inskrypcje, a także symbole Zakonu Templariuszy oraz liczne dowody na to, że Templariusze odprawiali tam swoje tajemnicze rytuały. Dom w całości udostępniony jest zwiedzającym, włącznie z dachem, na który można się wspiąć i z którego roztacza się wspaniały widok na dachy Lecce, a także z podziemiami, w których znajdowała się kiedyś suszarnia dla trupów, czyli miejsce w którym wyciskało się krew z ciał zmarłych, aby następnie poddać je mumifikacji.
Człowiek chce tylko wymienić kaloryfer albo zrobić dodatkową półkę w sypialni, a nagle okazuje się, że zupełnie nie zna swojego domu!






Po śniadaniu i krótkim spacerze opuszczaliśmy Lecce, żeby pojeździć po małych miasteczkach południowej Apulii. Odwiedzaliśmy dwa, czasem trzy i do Lecce wracaliśmy wieczorem na kolację i Negroni, którego gorzki smak i szybkie działanie usypiające już zawsze będzie mi się kojarzyć z tym miastem.












Na koniec garść linków.

Gdzie zjeść w Lecce: La Vecchia Osteria, Via Dassumno 3,
Osteria da Angiulino, Via Principi di Savoia 24

Co zobaczyć: Museo Archeologico Faggiano, Via Ascanio Grandi 56

środa, 27 września 2017

Sprawiedliwy podział

W przedpokoju stoi pudełko z nowymi sportowymi butami. Jaś przygląda im się zafascynowany.
- Michał, kupiłeś dla mnie te buty? - pyta z nadzieją.
- Nie, to moje na WF.
Na Jasia twarzy maluje się rozczarowanie. Dostrzega jednak możliwość kompromisu:
- A może być jeden twój, a drugi mój?



piątek, 22 września 2017

Tarta ze śliwkami



Niektórzy twierdzą, że nie ma prostszego ciasta niż tarta. No cóż, mam kompletnie inne zdanie na ten temat. Pieczona pięć minut za krótko, może się okazać surowa w środku, za to jeśli posiedzi w piekarniku pięć minut za długo, będzie za twarda i przypalona. Nie ma mowy, żeby zostawić piekące się ciasto i oddać się surfowaniu po internecie - tarta lubi, kiedy myślisz o niej przez cały czas. 
Trzeba też pamiętać o wielu, niby nieistotnych, szczegółach, takich jak wcześniejsze schłodzenie ciasta, czy ponakłuwanie widelcem. Nie jest również bez znaczenia, której półki w piekarniku użyjecie.
Moja pierwsza tarta okazała się kompletną klapą: piekarnik włączyłam na program z termo-obiegiem i to był błąd - boki ciasta natychmiast opadły. Ciasto zrobiłam za grube, a co za tym idzie w środku okazało się kompletnie surowe, a na wierzchu przypalone. Skłonna już byłam obwiniać piekarnik, ale jednak kiepskiej baletnicy... Teraz coraz bardziej skłaniam się ku przekonaniu, że nie ma takiego piekarnika, w którym by tarta nie wyszła.
Ale dosyć gadania, bierzmy się za robienie tarty.




Składniki:

mąka pszenna (niecałe pół opakowania czyli ok 350-400 g)
100 g cukru
szczypta soli
łyżeczka proszku do pieczenia (opcjonalnie)
2 jajka
200 g masła
1 kg śliwek, najlepiej węgierek
odrobina brązowego cukru
papier do pieczenia (opcjonalnie)

Przygotowanie:

