niedziela, 17 lutego 2019

Mama bierze rozwój

W niedzielę wybraliśmy się z chłopcami na spacer do lasu. Wycieczka rozpoczęła się monotonnie, ale bardzo szybko okazało się, że wystarczy odrobinę zboczyć z głównego szlaku, żeby miło zanurzyć się po kostki, albo i wyżej w cudownie grząskim błocie. A gdy się dodatkowo trochę w tym błocie poskacze, rozmokła ziemia miło rozpryskuje się na wszystkie strony nie omijając spodni i kurtki, a nawet rękawiczek, szalika i czapki. I chce się żyć! Lata oglądania Świnki Peppy nie poszły na marne.
Szczęście dzieci jest ważne, ale dla mnie było tego już za wiele. Musiałam odejść kawałek, żeby choć przez chwilę nie patrzeć na to wszechubłocenie i wziąć parę głębszych oddechów, żeby się uspokoić. 
Moje odejście nie umknęło uwadze Jasia:
- Tato, gdzie poszła mama?
- Pewnie wróciła do samochodu - odpowiada niepewnie tata.
Jaś patrzy na ojca sceptycznie. - Nie, tato. Mama poszła do sądu wziąć  r o z w ó j.

Po powrocie do domu chłopcy poszli do łazienki uprać swoje zabłocone ubrania. Pozostaje tylko pytanie, kto będzie sprzątał łazienkę.






czwartek, 7 lutego 2019

Wieczór czeskich gier planszowych

Wśród wielu jasnych stron wyjazdu, na pierwszym miejscu uplasowała się odnaleziona w hotelowej bawialni gra planszowa „Světový film - otázky a odpovědi”. Zrozumienie zasad rozgrywki, pytań i odpowiedzi nastręczało nam niejakich problemów, ale zarazem czyniło grę bardziej emocjonującą i nieprzewidywalną. Przede wszystkim zaś, samo odczytywanie pytań i możliwych odpowiedzi powodowało, że wynik schodził całkowicie na drugi plan.
Emocje graczy sięgnęły zenitu przy pytaniu: „je Splodge z filmu "Blinky Bill the movie": a. samec klokana; b. samice klokana; c. koala?”
Trochę żałuję, że zasoby Internetu dostępne są nawet w zasypanych śniegiem Dolnych Miseckach. Gdyby nie to, do dzisiaj zachodzilibyśmy w głowę kim albo czym jest zagadkowy „klokan”. I chociaż znamy już odpowiedź na to ważkie pytanie, to fraza: „a. samec klokana; b. samice klokana; c. koala?” wciąż pobrzmiewa mi w głowie i bezwiednie wypowiadam ją na głos kilkanaście razy dziennie.


Autor: Hubert

środa, 6 lutego 2019

Ferie

W końcu, po wieloletniej przerwie, udało nam się wyjechać na ferie. Do ostatniej chwili spodziewaliśmy się, że tradycyjnie, w przededniu wyjazdu, przynajmniej połowa składu odnotuje na termometrze wynik "39 i rośnie", ale tym razem fatum się ewidentnie zagapiło (dopadło nas dopiero pod koniec turnusu).

Muszę też przyznać, że perspektywa oddawania się sportom zimowym z dziećmi budziła u mnie mieszane uczucia. W świetle wcześniejszych doświadczeń, rutynowy plan dnia wyglądać miał następująco: 8.30-10.30 – obudzić i zagonić dzieci na śniadanie. Skłonić je (perswazją, podstępem, groźbą a w końcu przekupstwem) żeby coś zjadły; 11.25-12.30 – skłonić dzieci, żeby się ubrały i wyruszyć na stok, znaleźć miejsce do parkowania; 13.25-14.00 – po dotarciu do celu, zawrócić do hotelu po skarpetki/rękawiczki/buty itp. i ponownie wyruszyć na stok; 14.20-14.45 – oporządzić się i ustawić w kolejce po karnet i następnej do wyciągu; 14.55-15.25 – usłyszeć „Tato, muszę do toalety”, opuścić kolejkę do wyciągu, znaleźć toaletę i ustawić się w kolejce do niej. Następnie, odpakować i ponownie zapakować pociechę; 15.35-15.55 – ustawić się ponownie w kolejce do wyciągu i rzutem na taśmę załapać na ostatni rejs w górę; 16.00-16.15 – stłumić bunt i skłonić dziecko do zjazdu/zepchnąć w dół stoku; 16.35-16.55 – znaleźć, wydobyć z zaspy/siatki/płotu, odśnieżyć i odpakować dziecko, upchać sprzęt w pojeździe, wyruszyć w poszukiwaniu obiadu; 17.25-17.55 - znaleźć miejsce na obiad, wrócić na miejsce poprzednich czynności po kijki/rękawiczki; 18.00-18.30 – znaleźć nowe miejsce na obiad/kolację; 19.05-20.30 – złożyć zamówienie, poczekać na obiad/kolację, usłyszeć „na pewno tego nie zjem!”; 20.30-21.30 – nakłonić dziecko do spożycia czegokolwiek, wrócić do hotelu; 21.30-22.30 – zagonić dziecko do łóżka; 22.30 – wyjść na balkon, odetchnąć, napawać się widokiem sąsiedniego budynku i paląc piątą z kolei fajkę zadawać sobie pytanie „czy naprawdę było warto?”.




Ale tu również spotkała mnie miła niespodzianka. Jaś i Michaś bez żadnych protestów dali wprząc się w – przy bliższym spojrzeniu bezsensowny przecież – kierat naprzemiennych wjazdów i zjazdów.
Michałowi tak zostało. Natomiast Jaś po drugim dniu oznajmił, że w sumie w tym sporcie (narciarstwie alpejskim) osiągnął już wszystko, reprezentuje poziom mistrzowski i w związku z tym zrozumiałe jest chyba, że pozostałe dni spędzi w zaciszu hotelowego pokoju, najlepiej z tabletem i ładowarką.




Początkowo zyskał sojusznika w postaci infekcji. Ale przedostatniego dnia wypędzony został z Edenu na spacer. Po 5 minutach marszu, rzucił się w zaspę i tkwił w niej, opisując detalicznie całą mizerię swojej egzystencji i kwestionując sens życia. Następnie zboczył ze szlaku i zniknął wśród drzew. W lesie wytropiła go w końcu Orietta (w takich okolicznościach, co zrozumiałe, z rodzicami Jaś nie rozmawia). W toku długich negocjacji, Jaś wyznał jej, że wobec okrucieństwa rodziców, już od 4 lat planuje ucieczkę i właściwa chwila właśnie nadeszła.

A tak się zastanawialiśmy, co on tam wieczorami z takim zacięciem sobie rysował, po co znikał w piwnicy, co tak tam nocami stukało i chrobotało i skąd nagle dziwne hałdy ziemi i gruzu w ogrodzie…






Napisał: Hubert

środa, 5 grudnia 2018

Wartka akcja w atlasie grzybów

Mam wrażenie, że dopiero co zdejmowałam świąteczne dekoracje, a tu już kolejne święta idą. Zamiast myśleć o choince, tęsknię za wakacjami.
Za leżakami opartymi o ścianę.
Za kąpaniem się w jeziorze.
Za niekąpaniem się w jeziorze, tylko drzemaniem w cieniu z jednym okiem otwartym, żeby kontrolować, czy chłopcy się nie topią.
Za starymi kaflami na tarasie, uratowanymi podczas wojny z gruzów zawalonego kościoła przez panią K.
Za spokojnym skończeniem książki i rozpoczęciem kolejnej. Jakoś długie zimowe wieczory nie sprzyjają u mnie aż tak bardzo czytelnictwu jak długie wieczory letnie.
Za porannym zbieraniem truskawek.
I popołudniowym zbieraniem mirabelek.
Za przyglądaniem się jak Michałek po raz trzeci, z wypiekami na twarzy, czyta atlas grzybów (bo nie ma to jak trzymająca w napięciu akcja i śmierć od muchomora czająca się na każdej stronie).






