Mąkę wymieszać z cukrem, solą i proszkiem do pieczenia. Dodać jajka, masło i zagnieść ciasto. 
Formę do tarty o średnicy 26-30 cm wyłożyć papierem do pieczenia lub posmarować masłem. Spód i boki formy wylepić cienko ciastem. Następnie włożyć wylepioną formę do lodówki na pół godziny.
W tym czasie umyć śliwki, przekroić na pół, wypestkować i połówki do połowy ponacinać.
Piekarnik rozgrzać do temperatury 200 stopni.
Wyjąć formę z ciastem z lodówki i ponakłuwać ciasto widelcem. Włożyć do piekarnika i piec około 15 minut na środkowej półce (nastawiam piekarnik na opcję góra-dół, bez termoobiegu).
Po 15 minutach ułożyć śliwki zaczynając od krawędzi formy i posypać brązowym cukrem. Przełożyć ciasto na najniższą półkę piekarnika i piec jeszcze ok. 25 minut. Wyjąć, kiedy brzegi zaczną się rumienić.





Do tej konkretnie tarty ze zdjęć, użyłam śliwek węgierkopodobnych i to był błąd. Poprzednio robiłam z węgierkami i była smaczniejsza. Ale i tak wiadomo, że chociaż potem boli brzuch, to kruche ciasto najlepsze jest na surowo. W przepisie wzięłam to pod uwagę i dałam takie proporcję, żeby trochę go jeszcze zostało. Taka solidna kulka.

Smacznego!




wtorek, 19 września 2017

Latawiec, który nie chciał latać

Zamiast poszybować w górę, kręcił młynki tuż nad ziemią. 
Ale przecież latawce, które latają są banalne.
Ponoć dał czadu następnego dnia.

Calabria jest dowodem na to, że nie wszystkie włoskie plaże są zatłoczone i pełne leżaków z parasolkami. Piaszczysto-kamienista plaża w Monasterace Marina okazała się zupełnie bezludna. Choć po naszym wyjeździe, to już właściwie tylko piaszczysta, bo wywiozłam z niej worek marmurowych otoczaków. Na lotnisku łaskawie przymknęli oko na te trzy kilo nadbagażu.










czwartek, 14 września 2017

Co można znaleźć w morzu?

Na przykład okulary przeciwsłoneczne, które zgubiło się pływając z dziećmi kajakiem trzy dni wcześniej. Po których to okularach wylało się morze łez i które spisało się już na straty.
Ale też dużo ciekawsze rzeczy. 
W Monasterace Marina (dawna Kaulonia, Magna Graecia), H. nurkując dwieście metrów od brzegu, znalazł napoleońską armatę, trochę tylko skorodowaną. Dzień później do morskich znalezisk mojego męża dołączyły dwie doryckie kolumny zatopione ok. dwa i pół tysiąca lat temu.
Z wypiekami na twarzy (skutek ekscytacji, nie poparzeń słonecznych) pobiegliśmy do lokalnego muzeum archeologicznego, poinformować o naszych znaleziskach. 
Spodziewaliśmy się słusznej nagrody. Może zwrócą nam się te wakacje? - rozmyślałam - a może wystarczy chociaż na powrotny bilet do Warszawy? - No dobra, niech będzie przynajmniej darmowy bilet do muzeum.
Niestety. Lokalni muzealnicy, na wieść o naszych znaleziskach, jęli pokładać się ze śmiechu. Kiedy już doszli do siebie po usłyszeniu tak przedniego żartu, wyjaśnili: - Tu leży tego pełno. Cha, cha, cha, nawet tego nie wyławiamy. 
Nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko pośmiać się razem z nimi.





















czwartek, 31 sierpnia 2017

O bulwarach i wagarach

Po miesiącu spędzonym na wsi wróciłam do Warszawy i zastałam zupełnie inne miasto. Lewy brzeg Wisły przeszedł niesłychaną metamorfozę, ani trochę nie przesadzę, jeśli powiem, że zostawiłam Wisłę drewnianą, a zastałam murowaną.
Po nowych Bulwarach Wiślanych spacerowaliśmy z przyjemnością i niedowierzaniem. W środku tygodnia, przed południem, uniknęliśmy tłumów i jedynym źródłem stresu było ciągłe uważanie, żeby chłopaki nie powpadali do wody z nieogrodzonego nabrzeża. Do tych sławnych wiślanych wirów.