środa, 6 czerwca 2018

Na londyńskie upały

W poprzednim wpisie Londyn w kolażach, a dziś te zdjęcia, które do żadnego kolażu mi nie pasowały. Niektóre, jak to z Notting Hill Police Station, są autorstwa Delie - miałyśmy tylko jeden aparat, który nosiłyśmy na zmianę i zdjęcia mamy wspólne.
Na pierwszym widać nogi strudzonych wędrowców, choć zdjęcie zrobiłyśmy zaraz po wyjściu z samolotu, więc nie przeszłyśmy nawet kilometra. Inna sprawa, że na lotnisku jakieś dwie godziny stałyśmy w długaśnej kolejce do wyjścia dla ludzi bez paszportów. Wierząc, że UE, nawet w fazie Brexitu, otwiera wszystkie drzwi, radośnie spakowałyśmy tylko dowody osobiste i to był błąd.










Zapewne wysoka temperatura nie pozostała bez wpływu na fakt, że drinkami tego wyjazdu były orzeźwiający Dark Fruit Cider i Pimm's ze swieżymi owocami i kostkami lodu. A najładniej podanym i zarazem najlepiej pachnącym pachnącym napojem był kwiatowy drink w Hotelu Edition, do którego poszłyśmy popatrzeć na wysokie sufity, piękne sztukaterie i stylowe lampy.
Jeśli chodzi o jedzenie, to przyznam, że już nie bardzo pamiętam co i gdzie jadłyśmy, ale jedno miejsce utkwiło mi w pamięci - Duck Soup w Chinatown. Wszystko pyszne, ale porcje niewielkie, więc warto zamówić kilka dań. 











środa, 16 maja 2018

Doktoraty z cen biletów na metro

Stolica Anglii, jak zwykle, przywitała mnie piękną, słoneczną pogodą. Powoli przestaję wierzyć w te słynne londyńskie deszcze i mgły. Chyba, że te mgły są zarezerwowane dla mieszkańców, a dla turystów miasto ma jakąś specjalną upalną maskę.

Od mojego ostatniego pobytu, wieki temu, wiele się pozmieniało. Ale bez obaw, ceny biletów na metro wciąż pozostają wielką niewiadomą. Nadal koszt biletu zależy od tego, czy podróżujecie w godzinach szczytu (które tu trwają do 18.58), w których strefach się poruszacie, czy posiadacie kartę Oyster, czy kupujecie bilet kartonikowy, jaka jest pogoda, czy królowa wstała w dobrym humorze i wielu innych czynników. Ceny biletów na metro są w Wielkiej Brytanii popularnym tematem prac doktorskich. Na szczęście do bramki, przez którą przechodzi się w drodze na peron, wystarczy przyłożyć własną kartę kredytową, a TfL (Transport for London) pobierze z Waszego konta odpowiednią kwotę i, jeśli jeździcie przez kilka dni, będzie to kwota najniższa z możliwych, tzn. bilet dobowy zamiast kilku pojedynczych, trzydniowy zamiast trzech jednodniowych itd. Z pewnością sami nie policzylibyście tego lepiej. Oni też nie do końca potrafią to policzyć, więc po wszystkim na Waszym koncie znajdzie się kilkanaście korekt. Ale i tak warto korzystać z tej metody.

Brytyjczycy wciąż mają hopla na punkcie rodziny królewskiej, a cały Londyn żyje ślubem księcia Harry’ego z Meghan, narodzinami kolejnego dziecka Kate i Williama oraz 92. urodzinami królowej Elżbiety II. Niestety starsza pani cieszy się wyraźnie mniejszą popularnością - za pocztówkę z jej wizerunkiem zapłacimy ledwie funta, podczas gdy na pocztówkę z wizerunkami młodych następców tronu musimy wysupłać pięć razy więcej.

Czerwone budki telefoniczne stoją nadal, ale ponieważ od dawna wszyscy mają telefony komórkowe, budki pełnią już tylko rolę szaletów publicznych. Wejście do zdjęcia na własne ryzyko.













Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...