Osobną przyjemność stanowiło oglądanie małej architektury. Ławki, latarnie i elewacje pawilonów, w moim odczuciu, znacznie przewyższają polskie standardy.



Spacer do połowy bulwarów i z powrotem (z wejściem na dach Centrum Kopernik) zajął nam prawie trzy godziny i to bez kąpieli w fontannie, bo nie wzięliśmy kąpielówek. Co krok przystawaliśmy - a to, żeby poskakać na trampolinach (ale nie do Wisły), a to żeby się wspiąć na kamienne ryby i nie zejść z nich, dopóki się z całą pewnością nie ustali, jaki to gatunek (po dłuższych dociekaniach, ze stuprocentową pewnością udało nam się sklasyfikować wyłącznie jesiotra), wreszcie po to, żeby pooglądać wystawy zdjęć i poczytać ciekawostki (i m.in. dowiedzieć się, pod którym warszawskim kościołem znajdują się jaskinie).




Trudno wręcz uwierzyć, że kiedyś w miejscu dzisiejszych bulwarów rosły krzaki, a z tych krzaków gdzieniegdzie wynurzały się obskurne pawilony, choć może należałoby powiedzieć baraki, ze smętnymi parasolami w barwach narodowych i barami mającymi w ofercie wyłącznie Piwo Królewskie w niezbyt czystych kuflach. Wokół pawilonów, już od świtu kręcili się nawykli do parkowego życia smutni panowie.
Choć muszę przyznać, że wagary w to miejsce zazwyczaj należały do wcale udanych. Niewątpliwym plusem mojego liceum była, jest, bliskość Wisły i ten dziki, zarośnięty brzeg kusił, oj kusił. Nawet to Królewskie dało się wypić. Chodziły plotki, że na wodzie prosto z Wisły. Faktycznie pachniało rybą, choć niewykluczone, że ten rybi zapach to sobie wmówilismy. 
Brzeg Wisły kusił nas szczególnie wiosną albo jesienią. Bo zimą mieliśmy inne ulubione miejsca do wagarowania - Amatorską na Nowym Świecie, z najlepszymi bajaderkami i galaretką ze szklanki. I z panem, który codziennie wpadał wymachując metalową tacą z wizerunkiem Najświętszej Panienki i dotąd z całą mocą uderzał drewnianym tłuczkiem w tę tacę, aż go obsługa, na którą składały się miłe panie w niebieskich fartuchach, uprzejmie nie wyprosiła.
Albo Guinnessa na Koszykowej, gdzie czasami, z braku wolnych stolików przysiadał się do nas Janusz Panasewicz. A nie były to czasy wielkich wspólnych stołów rodem z Charlotte, przy których każdy cichutko siedzi przed swoim laptopem, o nie. On z nami, proszę państwa, rozmawiał.
Bo Pub Źródełko, zwany przez wszystkich roboczo Źródłem, to wiadomo, że na wagary dobry zawsze i o każdej porze roku. Historii ze Źródłem związanych doliczyć się niepodobna, to jest materiał na osobny wpis, a może nawet na osobnego bloga. Wspomnę tylko o cyklicznych nalotach, jakie na Źródło urządzała kadra nauczycielska, gdy frekwencja na lekcjach pozostawiała zbyt wiele do życzenia. 





Ale wracając do tematu, Bulwary Wiślane to teraz zupełnie inny świat. Czysty i betonowy. Choć moja znajoma w jednej z nowootwartych, bulwarowych hehe, restauracji dostała ostatnio napój w szklance z pięknie, równiutko odciśniętym śladem szminki. Najwyraźniej szklanka myta nie była.






Coś mi mówi, że moje dzieci nieraz pójdą na wagary na bulwary.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...